Ty głupi kubku! Magia niekonstruktywnej krytyki

Wywołuje skurcz w żołądku i sprawia, że włosy siwieją jak u Gandalfa. Mowa o krytyce, która bywa ostra jak brzytwa, ale potrafi też zmotywować do pracy. Krytykę konstruktywną lubię. Szkoda tylko, że nie każdy szef potrafi użyć jej mocy.

Zasady krytyki konstruktywnej są dość proste, wystarczy w kulturalny sposób wskazać, co konkretnie należy poprawić. Powiedzieć jasno o swoich oczekiwaniach i ustalić kierunek zmian. Bez niepotrzebnego upokarzania i okazywania wyższości. Możliwość efektywnej poprawy projektu, pisma czy też jakiegokolwiek innego szeroko pojętego dzieła zależy od komunikatywności krytykującego. I wydawałoby się, że to nic trudnego, bo przecież szefowi powinno zależeć na końcowym pozytywnym wyniku. Cóż, tak się jednak składa, że przełożeni krytykują nas nieco inaczej, a tym samym ładują sobie śrut w kolano.

Ty głupku/baranie/imbecylu/idioto/stara torbo - nic tak nie motywuje do działania, jak wyzwiska i zwykłe chamstwo. Niektórzy dla wzmocnienia efektu lubią złajać pracownika publicznie. Być może czerpią z tego perwersyjną przyjemność, być może w poprzednim wcieleniu byli miłosiernymi siostrami w sierocińcach w Irlandii i nadal karmią się sadystyczną przyjemnością płynąca z publicznego upokarzania. I nie chodzi tylko o to, że krytyka przy kolegach z pokoju lub na zebraniu jest bardziej druzgocąca dla pracownika. Owszem zdarza się, że niszczy morale i poczucie własnej wartości. Dla mnie to przejaw niezdrowych skłonności i brak kultury osobistej. Ale to miecz obosieczny, ponieważ tnie też autorytet szefa i piłuje tę cienką gałąź, na której aktualnie siedzi.

www.dilbert.comwww.dilbert.com

- Zrób coś z tym.

- Ale co konkretnie?

- No weź to jakoś tak popraw żeby ładniej było. No wymyślisz coś.

Czy odbyliście kiedyś taką konstruktywną rozmowę? Ja owszem, nawet nie raz. Żeby odgadnąć intencje, trzeba by być dyplomowaną jasnowidzką lub przynajmniej od pięciu lat prenumerować czasopismo „Wróżka”. Bo każdy wie, o co chodzi. Od razu. Zwłaszcza, gdy szef jest humorzasty i zmienny jak pogoda w Edynburgu. Każda decyzja pracownika to loteria, stąpanie po cienkim lodzie niepewności i strach przed kolejnym wybuchem gniewnego gejzera.

Innym interesującym sposobem okazania niezadowolenia z wykonanej pracy jest rzucanie pism na podłogę. Bardziej wyrafinowaną formą jest zwijanie dokumentów w kulę i wrzucanie ich do kosza. Oczywiście przy pracowniku. Tak, żeby zrozumiał. Czyżby ktoś tu nie dostał się do szkoły aktorskiej i w ramach realizacji skrywanych pragnień odstawiał przedstawienie z użyciem rekwizytów?

Jest źleJest źle /fot. Biurwa

Czasem krytyka jest wynikiem rozładowania własnych frustracji szefa. To się zdarza, szef też może mieć gorszy dzień i niewykupioną receptę na Prozac. To takie sytuacje, gdy na twoją głowę wylewa się wiadro pomyj. Gdy dostajesz opierdziel, za rzeczy, za które nie jesteś odpowiedzialna i których nie sknociłaś, ale trzeba znaleźć winnego i właśnie ty zostałaś wyróżniona. Najlepiej byłoby mieć taki kombinezon ze specjalnym guzikiem, jak kapitan Pickard ze Star Treka i dokonać szybkiej teleportacji w jakieś przytulne miejsce, ale nawet w naszym innowacyjnym urzędzie takiego nie posiadamy. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak nie dyskutować i uśmiechać się z godnością. Jutro przecież nikt nie będzie pamiętał o tym nic nie znaczącym incydencie.

Są tacy, którzy na fali krytycznego uniesienia krzyczą na podwładnych. Nie, nie mówię o krzykach rozkoszy dobiegających z sypialni. Są przełożeni, którzy kolokwialnie mówiąc lubią wydrzeć japę, sadząc, że to podziała i wpłynie korzystnie na wyniki firmy. Ach te emocje, jak trudno nad nimi zapanować. Nie oszukujmy się, krzykiem nic nie wskórasz, drogi dyrektorze. Ani tupaniem nogą, ani rzucaniem materiałami biurowymi.

Test na wyobraźnięTest na wyobraźnię /fot. Biurwa

Jest jeszcze krytyka totalna. Jest jak lodowiec, ta bezmyślna, szara masa, która sunie powoli pozostawiając po sobie moreny denne. Krystalizuje się w opiniach typu: „Na niczym się nie znasz”, „Znowu wszystko robisz źle”, „Do niczego się nie nadajesz”, „Nigdy nie można na tobie polegać”. Uwielbiam ten rodzaj informacji, z którego kompletnie nic nie wynika, poza smutną świadomością, że szef nie potrafi sformułować konkretnych zarzutów i brak mu merytorycznych argumentów w dyskusji. W myślach ewakuuję się wtedy na Orlą Perć (gdzie każdy problem naprawdę wydaje się malutki) i przeczekuję ten wybuch bezradności.

A jak krytykuje cię twój szef?

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

PS. Dyskretna porcja wazeliny: w obecnej pracy mam wspaniałych i wyrozumiałych przełożonych, którzy - gdy krytykują - to tak konstruktywnie, że aż chce się czasem dostać klapsa.

Więcej o: