Masz tę moc? Bo ja już trochę słabnę. Kilka słów o (bardzo) młodym kinie feministycznym

Jeśli są tu śmiałkowie, których nie odstrasza tytuł, to podkręcę czynnik grozy. Będzie nie tylko o feminizmie, siostrzeństwie, kobiecości i księżniczkach, ale też o dzieciach, słowem o disneyowskiej produkcji "Kraina lodu". Ach, przeraza!

Zacznę od osobistych wynurzeń, bo od czegóż by innego? Wiecie jak ostatnio wyglądają moje poranki? Dzieci trzeba odstawić do instytucji edukacyjnych o porach nierozsądnie wczesnych, więc jako pierwsza zwlec się musi matka (a to rasowa sówka, nie skowronek, więc nie ma mowy o radosnym zrywie do lotu. Raczej liczymy na grawitację i cucącą moc zetknięcia z podłożem -BUM! Z góry uprzedzę pytania o ojca: on jest borsukiem i mieszka w jamie z kołderki. Zapytajcie jakiego myśliwego, czy łatwo wykurzyć borsuka z nory i czy warto podejmować te starania o szóstej rano na przykład. A potem uciekajcie, gdy będzie odbezpieczał flintę). Powstanie matki to jednak tylko połowa, a może nawet jedna trzecia, sukcesu, bo trzeba przywołać do przytomności jeszcze dwie dziewczynki, które bardzo, ale to bardzo wdały się w mamusię i nie lubią poranków.

Nie lubią ich tak bardzo, że ignorują wszelkie sygnały dźwiękowe (kupiony przez zapobiegliwego dziadka śliczny różowy budzik nie spełnia swej roli. To znaczy owszem: rozjusza matkę, co stanowi pewien zastrzyk jakże potrzebnej wczesną porą energii) także te wydawane paszczą przez zombie-matkę. Zombie wyciąga więc spod kołderek różowe pięty, gilga pod pachami i wspina się na szczyty krasomówstwa (zombiackiego, rzecz jasna), by jakoś skłonić słodkie panienki do ruszenia odwłoków. Po kilkunastu minutach tych wesołych przekomarzań, gdy cierpliwość matki znajduje się w stanie ostatniej rezerwy, jedna z księżniczek na ziarnku grochu szepce omdlewająco zbielałymi usteczkami: "Mamo, puść moc". I matka puszcza. I moc zaiste jest wielka! Bo nie tylko panienki wstają ochoczo i rzucają się w tany, ale i matula-nieboga także podśpiewuje (a fałszuje cholera potwornie) i jakoś raźniej rusza ku obowiązkom dnia powszedniego. Co to za magia? Co to za moc? Co za bajki wam tu opowiadam? HA!

Zaprawdę powiadam wam, wiele zawdzięczam tej disneyowskiej produkcji. Choć gdy oglądaliśmy w pierwszy raz w kinie "Krainę lodu", czyli historię dwóch sióstr Anny i Elzy, która posiada (acz niespecjalnie nad nią panuje) wspomnianą moc, to na mnie zrobiła umiarkowane wrażenie i daleka byłam od zachwytu. Ale ja generalnie nie kocham księżniczek (jestem bowiem punkówą, nieprawdaż) i z ostatnich filmów z tego gatunku to tylko "Księżniczka i żaba" ujęła mnie z miejsca i bezwarunkowo (piękno tej animacji urzekło mnie po prostu), zaś na przykład "Zaplątanych" nauczyłam się cenić dopiero po jakichś 12 seansach. Co zrobić - zakuty łeb. Dlaczego jednak wymieniam akurat te tytuły? Bohaterki tych bajek łączy jedno - to nie są jakieś bezradniątka, które grzecznie i pokornie czekają na księciunia, co uratuje, pocałuje, czy co tam księciunio ma w zamiarze. Współczesne księżniczki to dziewczyny pełnokrwiste, ambitne, zaradne, temperamentne, odważne, gotowe brać los we własne ręce, podejmować decyzje i zmagać się z ich konsekwencjami. TAK! Nudne falbaniaste heroiny wreszcie są prawdziwymi BOHATERKAMI, a utożsamiać się z nimi to znaczy coś więcej niż ubrać się w różową kieckę. Wreszcie! O to chyba walczyły pokolenia feministek - o mocne kobiece wzorce w kulturze. I jest to zwycięstwo, które mnie cieszy, bo lubię mocne baby.

A kiedy patrzę jak "Kraina lodu" działa na moje córki, to widzę to zwycięstwo w pełni. Po pierwsze film opowiada o siostrzanej więzi, wątki miłosne traktując pobocznie. Już to jest ważne przesłanie, lekcja, którą sobie powtarzamy w obliczu różnych drobnych siostrzanych konfliktów. Siostry mogą się pokłócić, ale koniec końców łącząca je miłość jest ich największą mocą, więc muszą ją pielęgnować. Co do samej mocy, która wyznacza główną oś akcji i popycha obie bohaterki do różnych nieprzemyślanych czynów, to wedle interpretacji mojej sześcioletniej córki: "Elza po prostu się boi, bo nie zna siebie" (tak, hoduję geniusza). Potrzeba uwolnienia siebie, znalezienia własnego źródła mocy, by móc nad nim zapanować i nauczyć się korzystać z jego dobrodziejstw - kurde, chciałabym aby ktoś mi powiedział te wszystkie rzeczy, gdy byłam małą dziewczynką. Że mam jakąkolwiek moc w ogóle. To jest bardzo proste, ale też ogromnie wyzwalające przesłanie. Sama prostuję plecy i wyżej unoszę głowę, gdy śpiewam (fałszując) te kocopoły o mocy. MAM TĘ MOC!

Bo też wspólne śpiewanie jest częścią tego czaru. Przyjaciółki, siostry, matki i córki mają taki swój mały hymn w tej piosence, która stała się swojego rodzaju światowym fenomenem. Nagrodzoną Oscarem anglojęzyczną wersję śpiewają znani i nieznani:

W prasie co jakiś czas pojawiają się newsy, takie jak ten o strażakach z Bostonu, którzy usiłowali namówić spanikowaną czterolatkę, by wyszła do nich po drabinie z windy, która utknęła między piętrami. Dziewczynka wykonała polecenie dopiero, gdy na dwa głosy zaczęli śpiewać piosenkę "Mam tę moc". A mnie chyba najbardziej cieszą filmiki takie jak ten - tata i córka wspólnie celebrujący to całe girl-power. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że we własnym domu doświadczam takiej celebry regularnie.

Żebym jednak nie uleciała za wysoko w mym baloniku z napisem "Niech żyje rewolucja!", to jest i szpileczka do nakłuwania. Otóż, odkryłam - i niebacznie zdradziłam się z tą wiedzą przed córkami - playlistę Spotify, która zawiera 51 narodowych wersji naszego ukochanego utworu. Który przestaje być ukochany, gdy słyszysz go po mandaryńsku, katalońsku, koreańsku i niemiecku. Pieprzona globalizacja. Może trzeba było od razu je "Międzynarodówki" nauczyć?

Niech moc będzie z Wami!

Więcej o: