Misja niemożliwa: udany prezent ślubny

Już jej niosą suknię z welonem, a ty czujesz falę ekscytacji, potem niepewność wreszcie zawroty głowy i mdłości. Może jeszcze ucieknie, może się rozmyśli, a może jednak to był dobry pomysł, słuszny wybór i doskonała decyzja z tym prezentem. Bo prawdziwy dramat, to przyjść na wesele z nieudanym podarunkiem.

Byłam raz na weselu i do dziś muszę zachrzaniać z dziwnym żelastwem na palcu, a jakiś facet codziennie pyta "co na obiad?”, jakby mu flaki z barghestów w sosie z graviera nie wystarczały. ŻARTUJĘ. Tak - z tym największym dramatem też przesadzam, ale tylko lekko. Prawda jest taka, że trudna sztuka wręczania prezentów wchodzi na nowy poziom, kiedy idziesz na cudze wesele.

Teoretycznie w dzisiejszych czasach nie powinno być nic prostszego. W praktyce wciąż dochodzi do nieporozumień. Nie dalej jak tydzień temu znajoma została zaproszona na ślub i wesele koleżanki. Wręczyła, zgodnie z życzeniem państwa młodych, kopertę z kartką okolicznościową i tak zwanym załącznikiem (finansowym). Kilka dni później dowiedziała się od "życzliwych”, że panna młoda była lekko w szoku, gdyż, że tak powiem młodzieżowo "hajs się nie zgadzał”, czyli, że było za mało w mniemaniu obdarowanej. Porozmawiajmy więc o pieniądzach dawanych w prezencie.

Za moich czasów od znajomych nie oczekiwało się pieniędzy. Może to był błąd, może naiwność, albo zbędne się krygowanie, które zaowocowało późniejszą koniecznością zaciągania kredytów na potrzebę wykupu lokalu mieszkaniowego. Znając jednak możliwości ludzi, których zapraszaliśmy - wsparcia finansowego na nowej drodze życia oczekiwaliśmy raczej od rodziny, choć klasycznym zestawem "garnki + zastawa”, mikser, lub wybór ręcznie malowanych wazonów też nie wzgardzaliśmy. Właściwie to niczym nie gardziliśmy, tylko kwiaty wolałabym dostawać ratalnie i detalicznie - co miesiąc bukiet, bo lubię kwiaty, ale smutno mi, kiedy mam pół pokoju w bukietach i wszystkie więdną w jednym momencie. Do rzeczy jednak. Jest taka stara zasada, którą, jak się okazuje, wpojono nie tylko mi, ale i kilku innym koleżankom z Focha - jeśli młodzi życzą sobie otrzymać pieniądze (hajs, szmal, kabonę, flotę, peeleny) należy dać im tyle, żeby zwróciło się zaproszenie nas na wesele i starczyło jeszcze pannie młodej na waciki, a szacownemu małżonkowi na sok z kapusty na kaca.

Na waciki wystarczyFot. Agencja Gazeta

Sytuacje wyjątkowe - zaproszonej osoby nie stać na więcej - daje tyle pieniędzy, ile może. Jak mawiali starożytni Majowie, życie jest jak cytryna, jeśli masz klasę, to nie grymasisz, a jak ci jej brak, to zawsze możesz zrosić swą krwią schody piramidy. Oczywiście znam rasowych weselnych wyjadaczy, takich, którzy jeżdżą, żeby się dobrze nażreć i uczestniczyć w rozkosznych bachanaliach, między wódką a zakąską tańczyć "Kaczuszki” z nowo zapoznaną kuzynką. Ci jednak zazwyczaj starają się dawać odpowiednie sumy, przecież chcą być mile widziani na kolejnych weselichach. Znam też przypadki "skąpych ciotek” - gości, o których wszyscy wiedzą, że są zamożni, że warto ich zaprosić, ale też prędzej ręce im uschną i oczy powypadają, niż dadzą coś ponad los na loterię.

Tak czy inaczej - życząc sobie w prezencie pieniądzy, Młoda Para powinna liczyć się z tym, że nie zawsze dostanie okrągłą sumkę. Jeśli ma klasę, przyjmuje podarki na klatę i milczy. Jeśli klasy brak, to nie pomoże huczne wesele w dworku w stylu "Piłsudski przed zamachem majowym” tudzież "młody Chopin” - gburskie nawyki wylezą szybciej niż słoma z butów. My jednak rozmawiamy o dawaniu prezentów, a nie przyjmowaniu. Więc tak, finanse - uprzejma wersja minimum brzmi: zwrot kosztów naszej wizyty z małą zakładką. Jeśli nas nie stać, a zapraszający domagający się pieniędzy nie należą do najbliższej rodziny - trudno, grzecznie odmawiamy w terminie, by nie czynić szlachetnym organizatorom wydatków. Jeśli należą do najbliższej rodziny to albo zrozumieją, że wręczacie tyle, ile możecie, albo będą się dąsać, więc stanie się jasne, że to zwykłe szuje, nie rodzina.

Jeśli państwo młodzi życzą sobie otrzymać niepieniądze, warto drążyć temat. Coraz popularniejsze są listy z prezentami w formie jakiegoś dokumentu udostępnionego online. Jeśli decydujecie się na kupno konkretnej rzeczy z listy to - NA DEMONISZCZA! - kupujcież ją.

Jeśli młodzi chcą blender, a ty wpisujesz się na liście przy pozycji "BLENDER” deklarując tym samym chęć zakupu cholernego blendera, to nie znaczy, że równie dobrze możesz kupić w ostatniej chwili trzepaczkę do jajek. Wydawało mi się, że to jest oczywiste i logiczne, do czasu, kiedy ktoś z gości weselnych wręczył młodej parze trzepaczkę do jajek zamiast blendera. Myślę, że najtańszy blender, który rozpadnie się w pierwszym tygodniu użytkowania to też nie jest dobry pomysł. Chyba, że szczerze nienawidzicie tych skurczybyków, co biorą ślub. (Tak, blender możesz potraktować jako symbol dowolnego prezentu z listy.)

Wydawało mi się też, że dość logicznym i fajnym rozwiązaniem jest umawianie się z innymi zaproszonymi na wspólny zakup jakiegoś droższego prezentu typu lodówka, pralka, weekend w SPA, wspólny skok ze spadochronem, zapłodnienie in vitro.  Jak zwykle - wydawało mi się, oraz do czasu. Konkretnie zaś do chwili, kiedy przyszło się dogadać co do modelu/miejsca/rodzaju, a następnie rozliczać. Doświadczenie podpowiada - wielu jest chętnych do wpisu w okolicznościowej kartce dołączanej do prezentu, ale jeszcze więcej jest złych sił, które blokują przelewy, które "już wyszły” do nabywcy. To wszystko są jednak sprawy, które można łatwo rozegrać - jest lista, są życzenia, trzeba tylko drużynę dobierać rozważnie (stawiałabym przede wszystkim na postaci praworządne).

Łatwiej złożyć pralkę, czy złożyć się na pralkę?Fot. materiały producenta

A co, jeśli ONI NIE MAJĄ LISTY? Najpierw siedzisz godzinę i przeglądasz najlepsze wątki z forum Kafeterii, by przekonać się, ze jesteś dokładnie w tym samym miejscu, co godzinę temu, tylko jakby bardziej skołowana. Potem zaglądasz na strony z prezentami ślubnymi. Najczęściej są to "NIEZAWODNE” strony i propozycje. Tam dowiadujesz się, że jest całe mnóstwo IDEALNYCH prezentów. Garnki to ledwie solidny fundament, na którym postawić można dwa zakochane misie trzymające serduszko z wyhaftowanymi imionami nowożeńców i datą ślubu (prezent mało praktyczny, ale taki słodki), "cudnej urody złotą pozytywkę z dwoma całującymi się gołąbkami”, pościel, zestaw czterech ręczników w kufrze, "superprezent pojemniki belle epoque x2” i na szczycie, niczym szpic na choince bożonarodzeniowej "Kielich/ Puchar/ Goblet/ Carska Rosja - plater”. Do tego kolumnada z zabawnych atrybutów małżeństwa: jakieś miniaturowe dybki dla niego i wałek ze śmiesznym napisem dla niej, albo koszulka "Just Married = game over” i po temacie.

Słodziaki, debeściaki, świeżo poślubione gołąbeczki naszeFot. archiwum producenta

No dobrze, jeśli to jest ślub i wesele ludzi, których znacie, warto się przez moment zastanowić nad kilkoma rzeczami.

- Czy młodzi maja poczucie humoru?

Tak? To zapewne nie ubawią ich wszystkie te "zabawne prezenty”, bo one wcale nie są zabawne, są czerstwe jak bułki krasnoludów po wojnie stuletniej. No, chyba, że macie sto procent pewności, że to jest właśnie ICH typ poczucia humoru. Wówczas droga wolna.

- Czy młodzi mają własne mieszkanie?

Tak? Pewnie byliście już u nich i dokonaliście epokowego odkrycia, że mają już garnki i pewnie nie zmieszczą kolejnych, albo mają już talerze, firanki i pościel, nawet kilka kompletów. Są jednak takie rzeczy, których im pewnie brakuje.

- Czego właściwie tym młodym brakuje?

Jeśli oleju w głowie, to bardzo mi przykro, ale trudno takie deficyty nadrobić jednym ślubnym prezentem. O wszystkim innym możesz dowiedzieć się dopytując odpowiednio bliskie nowożeńcom osoby.

- Co oni właściwie lubią?

A może czego nie - bo tak jest chyba łatwiej. On być może nie zajara się wizytą w SPA, bo uważa, że krem to taka jakby maść na upiory, która pomaga dziewczętom nie rozsypać się w świetle słonecznym, a masaż to forma łagodnego upodlenia męskiego ego, a ona prawdopodobnie nie będzie kwiczeć ze szczęścia podczas górskiej wyprawy rowerowej spod znaku "adrenalina dla dwojga", bo rok temu miała wypadek na nartach i do dziś chodzi na rehabilitację.

Właściwie to chyba wiesz na czyje wesele idziesz, prawda? Wybierając prezent "dla dwojga” pomyśl przez chwilę o obdarowywanych. A potem pomyśl jeszcze raz. Jeśli ich nie znasz i są ci obojętni, to zajrzyj szybko do zaproszenia, może jest jeszcze czas, by zgłosić swą nieobecność. No, chyba, że traktujesz cudzy ślub jako inwestycję w swoje życie towarzysko - uczuciowe. Wtedy zachęcam do powrotu na pole "pomyśl o obdarowywanych”. Wiem, nie ma jednej recepty na udany prezent dla nowożeńców (piszę to dopiero tutaj, żeby naciągnąć was na dodatkowe sekundy spędzone na naszym serwisie). Najgorsze jest to, że trzeba pomyśleć o tych cholernych nowożeńcach i trzeba czasem się wysilić bardziej niż jedno kliknięcie w pierwszy z brzegu internetowy link z cyklu: "IDEALNY PREZENT DLA DWOJGA, KUP TERAZ!”. Nikt nie powiedział, że dawanie prezentów jest łatwe, ale był za to ktoś, kto napisał, że myślenie ma kolosalną przyszłość. Ta osoba miała rację. Nie wiem jakie prezenty dawała innym na weselach. Wy możecie dać taki, który będzie co najmniej OK.

PS. Dwa niewinnie wyglądające z zewnątrz termosy - jeden z małą cipką, a drugi z wyskakującym penisem nie są OK.

Więcej o: