Brać czy nie, oto jest pytanie!

Po co w dzisiejszych czasach brać ślub? Mieszkamy ze sobą bez ślubu, sypiamy bez ślubu, nawet dzieci mamy bez ślubu. Już wiemy, że lepiej pożyć razem i zobaczyć, jak nam to wychodzi, ślub nie jest potrzebny, by pójść razem do łóżka, a dzieci nie wyskakują z kapusty dziewięć miesięcy po nocy poślubnej.

Nie, nie hajtam się, jak to mawiają na dzielni. Ale rozmawiam w tym temacie dużo z moją przyjaciółką, której staż związku i narzeczeństwa generują naciski rodzinne. I, oczywiście - łatwo jest powiedzieć: ślub jest dla was, młodych, nie dla rodziny. Ale umówmy się, to nie jest do końca prawda. Rodzina chce, żeby było pięknie. Mama chce łzę uronić podczas przysięgi, tata chce jedyną córkę do ołtarza poprowadzić... No i jak tu wytłumaczyć, że ten ołtarz to nie bardzo, że przysięgę to by młodzi chcieli jakoś tak intymniej, jeśli już, niekoniecznie przed tłumem. Bo chcieliby taką swoją, a nie taką odklepaną. I w ogóle, to nie chcieliby tego całego show. Ale całkiem z niego zrezygnować nie mogą.

O swoim stosunku do wesel pisała już Rączka, a jej tekst doczekał się polemiki ze strony czytelniczki. Było także o prezentach. I o tym, że ucieczka sprzed ołtarza to nie koniec świata. Mnie nurtuje pytanie: skoro ludzie nie chcą ślubu i całej tej szopki, to dlaczego koniec końców się na to godzą? (Ok, nie wszyscy, ale jednak większość - poparte prywatnym wywiadem środowiskowym).

Po co ludzie biorą dziś ślub? Najprościej byłoby powiedzieć, że z miłości i na pewno ten argument przeważa. Ale nie mogę się nie zgodzić z kontrargumentem: skoro się kochamy, żyjemy razem od lat, to czy naprawdę podpisanie tego świstka w urzędzie jest takie istotne? (I odbijmy piłeczkę - skoro tak nam wszystko jedno, to przecież podpiszmy! Z nim nie będzie inaczej). Nie wchodzę tu na grząski grunt przysięgi składanej przed Bogiem, bo musiałabym zboczyć w ciemną i krętą uliczkę dziwnych argumentów osób, które twierdzą, że to jest ważne ze względów religijnych, a potem stoją przed ołtarzem w zaawansowanej ciąży, ale w białej sukience i po spowiedzi. Nie, nie idę tam.

Z winnych rozmów w babskim gronie rodzi mi się taki oto obraz utkany z małych plusików i (sporych) minusów. Razem wychodzi ciekawa kapa na łóżko. Nic tylko się w nią zawinąć i zapomnieć o problemach. I ślubach.

Przeciw

Koronny argumentem jest kasa. Koszmarny wydatek, nawet, jeśli para dokłada starań, by było tanio. Oczywiście, można zrobić takie wszystko skromne, tylko dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Ale - znowu: to nie takie proste. Jak się zachować w stosunku do tych wszystkich znajomych, którzy nas przez ostatnią dekadę zapraszali na swoje wesela? Olać? Nieładnie. Zaprosić. Zapomnij, że będzie w małym gronie.

Sukienka, nawet prosta, wcale nie specjalna i ślubna kosztuje. Buty. Jego garnitur. No chyba, ze weźmiemy ten z szafy („No jak to? Do ślubu to miejcie coś porządnego!”) Jego buty. Napitek dla gości. Coś do jedzenia. Przecież nie możemy tak - hyc do urzędu, dawajcie prezenty i nara. Najtwardsi jednak wymiękają - nawet jeśli deklarują, że tak właśnie zrobią, gną się potem jak brzozowe witki i pod błagalnym spojrzeniem mamy i teściowej godzą się na rodzinny obiad. Trudno się dziwić. Skoro to ma być taki piękny dzień, nie chcemy potem pamiętać do końca życia obrazy rodzinnej i focha jak stąd do Barcelony.

A skoro o Barcelonie mowa - wbrew pozorom nie jest wcale drogą opcją zapakowanie rodziców i świadków do samolotu i wywiezienie ich na weekend w jakieś przyjemne i odległe miejsce, by tam w ambasadzie dokonać dzieła. To znaczy nie jest drogą opcją w porównaniu z wielką fetą w domu weselnym.

No właśnie. Dom weselny. Mało jest chyba takich miejsc przystosowanych do podjęcia gości nowożeńców, które nie wywołują we mnie drgawek obrzydzenia. Te, które wydają mi się EWENTUALNIE godne uwagi życzą sobie tyle za talerzyk, że nie ma w ogóle rozmowy. (Czy ktoś kiedyś policzył ile butów lub książek, albo lepiej - wycieczek last minute - można kupić za wyżywienie weselnych gości?)

Trzeba się zmierzyć z kwestią zmiany nazwiska. Brrrr. Człowiek żył na świecie 30 lat jako Kowalski i nagle ma reagować na Iksińskiego?! Zło.

Można wyliczać w nieskończoność argumenty przeciwko ślubom. Moim ulubionym jest ten, który odwołuje się do hipsterskich odczuć potencjalnych małżonków: to takie staroświeckie. Może to działać zarówno motywująco, jak i odstręczająco. Zależy, czy modne są w tym kwartale romantyczne śluby po trzech tygodniach znajomości, czy zdecydowanie wszyscy się akurat wypinają na legalizację związków.

Za

Jest okazja, by zrobić wielką bibę z pysznym żarciem i bawić się do rana z rodziną i przyjaciółmi - to jest taka impreza, na którą wszyscy przyjdą, nikt się nie wymówi w ostatniej chwili migreną, żadnej przyjaciółce nie wyskoczy ważna rodzinna sprawa (czytaj randka, której nie umie przełożyć).

Jest okazja, by przebrać się za księżniczkę. Umówmy się - na co dzień niewiele jest okazji, by się tak wysztafirować. Albo przebrać się za to, za co chcemy się przebrać (ale wtedy trzeba doliczyć minus na tłumaczenie babci, dlaczego dobrze czujemy się w fiolecie albo w spodniach).

Jeśli chcecie brać kredyty, rodzić dzieci czy legalnie po sobie dziedziczyć - jest to mądre posunięcie z punktu widzenia prawa. Ale ponoć do przedszkola dzieci się łatwiej dostają, gdy jednak rodzice "żyją osobno".

No i plusów mamy mniej, niż minusów - nie przesłonią, nie ma siły.

Zdania są podzieloneZdania są podzielone

Jakby mógł ten ślub wyglądać, by owca i wilk się wspólnie bawili? Ano mam pewną wizję. Jedziemy wszyscy do pięknej daczy, która jest w posiadaniu mojej rodziny od pokoleń. Dacza jest nad jeziorem, malowniczo niezwykle położona. Kormorany, te sprawy. Dacza jest wielka, pomieści bez problemu i sto osób. Ma również wielką salę z kominkiem, w której będzie można usadzić tych, którzy z racji wieku czy pozycji rodzinnej siedzieć i raczyć się trunkami na siedząco powinni. Do jeziora trzy sekundy piechotą, więc w kluczowym momencie wszyscy się tam udamy, by - przy pięknie przystrojonej kwieciem z łąki altance - wziąć udział w szybkiej ceremonii. Mówimy sobie to, co chcemy powiedzieć, żadnych tam ślubuję ci wierność i uczciwość. To samo, ale własnymi słowami. A potem bawimy się do wschodu słońca, w ogrodzie przystrojonym lampionami. A wschód słońca oglądamy wspólnie w stanie euforycznego nawalenia - tak pięknie wygląda słoneczko wyłaniające się zza drzew widocznych na horyzoncie, tak pięknie mieni się w toni jeziora...

Chlip. Zapomniałam, że nie mam daczy.

Więcej o: