Małe miss, czyli o tym, że dziecko nie jest własnością rodziców

Do Polski dotarła plaga konkursów małych miss. Niebawem do zawodów w najmłodszej kategorii staną (zostaną postawione?) nawet czteromiesięczne niemowlaki. Dotarły także Beauty Campy, podczas których dziewczynki uczą się gracji, makijażu i stylizacji. Ich małe uczestniczki mówią, że interesują się modelingiem i shoppingiem... A we mnie ten temat wyzwala ukrytego hejtera.

Gdy rok temu napisałam do „Elle” lekko krytyczny tekst o blogach z modą dziecięcą, zostałam wrogiem numer jeden Szafeczek i innych Kaszek z mleczkiem. Na szczęście internetowe skandale wytracają impet już po tygodniu, więc po małej traumusi otrzepałam piórka. A poglądów nie zmieniłam. Czy chcę teraz drugi raz wejść do tej samej rzeki? Wtedy nie będzie już odwrotu - zostanę etatową hejterką „słodkich dzieciaczków” (jak pisali o mnie w komentarzach oburzeni fani blogerek i ich pociech). Ale co ja mogę na to, że temat mizdrzących się do kamery, przebranych i wyfiokowanych małych miss (tych z konkursów piękności, ale i blogowych słit foci) sprawia, że zaczynam pluć żółcią?

Małe misski (takie jak Eden Wood Honey Boo Boo, które po występach w programie„Toddlers and Tiaras” telewizji TLC dorobiły się własnych reality show) to dorosłe kobiety zaklęte w dziecięcych ciałkach albo raczej niewinne dzieci wtłoczone w stereotyp dużych i niegrzecznych dziewczynek. Ich twarze wyglądają jak maski, uniformem są różowa satyna, tiul i tafta, a w kręgu zainteresowań leżą moda, uroda i pieniądze, które zastąpiły triadę sex, drugs and rock'n'roll.

Konkursy małych miss nad Wisłą też mają się świetnie. Kolejny już 11 października w Warszawie. Do zawodów w najmłodszej kategorii staną czteromiesięczne niemowlaki. Do Polski dotarły także Beauty Campy, podczas których dziewczynki uczą się gracji, makijażu i stylizacji. Ich małe uczestniczki mówią, że interesują się modelingiem i shoppingiem. Chcą zostać gwiazdami kina, telewizji albo wybiegu. Bo przecież nie ma sensu być kimś innym niż gwiazdą, prawda? Ładna buzia gwarantuje popularność, a więc szybkie i sprawne zdobycie męża, a w konsekwencji - upragnione bogactwo.

Nawet nie chce mi się tu wytaczać genderowego oręża, bo to jak ostrzeliwanie armatą mrówki. To jasne, że dla chłopców takich obozów nie ma. Przecież oni nie muszą być piękni. Mogą za to uczyć się gry w szachy, RPG-i i tenisa. Bo to inteligencją i umiejętnością analitycznego myślenia mają w przyszłości zabłysnąć.

Jestem zła na rodziców dziewczynek, które muszą dorosnąć zbyt szybko. Zła na mamy, które kupują im kosmetyki, bo rzęsy za krótkie, a buzia za mało rumiana i rozwydrzone laleczki Bratz (które wyglądają jak niemowlęta, ale nie widzieć czemu ubierają się jak dziwki), bo przecież muszą się nauczyć być cool, i stringi, bo to przecież najwygodniejsza bielizna dla maluchów.

"Przecież dzieci chcą mieć to samo, co rówieśnicy", "Moja mała uwielbia przebierać się moje buty i malować moją szminką" - tłumaczą się gęsto mamy. Zgadzam się, nie ma co za wcześnie bić na alarm. Nie jestem rozhisteryzowaną konserwatystką, która najchętniej zakutałaby dziewczynki w habity i zamknęła w klasztorze do osiemnastki. Dorastanie ma polegać na eksperymentach. Ale gdzie leży granica? Chyba tam, gdzie uroda lub jej brak stają się dominującą albo nawet jedyną podstawą samooceny.

W jednym z najlepszych odcinków „South Parku” (oglądacie?) „The List”, dziewczynki tworzą listę wszystkich chłopaków w klasie w kolejności od najładniejszego do najbrzydszego. Najładniejszy od razu zaczyna zarywać koleżanki i bujać się po korytarzach, najbrzydszy ma ochotę umrzeć i zabić wszystkich na swojej drodze. Przekaz jest taki: ładnemu łatwiej. Nie musi się starać, dostaje wszystko na talerzu, jest gwiazdą. A więc, gdy czynimy z naszego dziecka ładną kukiełkę, która ma słodko wyglądać i zdobywać dla siebie i dla nas głaski, pozbawiamy je motywacji do prawdziwego samorozwoju.

Dlaczego uparcie łączę zjawisko małych miss z blogami dziecięcymi, a nawet nachalnym publikowaniem zdjęć (często nagich) dzieci w Internecie? Przecież mała Szafeczka nie ma makijażu, a dziecko koleżanki tak niewinnie się bawi! Dla nas niewinnie, dla zwichrowanego umysłu - prowokująco. A te zdjęcia zostają przecież w sieci na zawsze. I oglądać je mogą... lepiej nie wiedzieć jacy ludzie.

Tak samo zresztą jak nagie zdjęcia Jennifer Lawrence, Kirsten Dunst i Kate Upton, które tajemniczo wyciekły do mediów. Robiąc sobie zdjęcia w pozach aktorek porno stały się przedmiotem fantazji onanizujących się nastolatków. Niektóre z moich koleżanek, tak jak gwiazdy, trzymają zdjęcia w chmurze. Niektóre nawet w negliżu. Niektóre wysyłają je mailem albo publikują na Facebooku. Po skandalu z udziałem hollywoodzkich blondynek zapaliła się im czerwona lampka. Co jeśli te zdjęcia zobaczy kiedyś szef? Albo koledzy syna?

Jeśli my wolałybyśmy, żeby niektóre nasze zdjęcia nigdy nie ujrzały światła dziennego (te z bongiem w holenderskim coffee shopie, te z byłym chłopakiem, te w bikini piętnaście kilo temu), dlaczego wydaje nam się, że możemy to robić naszym dzieciom? Bezkarnie wykorzystujemy ich wizerunek na własne potrzeby tylko dlatego, że tak jak ryby, głosu nie mają.

Nie ma się co martwić. Gdy podrosną, też chwycą za ajfona i strzelą selfika. Ale po co mają odkryć, że ich życie było w internecie dokumentowane od dnia zero? Gdy wystawiamy dzieciaki na ocenę innych na Facebooku, nasze motywacje są podobne (choć mniej śmiało realizowane) do tych, które kierują mamami, które zachęcają pięciolatki do udziału w konkursach małych miss.

Uważamy, że nasze dzieci są śliczne - jasne. Chcemy się nimi pochwalić - jasne. Są częścią (często najważniejszą) naszego życia, więc je pokazujemy - to też jasne. Ale uwaga! Wszystko z umiarem!

Blogerki, rozmawiając ze mną rok temu, same podstawiały sobie nogi. Jedna z nich na pytanie, czy córka cieszy się, że jej zdjęcia są w sieci, odpowiedziała: „Tak! Codziennie pyta, ile dostała lajków”. Komentarz jest chyba zbędny.

Więcej o: