Kiedyś nawet sąsiedzi byli lepsi - jak się mieszkało na blokowisku w dawnych czasach

Na początku lat 80. XX wieku, czyli przed dinozaurami, wprowadziliśmy się z rodzicami na warszawski Ursynów. Nic nie pamiętam z tej przeprowadzki, ale podobno przebiegłam się po 68 m kw. mieszkania i rozpłakałam, przerażona, że się tam kiedyś zgubię. Na szczęście rodzice ogarnęli jakoś moją dziecięcą traumę i mogliśmy w spokoju zamieszkać na osiedlu pełnym rozkopów, drących się dzieci i dorosłych, którzy od czasu do czasu urządzali huczne imieniny.

Tak właśnie było. W moim bloku większość sąsiadów żyła ze sobą bardzo dobrze, zawiązywali przyjaźnie, które istnieją po dziś dzień, a ich dzieci zaczęły się żenić między sobą. A zanim dzieciaki dorosły i poszły swoją drogą, było u nas na osiedlu naprawdę zabawnie przy wielu okazjach.

i.ytimg.comFot. i.ytimg.com

Imieniny

Na imieninach było więcej sąsiadów niż rodziny. W jednym pokoju siedzieli dorośli i zajmowali się dorosłymi sprawami, a w drugim pokoju dokazywały dzieciaki, w tym ja. W pewnym momencie dzieciaki trochę podrosły i szły się bawić do INNEGO MIESZKANIA, które w tym momencie stało puste. Całą watahą szliśmy tam, żeby bawić się w chowanego, grać w komputer (tak się wtedy mówiło, a ja mówię tak do tej pory), albo oglądać telewizję. Uwaga - nie było z nami dorosłego. Zgroza, co nie? Jakiś dorosły przychodził raz na pewien czas sprawdzić czy żyjemy. Żyliśmy wszyscy i żyjemy do tej pory.

Maamooooo jeszczeeee chwilkęęęęęę

Ten okrzyk znała każda matka. Ja nie wiem jak matki to robią, ale bezbłędnie wyłapują głos swojego potomstwa spośród wrzasków innych dzieci. Wzywana matka pojawiała się na balkonie i również krzyczała: "Dooobrzeeee, jeszczeeee pięć minut". A czasami: "Na łobiat w tej chwili!!!" (no co ja poradzę, że właśnie łobiat, a nie OBIAD słyszane było moimi dziecięcymi uszami). Wśród okrzyków do balkonowych matek była również prośba o coś do picia lub coś do jedzenia. Matka rzucała wtedy termosem i stosem kanapek, ciasteczek i cukierków. ZAWSZE dla kilku dzieci. Tak już te nasze balkonowe matki miały, były jak prawdziwe kwoki, dbały o wszystkie pisklaki.

Sąsiedzie pomocy, rura mi pękła!

Hydraulik lub inny specjalista był wzywany tylko w ostateczności, jeżeli kolegium sąsiedzkie nie potrafiło poradzić sobie z problemem. Tak się jakoś składało, że panowie potrafili wtedy robić w domu coś więcej niż przerzucać kanały w telewizorze. Teraz też jeszcze kilku takich prowadza się po tym padole, ale z obserwacji jakie czynię od czasu do czasu na nastolatkach czy dwudziestolatkach śmiem wątpić, czy gatunek męski przetrwa.

Czyn społeczny

To była bardzo zacna forma integracji międzysąsiedzkiej. Wspólne stawianie i malowanie płotu na parkingu. Dzieciakom popsuła się huśtawka, to w czynie społecznym któryś z dorosłych ją naprawił. Możliwe, że miała to robić spółdzielnia, ale kto by sobie tym głowę zawracał. Szybciej było wyciągnąć narzędzia i naprawić huśtawkę niż wzywać kogoś ze spółdzielni. Nie było wtedy telefonów, więc można było tylko iść na piechotę do spółdzielni, która była czynna oczywiście od 8-12, bo po co dłużej. W czynie społecznym sąsiedzi posadzili drzewa i żywopłoty, bo chcieli żeby na naszym osiedlu było ładnie.

No właśnie - telefon

Jak wcześniej wspomniałam, w latach 80., a nawet i 90., na Ursynowie telefony należały do rzadkości. Owszem, były budki telefoniczne z uciętymi przewodami, a domowych aparatów było w naszym bloku dosłownie kilka. Ci, którzy byli posiadaczami magicznego pudełka cieszyli się w bloku przywilejami. Przywilej ten polegał na tym, że jeżeli któryś z sąsiadów przyszedł zadzwonić, to zawsze przynosił w zamian jakąś bombonierę albo kwiatka dla pani domu.

Pan Heniek się upił i uderzył żonę

Pan Heniek często się upijał, ale żonę uderzył tylko raz. Po tym jedynym razie dostał manto od sąsiadów. Nie ośmielił się później podnieść ręki na żonę.

Dzień dobry, co tam słychać?

"Dzień dobry" jest formułką grzecznościową, która, jak zauważyłam, w życiu sąsiedzkim przechodzi do lamusa. Jej miejsce zajmuje odwrócenie wzroku w drugą stronę, ewentualnie grymas na twarzy, który przypomina minę kota srającego na pustyni, a nie wiem czego jest oznaką. Na moim osiedlu formułka ta była i jest stosowana. Każdy bachor witał się i żegnał z sąsiadami. Gdyby tego nie zrobił, szybko zostałoby doniesione rodzicom, że nie potrafi się zachować. Dorośli również mówili sobie "dzień dobry". Dochodziło nawet do sytuacji, w których sąsiedzi rozmawiali ze sobą po kilkanaście minut przed klatką schodową. Niezły folklor prawda?

Tyle pamiętam ze swoich wczesnych lat sąsiedzkiego współżycia. Obecnie też mam wspaniałych sąsiadów, ale nie jestem z nimi tak blisko związana jak moi rodzice z tamtymi. Nie wspomnę o tym, że ma czynów społecznych, każdy ma telefon, a jak rura pęknie to gospodarz bloku zaraz załatwia sprawę. Nie zamierzam twierdzić, że wtedy było lepiej, a teraz jest gorzej. Nie jest gorzej. Jest po prostu inaczej.

Więcej o: