Rozmówki polsko-ukraińskie: powiedz, że jest bezpiecznie!

Takie są koszty jeżdżenia do kraju, w którym trwa wojna - napisał mój mąż. Nie wiedział, że siedząc 395 km od niego, twierdząco kiwam głową. Prawda jest taka, że choć od frontu dzieli mnie teraz 16 godzin jazdy, a pod oknami ludzie śpiewają, tańczą tango i piją wódkę w popularnych knajpach, to wojna jest wszędzie - w rozmowach, w myślach i w emocjach.

Piątkowe popołudnie, pociąg relacji Szczecin - Przemyśl. Dwóch młodych chłopaków ze Służby Ochrony Kolei i ja. Stoimy i gapimy się przez tylne drzwi ostatniego wagonu na tory. To gdzie ja właściwie pracuję? W supermarkecie? A nie, w gazecie...   - Uważaj! - mówi jeden - Zaraz Cię koleżanka pięknie obsmaruje! Drugi pyta: - To, po co ty właściwie jedziesz w te strony? Po jedenastu godzinach podróży właściwie już jest człowiekowi wszystko jedno. Mówię szczerze, jadę na Ukrainę, takie mam zlecenie. Pojechać i napisać. - To fajną masz pracę - stwierdzają takim tonem, jakby chcieli się ze mną zamienić. W niedzielną noc chętnie wróciłabym i powiedziała im, że śmiało, niech biorą.

Siedzę w hotelu i - powiem szczerze, przecież jestem mięczakiem, jak też ekshibicjonistką - wyję w poduszkę, trawiąc wszystko to, co przyswoiłam. Na dole ludzie tańczą i bawią się, piją alkohol i śpiewają piosenki o tym, że Putin to chuj. - Właściwie to dziś wystarczy zanucić SAMĄ MELODIĘ i wszyscy wiedzą o co chodzi - tłumaczy mi Tonia. Utwór grają już nawet w toalecie jednej z popularnych restauracji...

Putin niemile widziany / fot. Dominika Węcławek

Wszyscy, których spotkałam są serdeczni. Warto było wrócić na Ukrainę, choćby po to, żeby się przekonać, że jest tu więcej serdecznych ludzi niż ci nieliczni, których spotkałam rok temu na trasie Odessa - Szczołkino. Mili, przyjacielscy, królowie toastów, powoli nawet zaczynam rozumieć, co do mnie mówią, albo, jak śmieje się Irena, moja ukraińska tłumaczka - tylko mi się wydaje. Śmiejemy się, ale to śmiech przez łzy, bo trudno odczuwać radość, kiedy każdy myśli o wojnie.

- Powiedz, że tu jest bezpiecznie - mówi mi Igor. Stoimy na jednym z setek lwowskich dachów. Igor jest historykiem i dziennikarzem radiowym prowadzącym w miejscowej rozgłośni audycję z ciekawostkami historycznymi, coś w stylu „Sto lat temu we Lwowie zdarzyło się to i tamto”. Nie będę kłamać. We Lwowie jest bezpiecznie, czysto i pięknie. Knajpy tętnią życiem. Jak ktoś ma potrzebę, może tańczyć tango, jak ma chęć, może pić u masonów, masochistów, zegarmistrza, smoka a nawet w norze stylizowanej na kryjówkę partyzantów. Wszędzie słychać gwar. Wycieczki spacerują tu nawet grubo po północy. Kawę sprzedają w kioskach i z okienek w busikach. Są ciekawe wystawy i koncerty, podczas których wszyscy mają dużo dobrej energii. Miasto pięknieje, powstają nowe hotele, otwierają się nowe firmy, ale w tym roku wszystko dzieje się wolniej.

- Trudno mówić o planach rozwoju, kiedy trwa wojna - stwierdza Andrij i dodaje, że z wielu zamiarów przyszło mu zrezygnować. Jako mer Lwowa musiał podjąć decyzje o tym, by miasto wycofało swą kandydaturę z konkursu na organizację kilku międzynarodowych imprez sportowych. Przyjmuje za to z otwartymi rękami uchodźców ze wschodu. Podobno krymscy Tatarzy tak dobrze poczuli się we Lwowie, że już zdążyli tutaj rozkręcić kilka własnych kawiarni. Lwowska arena też nie stoi pusta. Swoje mecze rozgrywają tu kluby z Doniecka i Charkowa. Ktoś mówi z przekąsem, że Putinowi to jeszcze ktoś tu pomnik wystawi, bo jemu udało się to, czego nie dokonały żadne rewolucje i przemiany - zjednoczył Ukrainę. Zachód poczuł, że choć od wschodu dzielą go niejednokrotnie tysiące kilometrów fatalnych dróg, dialekty i zwyczaje, to wciąż jedną Ukrainę budować może tylko ze Wschodem. Ludzie chętnie noszą symbole narodowe. Jedni z dumą spacerują z charakterystycznym trójzębem, inni przewiązują żółto-niebieskimi wstążkami ubrania, torby czy włosy.

Działania militarne prowadzone są daleko, ale o wojnie się mówi tu każdego dnia. Na lwowskim rynku wielki biały namiot odcina się wyraźnie na tle małych kolorowych straganów, przez plastikowe okienka widać grupy słuchaczy siedzących na krzesełkach, inni stoją w ogonku. Tu prowadzone są zajęcia, które Irina porównywała z naszym szkolnym Przysposobieniem Obronnym. Za dnia na ulicach Lwowa nie brak też kwestorów zbierających fundusze na konkretne działania. Skarbonki z nazwami batalionów szybko się zapełniają. Igor - przewodnik i Borys, jeden z fotoreporterów pracujących w kijowskim dzienniku, wyjaśniają mi, że to dlatego, że na front wysyłani są chłopcy stąd. W innym wypadku mogłoby się okazać, że brat strzela do brata. Pytam Borysa jak atmosfera w stolicy. Mój małomówny współtowarzysz podróży stara się relacjonować krótko, tak, bym spokojnie "zrozumiła" - przecież językowi ukraińskiemu bliżej do polskiego, niż do rosyjskiego - że w Kijowie nie jest źle, turystów mniej, za to wojska więcej. Raczej spokojnie.

fot. Dominika Węcławek

fot. Dominika Węcławek

Z Iriną jest inaczej. Sporo rozmawiamy, bo jest nie tylko doskonałą tłumaczką, ale "dusza człowiekiem".

- Musisz wiedzieć, ludzie są, jacy są, a my poczuliśmy, że jesteśmy ludźmi zdanymi tylko na siebie - powiedziała. Ona ma poczucie, że najpewniej Polska do samego końca będzie się oglądać na NATO i czekać. Nie będę kłamać, moje wizje są równie mało optymistyczne, więc wolę  opowiedzieć o wszystkich tych ludziach, którzy już działają. Jeżdżą osobiście z Polski na Ukrainę i wożą to, co potrzebne... Dziś przechodziłyśmy obok jej chłopców. Mówi, że kiedy ktoś zaczyna dopytywać, jacy to chłopcy, ile ona właściwie ma dzieci - odpowiada, że dwadzieścioro. Irina jest wykładowcą uniwersyteckim, tłumaczem, ale i nauczycielem polskiego w wojsku. Uczy młodych języka, otwartości i tego, że poza rodziną są też inni, którym na nich zależy. Ona na przykład bardzo się martwi.

- Nie jesteś głodny? Nie marzniesz? - To podobno typowe pytanie, jakie zadają ukraińskie matki. Odpowiadał na nie lider Oceanu Elzy, odpowiadała Irina, a teraz muszą odpowiadać jej chłopcy. Ci, którzy jeszcze żyją. Gdy tylko telefon zaczyna się trząść, Irina odchodzi na bok. - Dzwoni Wania, wiesz? - wyjaśnia. Wania póki co skończył naukę, jest już na froncie. Codziennie dzwoni do domu i do Iriny. Jak nie może, to wysyła choćby SMS.

„Żyję, jestem najedzony, nie marznę”. Irina mówi, że stara się go zabawiać opowieściami ze swojej pracy, byle tylko młody chłopak na chwilę zapomniał o swojej codzienności, o tym, że siedząc nagle 1500 km od domu bierze udział w wojnie, którą eksperci z zachodu nazywają hybrydową, wojnie, na którą ONZ stanowczo reaguje oburzeniem. Wania musi kończyć. Do jutra. Amen. Trzech innych chłopców Iriny już drugi miesiąc nie dzwoni ze wschodu. Irina mówi, że nawet nikt nie był wstanie powiedzieć, gdzie konkretnie zostali zabici. Zmieniamy temat, żegnamy się.

Siedzę w hotelu, pakuję plecak i rozmawiam z Moniką, która choć pracuje w Warszawie, rodzinę, wspomnienia i serce ma tu, na Ukrainie. Rozmawiam o emocjach i o pomocy, jaka może się przydać teraz, tutaj i w przyszłości, gdy wrócę do domu. Za oknem ciepły, wrześniowy wieczór. Ludzie bawią się w partyzantów jedząc kiełbasę w starannie wystylizowanych na kryjówki bojówek knajpach, śpiewają radośnie, że Putin to chuj, piją wódkę i tańczą. Trzęsę się i staram się skoncentrować na pracy, ale czuję się jak dziecko, które złości się, że nie może natychmiast zaradzić całemu złu świata. Próbuję spać. Jutro rano wstajemy wcześnie. Jedziemy dalej na wschód.

Więcej o: