Rodzicielskie tematy tabu

To nie będzie opowieść o zabawnych rodzicielskich grzeszkach i czarnych myślach, które miewa każdy na widok potomka wysmarowanego obiadem (ten szczęśliwszy scenariusz), włażącego na krzesło, z którego zaraz spanie (niech leci, w pobliżu nie ma kantów ani ostrych przedmiotów) albo wrzeszczącego bez powodu od kwadransa (na kolejny już nie będzie miał siły, można się odciąć od problemu). Słowo ?tabu? zobowiązuje.

To będzie tekst o sprawach, o których rzadko rozmawia się z przyjaciółką podczas wychodnego, jeszcze rzadziej z mamą przy obiedzie, prawie nigdy z kumplem spotkanym w metrze. Takie kwestie przerabiamy bez końca we własnych głowach - są dręczące i musimy je przepracować, ale jak to zrobić bez wsparcia z zewnątrz? Komu opowiedzieć to, czego nikt nie lubi słyszeć?

TABU 1. Cesarzowa

Rodzić trzeba naturalnie, po uprzednim przygotowaniu w szkole rodzenia. Rodzić trzeba po ludzku, w atmosferze poszanowania godności i intymności, z wymasowanym kroczem, żeby nie pękło, z wyćwiczonym oddechem, żeby nie miotać przekleństw w obecnego na sali (bo jakżeby inaczej?) ojca dziecka i personel medyczny. Rodzić lepiej bez znieczulenia, bo przenika przez łożysko. Rodzić trzeba z uniesieniem i świadomością własnej mocy. Dziecko wyłoni się po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach odpowiednio ugniecione mięśniami macicy, pobudzone do oddychania, wysmarowane ochronnymi maziami i gotowe do kochania. Cesarka to wpadka, niepowodzenie, na które trzeba zgodzić się z westchnieniem, że owszem, uratowała życie matki i maluszka, ale taki poród to prawie nie poród. Co z więzią? Co z hormonami? Co z niepowtarzalnym doświadczeniem kobiecej mocy, którą najlepiej czuje się przeciskając kilka kilogramów przez pochwę? Czy wypada powiedzieć, że się tego wszystkiego nie pragnie? Nie wypada.

A przecież są kobiety, które decydują się na cesarskie cięcie bez wskazań medycznych. Jednak rzadko mówią o tym na głos, zasłaniając się opinią lekarzy: fobia związana z porodem, słaby wzrok, wysokie ciśnienie, rodziłam 20 godzin, nie dało się już inaczej tego zakończyć niż na stole. Mało z nas ma odwagę powiedzieć głośno i wyraźnie: nie rodzę naturalnie, bo nie chcę. Nie chcę bólu. Nie chcę stresu. Nie chcę kilkunastu godzin niepewności, rozerwanego krocza i popękanych naczynek w oczach. Wolę cienką bliznę na brzuchu i świadomość, że po zakończeniu połogu moje funkcje seksualne będą niezmienione, bo lubię seks. Nie będę miała problemów z nietrzymaniem moczu, z niewrażliwością albo przeczulicą w obrębie szytego krocza. Co to za pomruk? Ach, znany chór głosów, pohukujący, że cesarka to poważna operacja, ryzyko zrostów i gdyby natura chciała, żeby dzieci rodziły się w ten sposób, kobiety miałyby na brzuchach suwaki. A czy przyszło chórowi do głowy, że gdyby natura chciała, żeby przeżywały dzieci urodzone kilka miesięcy przed terminem, nie byłyby potrzebne inkubatory?

Problem leży w jasnym postawieniu sprawy: jestem dorosła, podjęłam decyzję, mam swoje potrzeby i są one równie ważne, jak dobro dziecka, dla którego cięcie jest najczęściej zabiegiem nie niosącym większych zagrożeń. W kulturze skoncentrowanej wokół bezgranicznego matczynego poświęcenia taka deklaracja nadal razi. I dlatego najczęściej słyszymy: „Bardzo chciałam rodzić naturalnie, ale wiesz... wskazania medyczne”. Nawet, jeżeli to nie ma nic wspólnego z prawdą.

TABU 2. Droga mleczna

O ile poród owiany jest jeszcze krwistą mgiełką tajemnicy, to piersi do karmienia należy obnażyć. JAK TO NIE KARMISZ PIERSIĄ? I zaczyna się fala połajanek, najczęściej pączkujących z tych samych teorii, co powyżej. Natura, przeciwciała, trawienie, przyswajanie, kupy, alergie, więź, emocje. Piersi matki tylko przypadkiem są do niej przyczepione, nie należy wyprowadzać z tego wniosku, że ma na ich temat cokolwiek do powiedzenia. Dysponentem piersi jest niemowlę, któremu na żądanie należy udostępnić pokarm. Tfu, pokarm? Mówi się mlesio. Na blogach macierzyńskich można znaleźć terminologię, od której mieni się w oczach: cycusie, cysianie, cycusiowe dzieci to jedne z mniej infantylnych wykwitów.

Paradoks polega na tym, że nie wypada otwarcie zaatakować matek karmiących butelką, ich dzieci też są zdrowe, wesołe i wyrastają na normalnych ludzi, a jeżeli nie, to niekoniecznie z powodu mleka w proszku. Poza tym niektóre kobiety nie mogą karmić z przyczyn medycznych i trzeba to uszanować. Ale co z wygodnickimi, które nie karmią, bo nie chcą? Nasze piersi krwawią, puchną, wzbierają, plamią bluzki, na zasadzie magnetyzmu niemalże ciągną do domu, w którym czeka głodne stworzenie, mimo, że zakupy jeszcze nieskończone i przecież miał być wreszcie magiczny „czas dla siebie”. Jesteśmy przyzwyczajone, że poświęcenie jest wartością samą w sobie. Dlatego trudno przejść do porządku dziennego nad informacją, że matka, która ułatwia sobie życie może być równie dobra, jak mamusia, matuchna, mateczka, która nocami trze eko-marchew i karmi piersią zębatego dwulatka.

W czasach naszych matek dokarmianie dziecka glukozą i mlekiem w proszku było normą, a wręcz postępem cywilizacyjnym, na który kobiety czekały i z którego korzystały chętnie. Dziś normy przesuwają się na naszych oczach: do pół roku niemowlę powinno żywić się wyłącznie mlekiem matki, potem ciągniemy laktację ile się da. Z przerażeniem zanotowałam ostatnio wypływającą tu i ówdzie teorię, że w zasadzie do roku mleko matki całkiem wystarczy, a inne pokarmy powinny być podawane tylko na spróbowanie. Chcesz uchodzić za egoistkę, myślącą tylko o własnym ciele? Powiedz, że nie karmisz dziecka piersią, bo nie lubisz. A potem możesz pakować walizki i wyjechać z miasta. Chyba, że zdążysz wymamrotać coś o powodach zdrowotnych i o tym, jak bardzo, ale to bardzo żałujesz, że tak wyszło.

rys. Olga Wróbelrys. Olga Wróbel

TABU 3. Pusta chusta

Ta narracja podsumowuje dwie poprzednie i ma wiele rozgałęzień, każde zapuszczające się w inny zakątek rodzicielstwa bliskości, rozumianego w popularnym wymiarze jako „wszystko z dzieckiem, wszystko o dziecku, wszystko dla dziecka”. Po porodzie marzyłam, żeby położne zabrały w nocy wrzeszczącego noworodka i przeklinałam ideę wspólnej sali. Nie noszę dziecka w chuście, bo to niewygodne, może leżeć w łóżeczku. Kupiłam tani fotelik samochodowy i nie spędziłam dwóch dni, rozszyfrowując nazwy atestów. Nie śpię z niemowlęciem w jednym łóżku, bo wolę przytulać się do mężczyzny. Zapomniałam wydrukować czarno-białe karty, dzięki którym noworodek nauczy się czego właściwie? Szybciej patrzeć? Szybciej niż ten pokraczny malec z klatki obok? Zakładam córce buty po kuzynce i w ten sposób niszczę rozwój stopy, nie mającej szansy niepowtarzalnie uformować skórzanego wnętrza za 180 zł, które okaże się za małe już za dwa miesiące. Włączam dziecku program z piosenkami, zamiast sama śpiewać i klaskać w ręce, bo chcę w tym czasie poczytać książkę. Chcę zająć się sobą, a to bardzo istotna odmiana od „włączam dziecku program z piosenkami, ale tylko po angielsku i tylko granych na waltorni, bo w tym czasie będę gotowała leguminę i potrawkę z królika dla młodego panicza”. Kupuję owoce w Tesco, bo są tanie, chociaż pewnie pryskane i nawożone radioaktywną mazią. Nie wzrusza mnie niemowlęca miękkość i bezradność, lubię swoje dziecko odkąd skończyło dwa lata i da się z nim pobyć, a nie tylko opiekować się nim.

I tak dalej, listę można ciągnąć. Posiadanie własnych potrzeb i umiejętność ich egzekwowania w trwającym do końca życia rodzicielskim maratonie na wytrzymałość i odporność to wstydliwa przypadłość. Fakt, że nie wszyscy przeżywamy rodzicielstwo jednakowo, wystawia nas na łatwy cel opinii publicznej, wykarmionej reklamami obiadków serwowanych przez matki gładkie i szczęśliwe. Łatwiej powiedzieć „Nie spałam trzy noce, bo dziecko miało kolki” i liczyć na współczucie niż rzec „Spałam jak zabita, bo miałam stopery w uszach, a mąż posiedział przy małym”, po czym nerwowo tłumaczyć, że to tylko tak raz, wyjątkowo i następnego dnia biedny tata miał wolne.

TABU 4. Wściekłość i wrzask

Tutaj kończą się żarty. Na dzieci się nie krzyczy. Dzieci się nie bije. W Polsce jest to nowa teoria, bardzo trudna do społecznego przyswojenia i do egzekwowania, bo każda rodzina funkcjonuje według swoich praw i niech się nikt nie śmie wtrącać, ani pan, ani pani, ani państwo, szczególnie polskie. Od klapsa nic nikomu się nie stało, można co najwyżej wyrosnąć na porządnego człowieka, czującego respekt przed silniejszym. To potrafią bez żenady powiedzieć politycy, wiedząc, że nie narażają się na ostracyzm, wręcz przeciwnie, docierają do grup, które chcą słyszeć teorie o posłuszeństwie i podporządkowaniu. Te grupy zostawmy jednak na boku, skupiając się na głównym nurcie rodzicielstwa, z dzieckiem w centrum zainteresowania. I tu, wśród ludzi kulturalnych i wykształconych, pojawia się trudność, temat wrażliwy, który nie wiadomo, od której strony ruszyć.

Sami byliśmy wychowywani w atmosferze, gdzie dzieci traktowano mniej łagodnie. Mamy wpojone pewne wzorce zachować, schematy reagowania w trudnych sytuacjach. Każdy ma określone progi wytrzymałości, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Dziecko potrafi doprowadzić człowieka do szału. Niemowlę płacze, bo nie potrafi komunikować się w inny sposób, ale płacze też wściekły dwulatek, rozsierdzony tym, że w ramach najlepszych intencji wychowawczych odmawiacie czegoś, czego pragnie. Właściwie trudno określić słowem „płacz” wrzask okraszony pluciem, tupaniem i odrzucaniem wszelkich prób ukojenia rozpaczy, podejmowanych przez rodzica. A rodzic często w tej sytuacji nie wychodzi z narożnika świeży i gotowy do walki z narowami dziecka: w pracy był ciężki dzień, korek w drodze do domu. Albo po prostu: nerwy puściły, po co snuć wymówki. I na dziecko się wrzeszczy żeby przestało wrzeszczeć. Stawia się je na nogi, odrobinę za mocno. Ciągnie za rękę do łazienki, trochę za energicznie, żeby umyć tę zasmarkaną buzię. Wrzuca do pokoju, krzycząc „Siedź tu, dopóki się nie uspokoisz”. Słucha się wycia dobiegającego zza drzwi z głową w rękach, myśląc, że nie tak to miało być, że wspólne popołudnie i pieczenie ciasta jak na reklamie, że na dzieci się nie krzyczy, że dzieci się nie bije, a przecież jeszcze chwila tego jazgotu i...

Nikomu się o tym nie mówi. O nieumiejętności panowania nad emocjami można myśleć tylko w nocy, patrząc na śpiące dziecko i rozpaczając: „Jak mogłam się tak drzeć? Co ze mnie za rodzic?” Nie ma więc szansy, by usłyszeć na pociechę, że błędy się zdarzają, innym rodzicom też kończy się czasem cierpliwość, a zachowania można korygować. Nie tylko te dziecięce, własne też. Umiejętność radzenia sobie z trudnymi sytuacjami nie przychodzi w bonusie z noworodkiem i nie wzrasta w czasie, polega na ciężkiej pracy i zrozumieniu, w którym miejscu tkwi sedno problemu.

TABU 5. Inaczej niż w raju

Najgęstszą zasłoną milczenia okryci są rodzice niepełnosprawnych, upośledzonych lub w inny sposób zaburzonych dzieci. W heroiczną, polską narrację społeczną świetnie wpisuje się przekonanie, że nawet najbardziej zdeformowane dziecko powinno bezwzględnie przyjść na świat, a potem najlepiej zostawić je troskliwej opiece matki, która za sprawą naturalnej miłości i instynktu poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami. Na przykład z zasiłkami pielęgnacyjnymi i rentami na poziomie wzbudzającym żal i trwogę, z napięciami w rodzinie, które pojawiają się przy wytężonej opiece nawet nad zdrowym dzieckiem, a tu mają o wiele poważniejszy charakter, z brakiem jasno zorganizowanej ścieżki terapii, z walką o miejsce na turnusie rehabilitacyjnym i zorganizowaniem wszelkich potrzebnych do rozwoju zajęć, z całą logistyką, transportem i opieką.

Oczywiście problemy te są też udziałem ojców, jednak statystyki bezlitośnie pokazują, że w przypadku rozpadu takiej rodziny dziecko zostanie zazwyczaj z matką. To matki także częściej podejmują się codziennej opieki - zarabiają mniej, dlatego są naturalnymi kandydatkami do przejścia na specyficzne bezrobocie, będące całodobową pracą bez perspektyw urlopu i emerytury. Co chcemy usłyszeć od takich osób w beztroskiej pogawędce, jeżeli akurat trafi się okazja? Chcemy słyszeć, że jakoś sobie radzą, a nie, że mają dość życia zorganizowanego do ostatniej minuty, ogromnej, niezbywalnej odpowiedzialności. Chcemy słyszeć, że są pełni nadziei, a nie, że płaczą w poduszkę, wyobrażając sobie wszystko, co nie będzie nigdy ich udziałem: dziecko idzie do szkoły, wyjeżdża na kolonie, samo wychodzi z kolegami na podwórko. Chcemy słyszeć, że nie mają problemów z partnerską więzią, że ich małżeństwa nie zmieniły się w listę zadań do wykonania i walkę o ich równy podział. Chcemy słyszeć, że bywa ciężko, ale pieniędzy wystarcza na protezy, ortezy, maści, wózki i dokładnie wszystko, co jest potrzebne. Chcemy słyszeć, że kochają swoje dzieci dokładnie takie, jakie są i nie zamienili by ich na żadne inne.

A co jeżeli tak nie jest? Nie dopuszczamy tego do świadomości. Nikt nie ośmieli się o tym mówić publicznie. Historie, które pojawiają się w mediach, mówią o walce, radzeniu sobie z przeciwnościami, rozwijaniu się wraz z chorym dzieckiem, o szczególnym pięknie takiej relacji. A co z rodzicami, których niszczy noszenie wózka inwalidzkiego na czwarte piętro i walka o należne im, a i tak niewystarczające, świadczenia? Ich historie słychać rzadko. Zbyt rzadko, żeby pytanie „Czy miałabym siłę kochać upośledzone dziecko?” miało szansę kiedykolwiek pojawić się w rodzicielskich rozmowach na brzegu piaskownicy.

Czy tabu można przełamać samym mówieniem o nim? Nie sądzę. Mechanizmy kontroli społecznej są silne i osoby je naruszające spotyka podwójny ostracyzm: nie tylko postępują w sposób odbiegający od wyobrażonej normy, ale w dodatku głośno o tym mówią, a przecież opowiadanie o swoich problemach to niesmaczny ekshibicjonizm, dowód na słabość charakteru. Mimo wszystko warto jednak rozmawiać o tym, co w rodzicielstwie jest ciężkie i przygnębiające. Może trzy osoby udadzą, że nie słyszały, czwarta wykasuje numer z komórki, ale możliwe też, że piąta powie „Słuchaj, mam dokładnie ten sam problem, myślałam, że tylko ja jestem takim potworem”. Co dwa potwory, to nie jeden. Taka świadomość może być naprawdę pocieszająca.

Więcej o: