Feminiści są sexy, czyli koniec ery szowinistycznych świń

Podczas gdy nasi polscy twardziele zapytani o to, czy uważają się za feministów, wznoszą błagalne spojrzenia ku niebu, szepcząc: "Boże, broń", amerykański aktor Joseph Gordon-Levitt wyznaje, że nie rozumie, jak współczesny mężczyzna może NIE być feministą.

Joseph Gordon-Levitt (pamiętacie go z roli niepoprawnego romantyka w „500 dniach miłości” i uzależnionego od pornosów macho w „Don Jonie”) udzielił ostatnio wywiadu w Daily Beast w związku z premierą „Sin City 2: Damulka warta grzechu” (w polskich kinach już 5 września!). Na pytanie dziennikarza o to, dlaczego nazywa siebie „męskim feministą”, choć „wielu młodych aktorów chce zrzucić tę łatkę”, zszokowany Gordon-Levitt odpowiada:

Zrzucić? Jak to zrzucić? Jestem feministą, zawsze będę to powtarzać. Dla mnie feminizm oznacza, że nie pozwalasz, by twój gender określał to, kim jesteś. Możesz być, kim chcesz: kobietą, mężczyzną, chłopakiem, dziewczyną. Jakkolwiek chcesz się określać, powinieneś mieć do tego prawo. Nikt nie wpisuje się w jedną tylko kategorię, bo każdy jest wyjątkowy. Mam szacunek do ludzi. Niezależnie od ich płci, rasy i wykształcenia. Kobiety zawsze były uciśnione, poddawane cierpieniom, wykorzystywane. Wierzę w to, że gdy każdy ma prawo do samorozwoju, całe społeczeństwo na tym zyskuje”.

Ten manifest, choć w gruncie rzeczy oczywisty, wywołał pełną wzburzenia (na szczęście już nie oburzenia) dyskusję. Bo JGL wciąż jest wyjątkiem. Zdecydowanie bardziej „męskim” poglądem jest to, że feminizm to niegroźna kobieca choroba. Jak XIX-wieczny globus albo bardziej współczesny PMS. Minie, gdy kobieta wreszcie znajdzie chłopa i/lub urodzi dziecko. „Cieszę się, że znalazłaś chłopaka. Kobiet jest więcej niż mężczyzn, więc statystyka była przeciwko tobie”, powiedział kiedyś z ulgą mój dziadek, przedstawiciel pokolenia, w którym pobłażliwe, podszyte lękiem traktowanie kobiet należało do dobrego tonu. Niestety, wśród twardzieli w moim wieku ten pogląd jest wciąż żywo reprodukowany.

W związku z tym mam ambiwalentny stosunek do głoszonego od wielu sezonów końca epoki metroseksualistów i powrotu prawdziwych facetów. Bo czy nowi „prawdziwi” zgodzą się z JGL, czy raczej z zatwardziałymi mizoginami?

Tak wygląda feminista - Fot. Chris Pizzello / Chris Pizzello/Invision/APTak wygląda feminista - Fot. Chris Pizzello / Chris Pizzello/Invision/AP

Za JGL spróbuję udowodnić, że bycie feministami zwyczajnie się facetom opłaca. Jeśli nie chcą dać się przekonać z dobroci serca czy wewnętrznego poczucia sprawiedliwości, może skusi ich obietnica zysku.

Najważniejszym argumentem, który podnosi Gordon-Levitt (oczywistym, ale wartym powtórzenia) jest to, że kultura i społeczeństwo, a w codziennym ujęciu - nasze miejsce pracy i dom - są znacznie uboższe bez kobiet. Jeśli faceci nie zechcą uwierzyć, że kobiety są w stanie równie ciężko i równie dobrze pracować, a także na równych prawach brać udział w dyskursie społecznym, tylko na tym stracą. Będą ubożsi, bo nie przekonają się nigdy, co sądzi o nich druga połowa świata. I ubożsi także z całkiem pragmatycznego punktu widzenia. Jeśli faceci odpuszczą kobietom, bo są głupsze, słabsze i w ogóle mniej wykwalifikowane, strasznie dużo pozostaje na ich, i tak już parujących, głowach. Oddanie części odpowiedzialności kobietom to cudowne uwolnienie się spod jarzma osiągnięć, sukcesów, wyników. W konsekwencji faceci uwalniają się też od bycia macho. Bo jeśli dadzą kobietom prawo do sięgania po swoje, do podrywania i zdobywania, odejdzie im cały, obciążający na pewno cholernie, przymus bycia w pełnej gotowości. Do zreperowania silnika motoru („może moja dziewczyna lepiej sobie z tym poradzi”), zapłacenia za kolację („przecież ona zarabia lepiej ode mnie”), zaproszenia do łóżka ("ona ma do tego takie same prawo jak ja").

JGL słusznie dziwi się kolegom, którzy boją się łatki feministy, tłumacząc niedowiarkom, że rewolucja dawno się dokonała. W latach 60. na Zachodzie, w Polsce trochę później. Dzisiaj równość kobiet i mężczyzn na papierze stała się faktem. Nierównomierne obsadzenie miejsc w Sejmie, nierówność płac i podziału obowiązków domowych istnieje jednak nadal. I choć powtarzamy to do znudzenia, powtórzmy raz jeszcze - w feminizmie nie o to chodzi, żeby gloryfikować kobiety ponad męską małością, tak jak w genderze nie o to chodzi, żeby chłopiec stawał się dziewczynką i odwrotnie. Tylko o to, żeby każdy mógł dowolnie wybierać czego chce dla SIEBIE.

Bo ja nie jestem tylko białą dziewczyną z wyższym wykształceniem, średnim wzrostem i niską odpornością na ból. Jestem tym wszystkim naraz i jeszcze czymś zupełnie odrębnym, niepoddającym się klasyfikacji.

Jeśli jedną z najważniejszych zdobyczy kultury Zachodu jest indywidualizm, dlaczego tak kurczowo trzymamy się metek? „Jestem feministą” to w ustach JGL po prostu wyznanie: „jestem sobą i daję do tego pełne prawo innym”. Znów: czysty zysk. Bo jeśli mężczyzna nie ocenia i nie szufladkuje, sam nie będzie oceniany i szufladkowany. Nie tylko jeśli postanowi w wolnym czasie założyć kobiece łaszki, ale także wtedy gdy straci pracę, uroni łzę na melodramacie albo nie będzie mógł rozpalić grilla.

Czy jest recepta na to, jak z naszych polskich twardzieli zrobić feministów? Zaprosić ich czasem do kuchni? Niech popatrzą, że kotlety nie smażą się same. Zostawić ich skarpetki rozrzucone po domu, żeby zrozumieli, że nie zbierają ich krasnoludki? I nie utwierdzać ich na każdym kroku w przekonaniu, że są błyskotliwi i utalentowani, a my tylko pilne i pracowite. Jasne, z poczuciem wyższości żyje się łatwiej. Bo poczuć się lepszym, gdy inny jest gorszy, to pestka.

Ale znowu zapytam: jaka frajda we flircie, miłości i seksie, jeśli zakochujemy się w gorszym od siebie gatunku? Jaka frajda zdobyć stanowisko, jeśli wiemy, że konkurent nie dostał pracy, bo może zajść w ciążę? Tylko zwycięstwo w równej walce naprawdę daje satysfakcję.

To apel nie tylko do facetów, ale i do matek, a więc do nas, kobiet. Do nas, które choć padamy ofiarą patriarchatu, z powodzeniem reprodukujemy go w kolejnym pokoleniu. Kochajmy naszych synów, ale wychowujmy ich tak, żeby rozumieli, że matka to nie tylko kucharka i nie tylko kobieta. Że matka to też człowiek.

I jeszcze jedno: jeśli czujemy się beneficjentkami patriarchatu, bo jesteśmy bystre i ładne, więc z łatwością owijamy sobie każdego faceta wokół palca, wykorzystując stary numer: „jaki Ty jesteś silny i wspaniały”, miejmy świadomość, że konwencja konwencją i zabawa zabawą, ale odnosząc małe zwycięstwa, skazujemy na klęskę nie tyle nasz feminizm (bo przecież mamy świadomość swojej mocy), tylko feminizm naszych mężczyzn. Bo przecież póki czują, myślą i wiedzą, że są - w pracy, na siłce i w sypialni - wspaniali, nie powiedzą nigdy za JGL, że nas potrzebują. Co najwyżej powtórzą za Terlikowskim przewrotny argument, że feminizm krzywdzi same kobiety, bo wyzwalając się z kajdan patriarchatu, dostajemy wolność, której nie potrafimy dobrze spożytkować.

A przecież chcemy tego (tfu, tfu, bo słowo kontrowersyjne i wieloznaczne) partnerstwa, prawda?

Więcej o: