Bartek Biedrzycki: Warszawa nie jest gotowa na atak atomowy

Po co nam książki postapokaliptyczne? Czy wiemy, gdzie się ukryć podczas ataku termojądrowego i dlaczego czasem lepiej jednak zakładać, że nasz kraj jest mniej istotny, niż chcielibyśmy? Bartek Biedrzycki, skromny pracownik IT i ojciec dwójki dzieci za dnia, autor książek nocą, opowiada o swojej debiutanckiej powieści "Kompleks 7215", wojsku, cywilach i o życiu w podziemiach warszawskiego metra po zagładzie.

Spotykamy się w bardzo ciekawym momencie. Wystarczy posłuchać doniesień ze Wschodu i poczytać o tym, jak na wszystko reagują decydenci z Zachodu, by przyszłość opisywana w twojej debiutanckiej książce, czyli świat pogrążony w atomowej zimie dwadzieścia lat po zagładzie, nie brzmiała tak nierealnie...

Atmosfera jest napięta, to fakt. Słyszałem dziś nawet taką opinię, że to jeszcze nie jest wrzesień, ale minęliśmy już rok 1934.

Jak myślisz, Warszawa jest gotowa na to, by stawić czoła atakom? Mieszkańcy stolicy mogliby teraz zejść do podziemi i przetrwać wojnę atomową?

Nie, Warszawa nie jest gotowa, ukrycie się w metrze nikomu nic nie da. Nasze metro jest wyposażone - w zależności, o którym źródle informacji mówimy - do stacji Wilanowska albo do stacji Racławicka - w Grodzie Ochrony Cywilnej, które według współczesnych standardów nie spełniają wymogów grodzi przeciwatomowych. Druga sprawa, że w przypadku bezpośredniego trafienia ładunkiem termonuklearnym, to metro jest wydrążone za płytko, by dać bezpieczne schronienie. Cały odcinek bielański poszedłby na straty, bo jest tuż pod powierzchnią. Odcinek od Kabat do Wilanowskiej miałby szansę, bo powstawał w czasach, gdy były jeszcze pieniądze na głębsze drążenie i wzmocnienia. Można się tam schować, zaciągnąć grodzie i mieć nadzieję, że radiacja nikogo nie zabije.

Bartek Biedrzycki w Atomowej Kwaterze Dowodzenia (fot. archiwum prywatne)Bartek Biedrzycki w Atomowej Kwaterze Dowodzenia (fot. archiwum prywatne)

Nawet stacja metra Politechnika nie dałaby bezpiecznego schronienia ludziom? Słyszałam, że ta konkretna stacja była planowana jako schron przeciwatomowy z małym centrum dowodzenia kryzysowego...

Fakt, perony są dosyć głęboko, tunel przebiega pod trasą, te tereny są zabezpieczone. Myślę, że stacja na Powiślu też ma szansę przetrwać, bo jest schowana pod tunelem na Wisłostradzie. Szczerze mówiąc jednak, marnie to widzę. W swojej książce musiałem założyć optymistycznie, że żaden ładunek bezpośrednio w stolicę naszego kraju nie uderzył.

Jesteśmy na to za cienkie rybki?

Tak przyjąłem ja, co nie do końca zgadza się z ogólnie przyjętymi założeniami. Jesteśmy przedmurzem NATO, tak jak kiedyś byliśmy przedmurzem Układu Warszawskiego. Wtedy było tak, że w razie wojny Rosjanie mieli spalić ten kraj do gołej ziemi i wytyczyć tutaj pas ziemi niczyjej, by nikt z Zachodu nie mógł się przedrzeć. Podejrzewam, że podobne zasady działają dziś po stronie NATO. Tu będzie jałowa, wypalona atomówkami ziemia, tu będą mogli być powstrzymani najeźdźcy ze Wschodu. W tej sytuacji może lepiej nie pogrążać się w dalszych rozmyślaniach. Ja w ogóle nie chciałbym mieć nic wspólnego z wojną.

A jednak w twojej debiutanckiej powieści cień wojny jest obecny...

Pokazywanie ludzi w sytuacjach kryzysowych, stresowych, awaryjnych, a do takich należą realia postapokaliptyczne, jest znacznie ciekawsze niż opisywanie ludzi w normalnej rzeczywistości. Silne emocje sprawiają, że ludzie działają inaczej. Z drugiej strony zależało mi na tym, co w polskiej fantastyce najlepiej opisał Marek S. Huberath w „Karze większej”, on bowiem pokazał, że ludzie się nie zmieniają - cały czas funkcjonują według tych samych schematów. Chciałem więc pokazać, że choć była wojna, po której ludność stolicy zeszła do podziemia, wszystko wokół to syf i gnój, a ci, którzy przetrwali, żyją w bagnie, to schematy myślenia i działania niewiele się zmieniły. Ludzie pozostają ludźmi, ze wszystkimi wadami i przywarami.

Grafika do książki ''Kompleks7215''Grafika do książki "Kompleks 7215" (rys. Piotr Cieśliński)

Co było impulsem do powstania „Kompleksu 7215”?

Po prostu usiadłem i napisałem opowiadanie. Dla siebie, dla przyjemności. Nie wiem właściwie, skąd mi się wzięła ta postapokalipsa, może stąd, że w ostatnich trzech latach przeczytałem sporo książek z tego nurtu. Usiadłem więc któregoś dnia z myślą o tym, że napiszę krótki tekst. W miarę pisania on się rozrastał - trzeba było nakreślić tło, wyjść na Warszawę, detali przybywało. Fabryka Słów dostała mój tekst, wydawca zadał mi pytanie, czy mógłbym ze swojego długiego opowiadania zrobić książkę. Zakończenie, które wymyśliłem do opowiadania, zupełnie nie pasowało do dłuższej powieści, bo zostawiało czytelnika z pytaniem „Jak to? W takim razie po co to wszystko?”. Musiałem więc jeszcze raz przemyśleć całą opowieść. Zakończenie powstało na nowo.

Właściwie to sam się rzuciłeś na głęboką wodę.

Tak, nigdy nie uczyłem się pisania. Owszem, jestem od lat scenarzystą komiksowym, ale to zupełnie inna praca. Na studiach, podczas zajęć z literatury brytyjskiej, mieliśmy ćwiczenia z pisania. W ósmej klasie za to regularnie jeździłem PKS-em do Pułtuska, do ciotki, która była polonistką, i ona co tydzień wymyślała mi inne zadanie związane z pisaniem. Przez wiele miesięcy prowadziła mi intensywny kurs pisania. Oczywiście wszystko to z myślą o moich egzaminach do liceum, ale to właściwie tam, u niej, nauczyłem się pisać opowiadania. Praca z redaktorem była natomiast czymś zupełnie nowym. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś mi tak ingeruje w tekst, mówi "tu gra, a tu nie gra, z tym musisz coś zrobić, bo czytelnik nie przyjmie takiej argumentacji”. Miałem dwójkę redaktorów i obydwoje bardzo mi pomogli.

Wydawnictwo, które wzięło cię pod skrzydła ma już doświadczenie z takimi książkami. Twój "Kompleks 7215” został wydany w tej samej serii co wspomniane książki Gołkowskiego, przypuszczam więc, że łatwo było obdarzyć ich zaufaniem w kwestiach redakcji?

Tak. Z resztą czytałem i Gołkowskiego i wydane przez Fabrykę książki Noczkina. Klimat jest bardzo fajny, choć moja książka nie wpisuje się w ich uniwersum. Opowieść w realiach ze S.T.A.L.K.E.R.-a ma swoje cele, a główny bohater ma swój charakter. Ja starałem się napisać powieść przygodową.

Masz do takich książek sentyment?

Jasne. Jak tylko nauczyłem się czytać dzięki komiksom Janusza Christy, ojciec dawał mi książki Szklarskiego, Curwooda, Verne'a. W swojej debiutanckiej powieści chciałem osiągnąć podobny efekt - dać czytelnikom coś, co czyta się lekko, co dostarcza dobrej rozrywki.

Mieć pomysł i go zrealizować to jedna sprawa, druga jest taka, że pisanie takiej książki wymagało od ciebie wiedzy o pewnych obiektach wojskowych, o broni, przydawała się znajomość żargonu. Długo się przygotowywałeś?

Przede wszystkim dużo rozmawiałem z ludźmi, którzy używają broni. Pytałem o konkretne sytuacje, na przykład: „Wchodzisz na posterunek ludzi, którzy przed zagładą byli policjantami. Jakie wyposażenie mogą mieć?”. To właściwie pytanie o to, jakie wyposażenie ma warszawska policja teraz, bo przecież po zejściu do podziemi raczej niczego nowego już nie stworzono. Albo inne pytanie - skąd nastolatek żyjący w określonym regionie Warszawy mógł zdobyć broń? Najpewniej z porzuconej jednostki wojskowej. W takim razie jakiego typu jednostki wojskowe znajdują się w okolicy danej stacji metra? Okazuje się, że to jest - dajmy na to - Jednostka Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Jaki sprzęt jest na jej wyposażeniu, jak to wygląda, jak to strzela? Albo - co można wyszabrować z prywatnego domu, jakiego typu broń palna najczęściej znajdowana jest u cywilów? Nie zakładamy, że bohater trafi na willę, w której kiedyś mieszkał mafioso, choć w rzeczywistości i takie przypadki się zdarzały. Nie dalej jak w zeszłym roku w garażu na moim osiedlu znaleziono gangsterski arsenał; kiedy patrzyłem na zdjęcia tego, co policja stamtąd wyniosła, to miałem poczucie, że można by tym sprzętem dwie stacje obdzielić.

Tylko weź teraz opisz taką sytuacje w książce...

No właśnie. Życie pisze takie scenariusze, że gdybym chciał je wykorzystać w książce, wszyscy uznaliby, że są zbyt nieprawdopodobne. Musiałem się więc pilnować. Sporo jest też takich detali, których w książce nawet nie widać.

Co masz na myśli?

Na przykład schody na stacji metra Pole Mokotowskie są wykonane z innego kamienia, niż na pozostałych stacjach w tej części linii. Kolega z geologii wyjaśnił mi, że kamień jest specyficzny, wydobyty gdzie indziej, to w książce wspominane jest tylko raz, jednym słowem, jednym przymiotnikiem. Pojawia się natomiast postać geodety, zapytałem więc znajomego jak się mówi, czy można powiedzieć, że „robią obmiar”. On mi na to, że to już archaizm, można za to napisać, że robili tyczenie. Ale czym? "Możesz napisać, że z GPSa, bo teraz wszystko się robi przez satelitę. Stawiasz tyczkę, pyk pyk i leci”. A te punkty geodezyjne? Są, ale raz idziemy z innym kumplem co też tyczy nad rzeką, obok nas stoi świeżo wyremontowany budynek, przy nim punkt geodezyjny. Co się okazało? W czasie remontu domu robotnicy wywrócili go. „Gdyby zostawili taki wywalony, to my byśmy wiedzieli, że trzeba mierzyć inaczej, ale oni woleli wstawić, tylko zrobili to niedokładnie. My zdjęliśmy pomiary według tego punktu i wszystko wyszło źle”. I tak dostałem jeszcze w bonusie długi wykład o siatce takich punktów i pomiarach satelitarnych. Zebrałem sporo informacji z różnych dziedzin, czego pewnie w książce nie widać.

I dobrze, ale ty przynajmniej masz świadomość, że nie przyjdzie rozczarowany czytelnik geodeta i nie powie "człowieku, co ty tam za bzdury wypisałeś?”.

Dokładnie. Wiele lat temu w Nowej Fantastyce chyba pojawiał się taki poradnik dla początkujących autorów pisany przez Oramusa, Sapkowskiego, albo innego z polskich autorów, w każdym razie jedna z porad brzmiała: "Aby nie zrobić idioty z czytelnika i z siebie, na wszelki wypadek sprawdzasz jak jest z tłumikami do rewolwerów, żeby się nie okazało, że wygląda to inaczej, niż w przypadku tłumików do pistoletów”. Miałem to w pamięci. Oczywiście, że wpadki się zdarzają. W maju wydaliśmy komiks o podróży Wisłą, akcja rozgrywa się w XIII wieku. Wydrukowaliśmy go, wszystko było dobre, dzwoni do mnie kolega, który był pomysłodawcą całości i mówi "Wtopa! Na środku mamy rozkładówkę, nikt z nas nie zwrócił na to uwagi. Ani ty, ani rysownik nie mieliście prawa tego wiedzieć, ale ja przegapiłem. Wioślarze siedzą w złą stronę!”. Zdziwiony zapytałem o co chodzi, a kolega opowiedział, że wioślarze płynąc w dół rzeki siedzą w konkretną stronę, a ci na ilustracji siedzą akurat w przeciwnym kierunku. "I co teraz?” - pytam Andrzeja, a on na to: "Powiemy, że manewrowali”. „Kto to zauważy?” "Kilku kapitanów, takich jak ja, ale dla reszty czytelników to będzie bez znaczenia”.

Wpadki się zdarzają. Mam świadomość, że pewnie w "Kompleksie” też jest ich kilka, ale z drugiej strony, aby ci ludzie mogli żyć, musiałem przyjąć kilka założeń. Można je podważać, ale gdybym ich nie przyjął, nie napisałbym nic ponad opowiadanie, w którym dwa tygodnie po zagładzie wszyscy umierają na ostrą białaczkę szpikową.

Robiłeś wyprawy do samego tytułowego kompleksu, czyli Atomowej Kwatery Dowodzenia?

Najpierw zebrałem sporo informacji.

Jak wpadłeś na trop kompleksu?

Wiedziałem, że on tam jest, to obiekt dość popularny wśród fanów urbeksu. Teoretycznie nie wolno tam wchodzić, teren jest zamknięty, ale nawet w weekend przed premierą mojej książki, gdy byliśmy tam przygotowywać reportaż, minęły nas dwie rodziny z dziećmi. Do bunkra, w którym siedzieliśmy, weszli rowerzyści, a gdy wychodziliśmy, minęło nas dwóch amatorów ASG - szli zbadać teren pod strzelankę. Pomyślałem, że to jest fajne miejsce, zwłaszcza że dla ludzi mieszkających w podziemiach, dwadzieścia lat po zagładzie, taki obiekt może być przede wszystkim miejską legendą. W świecie po zagładzie nie jest łatwo się tam dostać, takie odległości stanowią wyzwanie. Przeszkodą jest nie tylko wyniszczenie okolicy, promieniowanie, ale i jego długofalowe skutki - zmutowane zwierzęta i rośliny. W warunkach atomowej zimy przejście dwudziestu kilometrów to pewien problem.

Podziemia Atomowej Kwatery Dowodzenia (fot. Agata Połajewska)Podziemia Atomowej Kwatery Dowodzenia (fot. Agata Połajewska)

W wielu książkach akcja toczy się dwadzieścia lat po wojnie, zagładzie, katastrofie - u ciebie także są to dwie dekady. Dlaczego akurat taki okres?

Tyle czasu wystarczy, by odchować nowe pokolenie. Dorastają ci, którzy nie znają starego świata. Może nawet urodzili się jeszcze przed apokalipsą, ale tamten świat to stare obrazki, bajki, opowieści ich rodziców brzmią dla nich obco.

Trochę jak historie o kartkach na mięso wysłuchiwane przez obecnych trzydziestolatków?

Dwadzieścia lat to właśnie tyle, ile potrzeba, by wyrosło pokolenie, które postrzega świat już inaczej. W przypadku literackiego świata po apokalipsie to znaczy tyle, że taki młody człowiek wstaje rano, sprawdza broń, bo wie, że za każdym rogiem może czaić się coś, co odbierze mu życie. On nie mówi, że, o, tu się pierwszy raz w życiu całował z dziewczyną, on idzie i myśli: „Tu poprzednio wataha zdziczałych psów napadła na moją grupę, pożarły mi kolegę”.

Graffiti w Atomowej Kwaterze Dowodzenia (fot. Agata Połajewska)Graffiti w Atomowej Kwaterze Dowodzenia (fot. Agata Połajewska)

W opisywanym przez Ciebie świecie chyba każdy chce być stalkerem?

Na pewno mali chłopcy żyjący na peronach warszawskiego metra po zagładzie nie chcą być strażakami. Może patrzą z podziwem na mieszkających na Politechnice i Polu Mokotowskim inżynierów z Kryształowego Pałacu, którzy tworzą maszyny ze złomu, ale jest coś takiego w stalkerach, że nikt z podziemi nie może się z nimi równać. Stalker to taki półbóg, ktoś, kto ma status bliski greckim herosom, jest namaszczony. Nosi broń, ma władzę nad życiem i śmiercią.

Ty też chciałbyś być stalkerem?

Ja jestem byłym żołnierzem, w wojsku wybili mi to z głowy (śmiech). Pierwsza rzecz, którą usłyszałem po wejściu do jednostki, to było: „Tu jest wojsko, tu się skończyła logika”. A potem to się różne rzeczy działy. Przesiedziałem w wojsku rok bez tygodnia, bo tyle miałem przesiedzieć.

I nie chciałeś zostawać ani chwili dłużej?

Proponowali mi, zastanawiałem się długo. Problem w tym, że służyłem w Orzyszu, to jest takie miejsce, że jest jednostka, obok jednostki biegnie ulica Wojska Polskiego, przy niej bar, a za barem bloki cywilnych pracowników wojska, a za nimi jest linia kolejowa, na której jest zadaszenie, pusty budynek z jedną kasą otwartą godzinę przed przyjazdem pociągu, a pociągi jeździły tam cztery dziennie. Jak sobie pomyślałem, że miałbym tam spędzić dwa lata na służbie nadterminowej, to stwierdziłem, że wracam do domu.

Okładka książki ''Kompleks 7215''Okładka książki ''Kompleks 7215'', ilustracja: Piotr Cieśliński

Nie jesteś taki jak ojciec głównego bohatera twojej książki, nie czekałbyś wytrwale na awans i przeniesienie do innej jednostki?

Nie. Oczywiście mój syn patrzy na mnie i pyta czasem, jak to było, kiedy byłem żołnierzem, chce oglądać zdjęcia. Dla niego to jest fascynujące, bo jest małym chłopcem, a żołnierz dla małego chłopca to symbol heroizmu. Czytałem kiedyś w badaniach, że zaufaniem społecznym najbardziej - mimo wszystko - cieszą się ludzie w mundurach. Pamiętam to dobrze. Kiedy wracając do jednostki, łapałem stopa w cywilu, zawsze coś złapałem, trzeba było tylko wytrwale czekać. Kiedy stałem w mundurze, nigdy nie stałem dłużej niż pięć minut. Każdy podwoził mnie chociaż kawałek. Kiedyś od studentów w pociągu usłyszałem: - "Tu masz wino, chcesz kanapkę? Wiesz co, ty siedzisz w syfie, żebyśmy my nie musieli. Ty za nas się czołgasz w błocie, ty nas bronisz, za to szacunek".

Na ile wojsko od środka wygląda inaczej niż to, które każdy z nas może zobaczyć podczas parad?

Nie chcę się wypowiadać na temat obecnego stanu technicznego naszego wojska. Wierzę, że ludzie, którzy tworzą to wojsko, wiesz, chłopcy, z którymi ja służyłem, gdyby przyszedł nasz pułkownik, dowódca dywizjonu i powiedział: „Słuchajcie, idziemy podbić piekło”, to wszyscy by wstali i powiedzieli: „Tak jest, panie pułkowniku!”, po czym wzięli sprzęt z magazynu, stawili się w karnym szyku, poszliby i wiesz, co ci powiem? Pod dowództwem naszego pułkownika oni by podbili to pieprzone piekło! My na naszego dowódcę patrzyliśmy jak na Boga. To był porządny, dobry żołnierz starej daty, wszyscy go szanowali, bo pokazywał nam, że on jest naszym dowódcą i że jest dla nas, a my jesteśmy jego żołnierzami. Nigdy nas nie zaniedbywał. Jego zastępca to co innego, ten był starym gadem. Ja miałem szczęście do oficerów, mało miałem wśród nich skurwysynów, większość była porządnymi ludźmi, wojsko ich nie zepsuło. Także myślę, że jako armia dalibyśmy radę.

Ilustracje do książki ''Kompleks 7215'' - Robert AdlerIlustracje do książki ''Kompleks 7215'' - Robert Adler

W ludziach siła?

Tak, tak myślę, jeszcze za straconą sprawę, jeśli wizja jest choć trochę romantyczna, to polski żołnierz pójdzie i będzie się bił. Jest taki etos, tym nas karmią i to w nas jednak jest.

Nie ma w tym chyba nic złego. Powiedz mi jeszcze, skoro czytasz sporo postapokaliptycznej literatury, sam napisałeś w tym nurcie książkę, to jesteś preppersem, czyli jesteś gotowy na nadejście apokalipsy?

Nie. Kiedyś chciałem na działce ziemiankę wybudować, ale Ala, moja żona, kazała mi się stuknąć w głowę i w sumie ma rację, bo co ja bym z tą ziemianką robił? Wino trzymał? Ja nie piję wina, ona pija, więc powiedziała, że jeśli zrobię tam piwnicę na wino - to śmiało, nie ma sprawy.

Muszę zapytać o jeszcze jedną kwestię. Wspominałeś Glukhowskiego, bohaterowie twojej książki, podobnie jak i jego - ukrywają się w podziemiach, także w metrze. Nie bałeś się, że zaraz wszyscy będą mówić o "Kompleksie 7215" jako o polskim "Metro 2033"?

Mam tę świadomość, domyślałem się, że tak się może zdarzyć. Wiadomo też, że znam realia "Metra 2033", przeczytałem wszystko, co ukazało się po polsku w tym uniwersum za wyjątkiem "Dzielnicy Obiecanej" Pawła Majki, którą dopiero co sobie kupiłem. Dobrze, biorę to na klatę, wiem, że są oczywiste podobieństwa, wreszcie czytałem też "Listonosza", oglądałem "Mad Maxa", wszystko to, co wydarzyło się dotąd w popkulturze siłą rzeczy jest w tej książce. Nigdy jednak nie chciałem ani konkurować z "Metrem 2033", ani robić niczego w tym uniwersum.

Czyli nie myślałeś o tym, by zwrócić się z prośbą o wydanie "Kompleksu " na licencji "Metra.."?

Ale ja nawet nie myślałem, że ktoś wyda tę książkę! Napisałem mikropowieść, wysłałem znajomemu, a dopiero on zaniósł ją na biurko wydawcy. Wydawca przeczytał i zaproponował, by zaprosić mnie na rozmowę. Dla mnie to było coś zupełnie niezwykłego. Pisałem to dla przyjemności, chciałem to puścić w sieci, żeby sto, dwieście osób przeczytało, żeby znajomi powiedzieli "Hej stary, jeszcze ci do końca pióro nie zardzewiało, postukasz w maszynę". Warszawa to był wybór naturalny. To nasze największe miasto, możliwości jest wiele. Ale napisałem też tekst, który rozgrywał się w tej samej rzeczywistości, ale w moim mieście rodzinnym, czyli w Konstancinie-Jeziornie. Tam po zagładzie trudniej znaleźć schronienie, ale wyszukałem starą cegielnię i ona jest jednym z miejsc, w których rozgrywa się akcja dołączonego do książki opowiadania. Warszawa to jednak jest zupełnie inny temat, to miasto każdy zna, kojarzy choćby z telewizji, może się odnieść, a metro było oczywistym wyborem, w końcu jego część może służyć za schron. Glukhovsky to inna liga, on napisał fantastykę wchodzącą w rzeczy socjologiczne, w humanizm. Ja napisałem książkę przygodową, równie dobrze mogłaby się rozgrywać w kosmosie.

Bartek Biedrzycki (ur. 1978). Skromny szef IT w dużej firmie zajmującej się produkcją filmową i telewizyjną, ojciec dwójki dzieci, scenarzysta komiksowy, w tym roku zadebiutował książką "Kompleks 7215".

Więcej o: