Krew, klocki i łzy. Powstańczy lajfstajl

Mam już tego dość! Myślę, że wiele osób czuje podobnie. Z roku na rok jesteśmy bombardowani coraz bardziej przefajnianym wizerunkiem Powstania Warszawskiego, a dla niektórych sierpniowe obchody to doskonały pretekst do zbijania kapitału. To zaś, co jest nam sprzedawane niebezpiecznie przekracza granicę, za którą jest już tylko "pop?, nie "kultura?, a tym bardziej refleksja i szacunek.

To nie jest tekst o filmie Janka Komasy. Jeśli oczekujecie, że podepnę się pod polityczną przepychankę wokół tego obrazu, to możecie już iść do domu. Janka Komasę lubię, bo jest rozsądnym człowiekiem z ciekawymi historiami do opowiedzenia, z jego filmami różnie bywa, "Miasta44” nie widziałam, więc milczę.

To nie jest tekst o tym, jaki jest sens czczenia Powstania Warszawskiego. Jeśli myślicie, że będę tu roztrząsać kwestie, czy warto, czy nie warto było przelewać tę krew, strzelać perłami do wrogów - cóż, odsyłam was do publikacji historyków. Przyznam jednak, że tekst, który przeczytałam ostatnio niejednego z was mógłby zaskoczyć argumentami o sensie tej krwawej ofiary składanej w 1944 roku na ulicach naszej stolicy przez kolejne 63 dni. To tekst Adama Krzemińskiego i Damiena Thirieta pod znamiennym tytułem "Niegasnący spór o powstanie”.

To nie jest tekst o tym, czy wznosiłabym barykady i pozwoliła mojemu synowi iść w bój, gdyby teraz, zaraz wybuchło Powstanie Warszawskie.

To nie jest tekst o kolejnych inicjatywach Muzeum Powstania Warszawskiego. Ta instytucja swoimi działaniami zrobiła sporo dobrego, choć pewnie zaraz ktoś zakrzyknie, że równie dużo złego. OK. Jako osoba, która obserwowała jej rozwój, otwarcie, ktoś, kto miał możliwość poznania osobiście twórców (i ich rodzinnych historii), działających w MPW aktywistów (i ich historii) jako stały bywalec, wreszcie orędownik niektórych wydawnictw sygnowanych logiem MPW i przeciwnik innych, tych o wyjątkowo wątpliwej jakości - powiem wam - nie, nie teraz i nie tutaj. Zakładam jednak, że to, co mnie obecnie wyprowadziło z równowagi jest pokłosiem narracji, jaka została narzucona w ramach działań Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest też pokłosiem szarpaniny zwolenników dwóch powierzchownych wizji - romantycznego "za” oraz "przeciw” wypowiadanego coraz częściej z naszej wygodnej perspektywy ludzi czasów pokoju i dobrobytu.

To opowieść o tym, że Powstanie Warszawskie stało się produktem aż nazbyt eksploatowanym, staje się franczyzą, zbiorem modnych logotypów i haseł, które sugerują nam, że TAMCI młodzi też byli #YOLO. Najgorsze zaś jest to, że wiele osób widzi w tym świetną okazję do wylansowania siebie i sprzedawania swoich produktów. W tym roku mamy okrągłą, 70. rocznicę powstania, zakładam, że taka piękna okoliczność stała się przyczyną zmasowanego ataku kuriozów.

1. Klocki

Na początku pomyślałam, że kolega, który podrzucił mi zdjęcia opakowań dziecięcych klocków związanych z Powstaniem Warszawskim podstępnie chce mnie nabrać jakimś fotomontażem. Naiwnie liczyłam na to, że to ironiczny żart, mało odkrywcza forma naśladowania projektu Lego. Obóz koncentracyjny Zbigniewa Libery. Te klocki naprawdę istnieją, są wytwarzane masowo, każdy może je kupić i się nimi bawić? W Powstanie Warszawskie? Mój mąż zauważył, że jeśli dzięki temu dziecko utrwali sobie, że było takie wydarzenie, to chyba nic złego. A ja jakoś nie mogę zdzierżyć widoku wesołego powstańca rzucającego butelkami w pojazd wojsk III Rzeszy, albo barykady ustawionej pod palmami. Ale może jestem już stara i przewrażliwiona?

Klocki Cobi

2. Koszulki

Wzorów jest kilkadziesiąt, a może nawet już ponad setka. Nie brak t-shirtów wypuszczanych na rynek przez pomniejszych producentów, koszulek z nośnym logotypem Polski Walczącej, koszulek z nurtu patriotyczno-powstańczego, grających już nie tylko kotwicą, ale wzniosłymi hasłami wpisywanymi w graficzne kontury miasta, z reprodukcjami zdjęć powstańców i biało czerwonymi akcentami. Zazwyczaj ich walory artystyczne są, mówiąc eufemistycznie, umiarkowane. Jestem w stanie uwierzyć, że są młodzi ludzie, którzy zamiast koszulki z jakąś kocią mordą, kolorowym pączkiem, krową na rolkach czy tekstem o chwytaniu marzeń (i innych dyrdymałach) pisanym Helveticą, wyrażają chęć nabywania takich właśnie powstańczych koszulek. Jestem też w stanie uwierzyć, że minimum 1% nabywców poza chęcią podkreślenia w ten sposób swojej szeroko rozumianej patriotycznej postawy, wykaże się jakąś patriotyczną refleksją. Będą wiedzieć nie tylko kiedy, ale komu konkretnie za co i dlaczego oddają cześć i chwałę. Może nawet pojawi się taki przebłysk myśli: czy ci bohaterowie, których imię sławą nosząc te koszulki byliby dumni z takich młodych apologetów?

Oczywiście są producenci, którzy wykazują się krótkowzrocznością i zamiast dywersyfikować tematykę na "Powstanie Warszawskie”, "Żołnierzy Wyklętych”, "11 listopada” potrafią wypuścić koszulkę uniwersalną. NA MAKSA STO PRO POLAK PATRIOTA od 11 listopada 1918, przez 1 sierpnia 1944 po 4 czerwca 1989.  I są takie koszulki jak ta:

Powstańczy tiszert z krwiąPowstańczy tiszert z krwią

Powstańcza koszulka, z krwią. Na sercu. Pozwalam sobie nie linkować do strony sprzedającego. Jeśli bardzo chcecie, znajdziecie link. Nawet na Pudelku. Ja najzwyczajniej w świecie nie wiem już, czy jestem za stara i zbyt czepliwa, czy może nie doceniam młodzieży i nie ufam czystym intencjom twórców? Dla mnie to jest przekroczenie granicy dobrego smaku. Serio? Chciałbyś mieć ich krew na sobie? Chciałabyś być na miejscu dowolnej młodej dziewczyny śmiertelnie trafionej w czasie powstańczych walk? Naprawdę uważasz, że nosząc taką koszulkę oddajesz komuś hołd? Czy może to jest fajne, bo Powstanie Warszawskie też jest fajne i młodzieżowe? Jest ekstra, bo walczyli młodzi, przystojni, oczytani, z dużego ośrodka miejskiego, oraz młode, ponętne, wykształcone (z dużego ośrodka miejskiego)? Hmmm. Wygląda na to, że nie jestem gotowa na taki symboliczny patriotyzm jutra w cenie 74 zł/sztuka.

3. Stylówa

Nie jestem jeszcze gotowa (a może już nigdy nie będę) na #selfie w najlepszej powstańczej "stylówie” (stylizacji modowej, tylko bardziej młodzieżowo). Może to przejaw jakiejś hipokryzji z mojej strony, przecież nie mam nic przeciwko grupom rekonstrukcyjnym, czyli grupom młodych i mniej młodych ludzi, którzy dbając o każdy detal ubioru i rekwizyty (stylówa) odtwarzają sceny z przeszłości. Nie mam też nic przeciwko takim akcjom jak "Twoja Klisza z Powstania”, a przecież i tam zdarzyć się mogły selfie. Ale ja was proszę, moi drodzy, sami powiedzcie, czy akcja serwisu dla aspirujących szafiarek, w której młode dziewczyny zachęca się do nadsyłania portretów w najlepszych powstańczych stylizacjach modowych nie jest przesadą?

Bądź modnym powstańcem, wygraj ekotorbęZapraszamy do zabawy.

Dla mnie nie tylko pomysł, ale ubranie go w słowa to już nie przekroczenie granic, to zdeptanie, oplucie, zrobienie temu zdjęcia telefonem, nałożenie fajnego filtra i wrzucenie na Instagram z hasztagiem #wow. Temat mody w dobie rebelii i szafiarek w ciepłym świetle płonących barykad już raz w tym roku wywołał kontrowersje, gdy na łamach magazynu Glamour pojawił się niesławny tekst "Rewolucja nie ubiera się u Prady”. Organizatorzy konkursu na powstańczą stylizację modową są albo wyjątkowo mało lotni i pozbawieni wyczucia tego, co w zaistniałych okolicznościach przyrody wypada robić, a czego nie, albo są - powiedzmy to wprost - cynicznymi skurwysynami idącymi po kliknięcia, a cynizm i skurwysyństwo to dwie rzeczy, które wyjątkowo trudno jest mi zdzierżyć w takich chwilach. Dlatego pozdrawiam serdecznie decydentów z TVP, którzy wykazali się wyjątkowym cynizmem i tym drugim, odmawiając udziału w akcji "70 sekund ciszy”, bo, jak przyznał rozbrajająco szczerze pan Jacek Rakowiecki, rzecznik telewizji:"70 sekund to w telewizji wieczność. My będziemy nadawać 70 sekund ciszy, a pięć milionów widzów odpłynie do konkurencji”. Pamiętajcie o tym płacąc abonament.

Zakładam jednak, że nie brak tych, którzy przyklasnęliby TVP. Coraz więcej ludzi jest zirytowana i manifestuje swoją postawę antypowstańczą. Nie są wcale z frakcji krytykującej bezsensowny przelew krwi. Są z frakcji nowej, tej, która ma dość targowiska próżności i promowania wszystkich możliwych gadżetów pod szyldem nowej marki zwanej Powstaniem Warszawskim. Mają po kokardy miliona okolicznościowych wydarzeń o spadającej wartości artystycznej. Są z frakcji, która ma - wybaczcie dosadność - w dupie Powstanie Warszawskie, bo nie wierzy, żeby ono jakkolwiek przekładało się na ich niewarszawską przeszłość i przyszłość.  A jednak są bombardowani - przypinkami, przerwami w transmisjach, patetycznymi spotami, w których lektor podniosłym głosem mówi, że niby powstanie było po to, by można było dziś żyć tak, jak się chce. Ale oni nie kupują tej retoryki. Dziwicie się im?

Więcej o: