Przeżyj (to sam), czyli dlaczego warto zobaczyć "Miasto 44"

"W konspiracji mamy najfajniejsze dziewczyny" - mówi Beksa Stefanowi, gdy ruszają na pierwszą akcję. Za dwie godziny filmu nie będzie ani chłopaków, ani dziewczyn, ani miasta. A my zajrzymy prosto do jądra ciemności. Poczujemy rozpad Warszawy. Przeżyjemy koniec świata. "Miasto 44" Jana Komasy to nie film, tylko doświadczenie.

Piszę ten tekst równo dwanaście godzin po projekcji. Przeszłam już wszystkie fazy doświadczenia: adrenalinowy haj, trans, otępienie, traumę i strach. „Miasto 44” zostaje w ciele na długo. Wnika w fizjologię, zaczyna sterować nami wbrew naszej woli, sprawia, że patrząc na Warszawę z prawego brzegu, zaczynam widzieć ogień i pył. I gdy już tonę w morzu krwi i duszę się pod gruzami, przychodzi konstatacja, że to przecież niemożliwe. Że za dużo, że nie da się tak (prze)żyć, że Komasa to sobie wszystko wymyślił.

Młody reżyser filmem, który wybucha jak emocjonalna bomba, daje świadectwo temu, że nie da się dać świadectwa. Bo czemu to świadectwo można by dać? Fatalnym decyzjom dowódców? Młodzieńczej śmierci w mękach? Miłości, która w ostatecznym rozrachunku nie jest głośniejsza od bomb? Komasa nie próbuje krytykować, moralizować ani pouczać. Chce tylko i aż wywołać emocje, wybić z obojętności, sprawić, że uwierzymy, że to, co niewyobrażalne, zdarzyło się naprawdę. I może (ale tylko ostrożne może) przyczynić się do tego, żeby nie zdarzyło się ponownie.

Na szczęście dla tych, którzy bali się, że „Miasto 44” poruszy i tak już rozedrgane struny martyrologii, każdy gest powstańców, który mógłby zostać uznany za „bohaterstwo” zostaje przez los (?) surowo ukarany. Na bohaterstwo nie ma tu miejsca. Są ludzkie odruchy, współczucie, a nawet pokryte patyną miłosierdzie. Ale nie ma za nie nagrody.

Biedronka (Zofia Wichłacz) ratuje spod gruzów niemowlę, które potem nie przeżywa nawet godziny, a jeden z kolegów Stefana ratuje innego żołnierza spod ostrzału, by za chwilę wykrwawić się na śmierć. Sam Stefan (Józef Pawłowski) po upadku powstania płynie gęstą od trupów Wisłą tylko po to, by zostać zupełnie sam.

Czuję, że samotnością bohaterów, codziennym bohaterstwem i wolą życia Komasa oskarża mnie, tę, która żyje w Warszawie 70 lat później i Stefana - człowieka bez właściwości, który ma szansę dotrzeć na drugi brzeg, bo już dawno włączył autopilota. czy ceną przetrwania jest zostanie bezemocjonalnym zombie?

Beata, Kama i Biedronka, dziewczyny z Miastafot. materiały prasowe

Dla mnie "Miasto 44" jest też o tym, jak różnie pojęcie "przeżycia" rozumieją kobiety i mężczyźni. Kobiety ustawiają się w roli matek, a chłopcy chętnie przyjmują ich opiekę. W tle akcji pobrzmiewa wciąż piosenka „Miłość ci wszystko wybaczy”. Gdy matka Stefana ginie, on staje się zombie z płonącymi oczyma, martwą mimiką, ruchami bohatera gry komputerowej. Za to figury ojca w filmie nie ma. Tata Stefana nie wrócił z kampanii wrześniowej, tata Biedronki uciekł na wschód. Mężczyźni to ci, którzy odchodzą. Na wojnę, na powstanie, daleko od domu.

„Nie opuszczaj mnie, nie mogę bez ciebie żyć, nie chcę być sama”, mówią Stefanowi (Józef Pawłowski) po kolei: matka (Monika Kwiatkowska) i dwie dziewczyny: Biedronka (Zofia Wichłacz) i Kama (Anna Próchniak). Wszystkie piękne i silne, wszystkie zdolne do ocalenia jego (niedojrzałego, przezroczystego, z lekką manierą Jamesa Deana) i niedbające wcale o ocalenie samych siebie. W mieście żywych trupów, gdzie w klaustrofobicznych kanałach jest czarno jak w piekle, kamienie walą się na głowy, a czołgi rozszarpują wnętrzności, kobiety żyją dla miłości.

Dziwne i dwuznaczne to świadectwo tego, że „powstanki” zasługują na znacznie poważniejsze miano (tu ukłon w stronę Weroniki Grzebalskiej). Biedronka i Kama są przecież prawdziwymi twardzielkami. Ale „przeżyć” znaczy dla nich coś innego niż dla chłopaków. Biedronka mówi Stefanowi: „chcę żyć dla ciebie”. Myśli o tym, żeby przebiec dla niego przez kolejne barykady, załatwić kilka kropli wody, donieść do szpitala. Nie rozmawia z nim za to wcale. Bo o czym tu mówić? O tym, jak ginęli ich najlepsi przyjaciele, o tym, że nie mają już rodziców, o tym, że ich miasto jest ruiną?

Osią fabularną filmu jest trójkąt miłosny Biedronka-Stefan-Kama (taki wątek musiał się przecież pojawić w filmie reklamowym hasłem: „Miłość w czasach apokalipsy”). Gdy Stefan całuje Biedronkę i kocha się z Kamą, zaczyna się Matrix, sieczka, popisówa efektów specjalnych, na które narzekali krytycy po stadionowej premierze. Wokół kochanków wybuchają bomby, świszczą kule, walą się kamienice. Może to wszystko tylko sen? Chłopięca fantazja o silnych dziewczynach, które najpierw wciągają do konspiracji i dają broń do ręki, kochają, a potem giną? Ten sen śni się jeszcze na długo po wyjściu z kina. A w końcu, gdy się z niego budzimy, wiemy, że już nigdy nie spojrzymy na Warszawę tak samo. Już zawsze będzie miastem żywych trupów.

To tylko jedna z interpretacji filmu. Opisu całości doświadczenia Miasta podjąć się nie zamierzam. Moja rada: przeżyj to sam. Najlepiej już dzisiaj, w dzień kinowej premiery filmu, który na pewno podzieli kobiety, krytyków, Polaków. Ale mam nadzieję, że nie na dwa radykalne obozy: tych za i tych przeciw. Bo ten film rodzi tyle doświadczeń, ilu jest widzów. Uszanujmy każde z nich.

Więcej o: