IKEA na dwa małżeńskie głosy

Osoby dramatu: mąż - zagorzały przeciwnik oraz żona - pragmatyczna pani domu. W tle pojawiają się dzieci, które wszystko niszczą. Powód dramatu - IKEA (tak! Od dziś nowy katalog!). Na koniec zwycięża pragmatyzm połączony z zamiłowaniem do ikeowych parówek w bułkach. A groziło rozwodem...

Mąż:

IKEA to McDonald, KFC, WalMart i BodyShop w jednym!

Razi moje poczucie estetyki, urąga mojemu (dobremu) gustowi. Kit, szajs i tandeta.

Masówka, paździerz i ohyda. Papierowe niby-mebelki! Ba, żeby choć sklejka lub dykta! Tektura, płyta wiórowa, laminat i wafel.

Może to i dobre dla studentów, czy młodych małżeństw lub par singli, które w dodatku co sezon zmieniają wystrój kuchnio-salonu lub sypialnio-livingu (oraz partnera), ale nie dla ludzi.

Jedną rzecz od biedy można mieć, góra dwie (np. wyciskacz do czosnku) i wystarczy. Od biedy jakaś lampka, wazonik czy pojedynczy fotel lub stolik kawowy, ale nie całe zestawy, bo działa to od razu jak zestaw powiększony w restauracji pod złotymi łukami (i jeszcze podwójne frytki do tego). Człowiek czuje się od razu jakby trafił do biura Dilberta, lub ewentualnie na środkowe piętro Szuflandii.

Kiedyś chociaż te blokadki do śrubek robili metalowe, a teraz to jakieś przetopione torebki śniadaniowe! Jeszcze się wycwanili i zamiast dodawać np. do wsporników od razu wkręty, to teraz każą je osobno kupować i to w zestawach po kilkanaście, gdy człowiekowi potrzebne tylko cztery. Tzn. 4 krótsze i 4 dłuższe, jakby nie mogli zrobić od razu otworów na 8, ale tej samej długości.

Dawniej to choć wszystko można było złożyć wykałaczką, plastikowym widelczykiem ze smażalni i patyczkiem od lodów, no ewentualnie kluczem od konserw i otwieraczem do piwa. Od niedawna zatrudnili chyba specjalistów od inżynierii molekularnej czy innej tam nanotechnologii, bo teraz do każdej paczki inny kluczyk dają. Że też im się to opłaca.  Potem zostaje pół szuflady imbusików, bo na złom tego przyjmować nie chcą.

A jeszcze weź toto sam bejcuj. To dobre na szkolne zajęcia praktyczno-techniczne w czwartej klasie. Zresztą, jak dobrze zabejcować taki kartonik, gdy się sam pod pędzlem rozdziera? Nawet, jak coś z drewna się trafi, to przecież tych sęków żadna bejca nie kryje.

Główny winowajca - nowy katalog IKEIGłówny winowajca całej awantury - nowy katalog IKEI

Żona:

Ulało mu się po całości. Z trudem przerwałam ten słowotok, jad i jawną wrogość. Za karę nie było kolacji. Strzeliłam focha i zagroziłam rozwodem.

Bo gdyby nie IKEA, chłop spałby na podłodze. Jego arcy-designerskie meble nie wytrzymały próby czasu, ani też działań dwójki krnąbrnych dzieci. Materiały wypłowiały, podarły się, wszystko trzeszczy i chyli się ku upadkowi. Ale szkoda wyrzucić, bo chłop zainwestował ze dwie średnie krajowe zaraz po ślubie. Zamówił, miesiąc czekał, za transport zapłacił jak za zboże. I co? Rozwaliło się!

A meble z IKEI ma od ręki. Trzeba coś poukładać, półek dostawić, regalik dzieciom dokupić - jedzie, kupuje, składa i ma. Albo inny przykład: kupił mi do kuchni „designerski” durszlak. My do durszlaków przywiązujemy dużą wagę, bo tak nam się z nazwiskiem kojarzy. Drogi jak nie powiem co. I też się rozwalił! To teraz mam taki z IKEI i bardzo sobie chwalę. Używam bez stresu. Odsączam jak leci. W tamtym to się jednak bałam, tak nieswojo się czułam.

Bo grunt to prostota. Szwedzi wiedzą, co dobre, co się sprawdza. Bogaty naród, bo pragmatyczny. A nie tam nie wiadomo co w cenie samochodu, co to ni przypiął, ni przyłatał, strach siadać proletariackim tyłkiem, bo się zniszczy. Przy dzieciach tym bardziej.

Także, mężu, zważ na to. I tylko ci przypomnę, że do hot dogów poleciałeś pierwszy, a ze sklepu z jedzeniem wyniosłeś towaru jak na wojnę.

Agnieszka i Piotr Durscy

IKEA czy rozwód?
Popieram męża, IKEA jest do bani
37%
271 głosów
Jestem za żoną, IKEA jest suuuuper
63%
461 głosów
Więcej o: