Pamiętnik kobiety, czyli o blogach damskich [BLOG DAY]

Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi przypisuje się cytat, który głosi, że nic tak nie plami kobiety jak atrament. Idźmy dalej. Nic tak nie niszczy kwiatu kobiecości jak klawiatura? Niech będzie więc, że pasę swoje najniższe instynkty, będąc wielbicielką żeńskich blogów.

Właśnie żeńskich, choć przecież na ogół wolę mężczyzn, w każdej niemal dziedzinie życia. Trudno mi się czasem dogadać z paniami. Może wyraźnie widzę w nich odbicie wszystkich moich wad. Może zbyt jaskrawo świecą zaletami, których im jako kobieta bezsilnie zazdroszczę.

A tu proszę, w dziedzinie literatury uprawianej za darmo i w sieci jest całkiem odwrotnie. Zagadnięta znienacka nie umiem wymienić trzech męskich blogów, które mnie zachwyciły albo choć porządnie dały do myślenia. Tych kobiecych, czytanych regularnie jest wiele. Ciężko było mi wybrać tylko kilka, o których tu wspomnę.

Dlaczego? Może mężczyźni nie lubią pisać za darmo? Może nie lubią się zwierzać? Może nie przepadają za - zwłaszcza publicznym - analizowaniem, rozgrzebywaniem, raportowaniem, mentalnym obnażaniem? Może wszystko na raz. A może bardzo się mylę i kompletnie nie znam mężczyzn.

Jestem podglądaczką, jestem paskudnie ciekawska, jestem uzależniona od seriali, jestem fanką dobrej frazy i dobrze opowiedzianych historii, nawet kiepskich. Szukam smaczków i haczyków. Szukam skandalików i drugiego dna. To nie są cechy, którymi można się chlubić, wiem.

Są więc damskie blogi, których tu nie wymienię z linka ani nazwy. Bo czytam je zachłannie i kompulsywnie, lecz z nieładnych pobudek.

Bo są dla mnie jak to wiadome zwierciadło, przechadzające się po gościńcu.

Bo czasem czytając przypominam sobie, żeby już nigdy nie pozwalać sobie na pewne zachowania.

Bo mam niską satysfakcję, że jeszcze nie jest ze mną tak źle. A mogłoby.

Czytam, jakbym oglądała serial właśnie, kiepski, lecz wciągający. Serial, którego bohaterka mnie irytuje i chętnie bym jej dała po głowie. Serial, w którym nie mogę się identyfikować z żadną z postaci, który wyłączam z ulgą po każdym odcinku, obiecując sobie, że nigdy więcej, po co mam się denerwować. I do którego ciągle wracam. Bo wciąga. Bo chcę wiedzieć, co dalej. Czy zmądrzała, czy nadal nie wyciąga wniosków. I jak to się skończy. I co by było ze mną, gdyby.

Czasem czytając dziękuję niebiosom, że nie mam już dwudziestu, trzydziestu lat. Czasem gratuluję sobie życiowych wyborów. A czasem czytam i natychmiast próbuję zapomnieć. Bo zbyt dobrze rozumiem autorkę. I jest mi z tego powodu nieciekawie.

Nieładnie to brzmi, wiem, dlatego czytam sobie te blogi w cichości i dyskretnie. Nie komentuję, nie demonstruję dezaprobaty. Oceniam, oczywiście, oceniam aż echo idzie, lecz z tą oceną nie pcham się autorkom przed oczy.

Na szczęście dla mojego czarnego serca i podłej duszyczki - nie zawsze szukam uciech w tak paskudny i tani sposób. Częściej czytam damskie blogi, które zaspokajają moje upodobanie do dobrej literatury. Oh la la, jakie wielkie słowa, literatura i to dobra! O sieciowym pamiętniku, pisanym naprędce i amatorsko? Otóż właśnie tak.

Z dużym zainteresowaniem czytałam swego czasu rozmowę z Pawłem Szwedem, redaktorem naczelnym wydawnictwa Wielka Litera. Wydawca ubolewa:

Moim zdaniem nadmiaru dobrych maszynopisów raczej nie ma. Do Wielkiej Litery przychodzi ich po kilkanaście tygodniowo. Nie ma dnia, żeby coś nie przyszło, ale to wszystko jest bardzo kiepskie lub w najlepszym razie bardzo średnie. Z tego źródła, jak na razie, wydaliśmy tylko jedną książkę.

Wygląda, jakby kobiety piszące blogi nie wysyłały zbyt często swojej twórczości do wydawnictw takich jak Wielka Litera. Piszę "zbyt często", bo oczywiście zdarza się, że blog ukaże się drukiem. Z bólem jednak stwierdzam, że do wydawców zgłosiły się nie te panie, które ja bym obstawiała i których książki kupiłabym na pniu.

Tak, wiem, dyskusja o gustach rzadko kończy się dobrze. Zanim jednak dojdziemy do pointy: "bo wy na strzelaninę zawsze przychodzicie z nożami" - zgódźmy się proszę, że dobrą literaturę można znaleźć w miejscach całkiem niespodziewanych. Ja znajduję ją często na kobiecych blogach. I czytam. Z podziwem, z zazdrością o lekkość frazy, celność sformułowań, umiejętność analizy. Z apetytem i chęcią na więcej. Z szacunkiem i respektem wobec żywego talentu. Autentycznie przejmując się, wzruszając, emocjonując. Powiecie, że to nie wystarczy, aby tekst nazwać dobrą literaturą? Powiem hardo, że jak mnie się podoba - znaczy, że dobre. Przynajmniej na moim kawałku podłogi i w mojej głowie. A to czasem zupełnie wystarczy.

la-terra-del-pudding.blogspot.comla-terra-del-pudding.blogspot.com

Czytam więc Kaczkę, matkę na obczyźnie, czytam i szlocham, bo jest inteligentnie zabawna, boleśnie spostrzegawcza, mądrze sceptyczna. Kaczka, nadzieja wszystkich, którzy wierzą, że macierzyństwo nie musi oznaczać rozmiękczenia mózgu. Kaczka, która nawet ząbkowanie umie ubrać w ciekawą formę. Osobiście wielbię relacje z wielonarodowej grupy przedszkolnej Rezolutnych Lisków i uważam, że mała Dynia daleko zajedzie. Co się dziwić, dobre geny.

Tymczasem jedyne co usłyszały Liski to 'obiad' i na takie hasło te bardziej żerne rzuciły się na brzeg plądrować zasoby, a te, odżywiające się powietrzem - schowały się w trzcinach.

A z obiadem był problem natury alergiczno-moralno-religijnej.

Gdyż jednemu trzeba było wskazać drogę do Mekki, drugiemu nie pozwolić siadać przy orzechach, trzeciemu sprzed oczu usunąć sznycel, czwartemu pokroić kotlet, piątemu wyłowić Ganeshę z kompotu, szóstemu wyciąć wzorki w jabłku, siódmego pogonić od napojów mlecznych, ósmemu wyjaśnić, że czwarty nie je świętej krowy, a jeszcze innemu odebrać czekoladowy baton.

eeecotojachcialam.blogspot.comeeecotojachcialam.blogspot.com

Czytam też z pasją inną matkę, kolejny dowód, że prokreacja niczego nie wyłącza w mózgu i niczego w kobiecie nie zubaża. Mało kto umie tak zgrabnie jak Ewa wziąć na klatę, pałować się z życiem, załatwić nieuczciwego kontrahenta, rozczulić się nad synkami i mimochodem oraz między wierszami, całkiem niedosłownie i bez grama lukru napisać o miłości. Rzuca mięsem z wdziękiem i fantazją, na głowę świata ciska piętrowe klątwy i barwne najgorsze życzenia, a potem kilkoma wcale nie przeładowanymi zdaniami maluje taki obrazek rodzinny, że znów lecą mi łzy, tym razem nie ze śmiechu, o nie. To połączenie siły i delikatności, uroku i obcesowości, mądrości i słabości, dojrzałości i młodzieńczej umiejętności robienia wszystkiego z pasją - wydaje mi się tak kobiece, że aż.

Mam głębokie przeświadczenie, że dopóki jesteśmy zdrowi, ze wszystkim damy sobie radę. A już na pewno z czymś tak prozaicznym jak zarabianie na życie. Wciąż mam w pamięci lakoniczne życzenia opłatkowe K.: zdrowia nam życzę, bo reszta zależy od nas. Dokładnie tak.

Żenuje mnie, gdy słyszę (a słyszę), otrzepawszy skrzydła z popiołów, że Bóg nad nami czuwa. Serio? Czuwa? Ja tam sobie myślę, że po prostu mamy łeb na karku i umiemy go używać. Bóg może niech się skupi na małoletnich pensjonariuszach z Bujwida, ot, kilka ulic stąd. Tam niech czuwa. Nawet gdyby poziom mojej religijności nie oscylował w okolicy asfaltu, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby upraszać siły wyższe o pomoc w znalezieniu pracy. Kiedy obok Jaś ma kolejny przerzut, Marysia jest regularnie napierdalana przez kochającego tatusia, a mamusia Michałka stwierdziła, że jednak go nie chce i kilkuletniego odstawiła pod drzwi bidula, bo przecież ona też ma prawo do szczęścia.

portaceleste.wordpress.comportaceleste.wordpress.com

Nie, nie, nie tylko matki, nie tylko rodzina. Od lat śledzę losy tej, której chyba nie spieszy się ani do podstawowej komórki społecznej, ani jej owoców. Choć Portaceleste mężczyzn lubi, ba - uwielbia. Oprócz mężczyzn uwielbia też teatr, muzykę, książki, podróże, jedzenie, wino, sporty ekstremalne, swoje miasto, inne miasta, niektórych ludzi, czasem swoją pracę, najczęściej chyba życie. Weryfikuje mi kiedyś tam nabytą teorię, że brak dystansu to zwykle irytująca słabość i nic ładnego. Ona dystansu nie ma. Jest czystymi emocjami, pasją, radością i czasem smutkiem, zachłannością na życie i przeżycia. Tańczy od podróży do afery miłosnej, od afery do knajpki, od knajpki do flirciku, od flirciku do kolejnego spektaklu teatralnego, od spektaklu do butelki wina, od wina do nocy zarwanej nad pracą. To wielka sztuka - nie popaść w tym wszystkim w egzaltację i zbyt wysokie C. A jej się udaje.

Jan Peszek to Jan Peszek, niebywała klasa. Nie ma o czym mówić w ogóle.

Ale - zgodnie z moimi przewidywaniami jego syn Błażej znowu wszystkim ukradł przedstawienie. Żywię pobożną nadzieję, że nie szuka siebie w internetach i nigdy nie znajdzie mojego blogaska, bo mam wielką ochotę wyznawać mu miłość przez parę tysięcy znaków (a wiecie, że potrafię to robić ). Jako królowa Izabela - bo tak się składa, że gra jedyną kobiecą rolę w tej sztuce, to w końcu epoka elżbietańska, kto wtedy wyobrażał sobie dziewczyny na scenie? - jest absolutnie cudowny, komiczny, groteskowy i nieco przerażający momentami. To karykatura, ale taka, z którą wolelibyście nie mieć do czynienia. Najpierw przezabawna, później koszmarna.

Królowa Izabela była żoną Edwarda II, odtrąconą przez niego dla młodego, ślicznego kochanka. Muszę tu dodać, że młodzian obsadzony w podwójnej roli kochanka i syna Edwarda, student PWST pod wartym zapamiętania nazwiskiem Bartosz Bielenia jest naprawdę śliczny i w dodatku ma w sobie coś niepokojącego, coś, co każe wam myśleć, że pod tym urokiem kryje się jakaś ciemność - a to najlepsze z możliwych połączenie na scenie.

Izabela miała problem z przełknięciem odtrącenia, więc jęła spiskować z osobistym kochankiem, niejakim Mortimerem, żeby usunąć zarówno męża, jak i mężowski obiekt westchnień. Udało im się. W czasach Plantagenetów własnej rodzinie należało ufać najmniej, bo wyrzynali się na potęgę i każdy każdemu dyszał w kark.

a-kocica-papierosa.blogspot.coma-kocica-papierosa.blogspot.com

Jeżeli już mowa o teoriach, to spieszmy się je głosić, tak szybko się nam weryfikują. Sądziłam, że cenię dystans ponad wszystko, trafiłam na Portaceleste. Myślałam, że nie znoszę narzekaczy i wiecznych Kłapouchów - w sieci znalazłam Kocicę.

Och, Kocico, wybacz mi, że nad twoimi ponurymi, trącącymi szlamem i łopianem, pełnymi piasku zgrzytającego w zębach i słusznie wściekłymi notkami - śmiałam się jak hiena. Wybacz i przyjmij hołd. Jesteś najlepsza. Masz pióro zgryźliwe, niewyspane, tknięte stuporem, zirytowane bachorami i teściową, a ja czasem marzę, by być mrówką faraonką w twojej cukiernicy. Choć wątpię, czy słodzisz, a jeżeli już - to piołunem. Jestem fanką twoich synów, kota, męża i samochodu. Jestem wielbicielką twojego pecha i cynicznego umysłu. Och Kocico, inni o wierze, nadziei i miłości nie potrafią tak ładnie, jak ty o wkurwie naszym codziennym. Miau.

Również byłam trudnym dzieckiem, które szczerze nienawidziło cióć. W zasadzie nienawidziło wszystkich, poza własnymi rodzicami. A były takie ciócie, które będąc nienawidzonymi pragnęły za wszelką cenę brzydkie to uczucie siłą wyplenić, złamać opór i oblać me czarne od nienawiści serduszko różowym lukrem miłości do cioci. Potrafiła taka ciocia gnieść, miesić, całować i łaskotać na śmierć. Do utraty tchu, do bólu trzewi, do granicy mózgowego porażenia dziecięcego.

Będziesz mnie tu lubić, gówniaro uprzykrzona, nawet gdybym miała cię udusić gołymi rękami!

Nie ze mną te numery, c i o c i u.

Pewnego razu, gdy byłam gwałcona przez ciocię, której ambicją było wycisnąć ze mnie uczucia wyższe metodą wyżymania, zaczęłam wyć i wyłam póty, póki RTG ręki nie wykazało, że nic mi nie jest, na co spocona ciocia sobie poszła.

gretta24.blog.plgretta24.blog.pl

Zbyt krótki przegląd (bo przecież mogłabym tak długo i o wielu z nich) chcę zamknąć Gretą. Zaczynała jako prawie dziewczynka, kończy jako dorosła kobieta i wiele się zmieniło, nawet styl. Lecz to nadal jest dobre, trochę bolesne i prosto w gębę, trochę jak paznokcie wbite w żywe ciało i trochę jak krew z przygryzionych ust - ale bezwzględnie dobre, mocne, intensywne i znów! - bardzo kobiece w każdym zdaniu pisanie. Tak myślę. Od lat.

Ostrożnie się stawiam na ubitej, zmrożonej ziemi, opieram biodrem o samochód przeciwważąc wyślizgującego się z drugiej strony synka, zatrzaskuję w środku kluczyki, więc znowu podciąganie w górę dziecka, schody, pęk kluczy od mieszkania, szaliki i czapki na oczach, zapasowy komplet, zjeżdżające po biodrze dziecko w śliskim kombinezonie, schody w dół i szczypiące minus dwadzieścia, kręcę tyłkiem w krótkim kożuszku i wysokich butach, A. rozbawiony wkłada mi palce w usta, postękuję bezwiednie, sztywnieją mi dłonie a po plecach cieknie strużka, śliczny chłopak z naprzeciwka kłania się z zalotnym „dzień dobry, sąsiadko”, przyjemny zawrót głowy, ale „mamo!” trzyma mnie w pionie.

Przeć do przodu, wypychać dziecko przed siebie, nie oglądać się, nie czekać na nikogo.

Przedkładam wystające kości biodrowe nad twardość pełnego, ciążowego brzucha opasującego mnie aż po plecy.

Przedkładam monosylabizującego, samodzielnie chodzącego chłopca nad roślinnego noworodka, półsztywne-półbezwładne ciałko o minimum przytomności.

Przedkładam oswojoną rutynę i ustalony rytm nad lęk i chaos pierwszych tygodni z dzieckiem.

Przedkładam też Warszawskiego w ciężkim płaszczu i z nim cmoknięcia w przelocie nad każdego Hanka Moody'ego.

Swoją drogą - Californication mnie przygnębia.

Czytam blogi kobiet, dziewczynek, bab i panienek. Czytam damy, jędze, westalki, niunie i pańcie. Czytam, bo dobrze piszą, bo każda jest jakoś tam mądra i wszystkie są interesujące. Piszcie dalej, proszę.

***

Partnerem cyklu o blogerach jest platforma Blox.pl, organizator spotkania blogerów i przyjaciół blogów Blogair 2014.

Więcej o: