Moje (prawie) wszystkie rozczarowania

Zdarza się, że seks zamiast ukojenia przynosi rozedrganie. Niezaspokojenie, irytację, żeby nie powiedzieć, wściekłość. Co rozczarowało mnie najbardziej? A może raczej - kto?

Za wolno, za szybko, o nieodpowiedniej porze, z niewłaściwą osobą. Z opłakanym skutkiem, bez skutku, bez sensu. Każdemu (mylę się?) zdarzyła się historia, którą najchętniej wyparłby z pamięci. Nie, nie mam śmiałości prosić was teraz o odgrzebanie tego, co powinno zostać zakryte stosami liści, cegieł i zalane betonem. Samej jednak zebrało mi się na wspominki. Niekoniecznie miłe. Raczej takie, od których czoło zaczyna się chmurzyć, brzuch boleć, a głowa ćmić, co najmniej.

Bo w sumie, dlaczego nie? Poznałam mężczyznę interesującego, przystojnego, o spojrzeniu rozgrzewającym bardziej niż Gripex Hot Active. Świetne poczucie humoru, trafne puenty i te dłonie, obiecujące dotyk, który co najmniej leczy. Tyle że nie. Pocałunki początkowo podniecające z czasem stały się po prostu mokre. I wystarczyło kilka godzin, żeby noc zamieniła się w taką, że jedyne co chodziło mi po głowie, to pieśń kibiców piłkarskich: „nic się nie stało, Lindo, nic się nie stało”. Nie, nie ma mowy o śnie w męskich ramionach. To miejsce wypełnia trucht w stronę drzwi, dopinanie guzików w drodze po schodach, telefon po taksówkę i na wszelki wypadek unikanie lustra już we własnym domu. Seks na pierwszej randce nie zawsze bywa udany. Spróbowałam. Kilka razy, aby mieć pewność. Muszę przyznać, że albo mam wybitnego pecha, albo jest to inwestycja o zaskakująco niskiej stopie zwrotu.

Bo chciałam spróbować czegoś nowego. Z kimś, kto nie ukrywał, że tradycyjne igraszki to dla niego zbyt mało. I uległam, oczekując nieznanej rozkoszy. I odkryłam zupełnie nowe rejony, które okazały się stanowczo mniej atrakcyjne niż utarte ścieżki. Dla mnie. Nie w każdym siedzi dusza eksploratora. I choć chciałoby się móc czerpać wiedzę z cudzych wyłącznie błędów, nie zawsze jest to możliwe. Rozczarowanie, głównie sobą. Tym bardziej że pozornie zawsze trzeba spróbować czegoś nowego. Tymczasem okazuje się, że nie ma słodszych przyjemności od tych klasycznych, zwykłych do samego dna, mających tyle wspólnego z wyrafinowaniem, co grochówka z miso.

Bo było mi go żal. W końcu seks od dawien dawna nie jest uważany za potwierdzenie relacji, choć nierzadko je rozpoczyna lub kończy. Stało się. Miało być miło, nie bez uczuć. Chęć poprawienia komuś humoru, świadomość, że komuś ze mną jest dobrze, też może oszołomić. Tyle że do czasu. Do chwili kiedy erotyczna narracja traci tempo i zamiast prowadzić do oczekiwanego finału, zamienia się w dywagacje niezwiązane z aktualną sytuacją. Czy aby na pewno zrobiłam wszystko w pracy? Czy wysłałam maila, którego wysłać obiecałam? I ostateczne, co ja tutaj robię? Błąd, znów. Wypróbujmy pozycję, w której nie będę widzieć jego twarzy. Niech zadziała wyobraźnia, niech zniknie wstyd. Niechaj ta chwila wytatuuje się w mojej głowie. I tak się dzieje.

 

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

 

Bo być może już nikt inny lepszy mi się nie trafi? Smutek zaprawiony alkoholem i miłym słowem. Rozpacz, wyobrażony brak perspektyw, widzenie zmącone rozmazanym tuszem. Tłumienie racjonalnego myślenia, że może nie zawsze jak się nie ma tego, co się lubi, to warto lubić to, co się ma. I w efekcie dochodzi do stłumienia potrzeb. Zwłaszcza tych erotycznych. Gdy dochodzi do sytuacji, że wybór ogranicza się do szczerości lub udawanego orgazmu, czas się ubrać i wyjść. Bez godności. Niestety.

Bo może za chwilę mi się zachce. Seks dyktowany zdroworozsądkowym założeniem, chęcią zadowolenia ukochanego, trącający teatrem. Pośledniej kategorii. Uparte krzesanie iskry, coraz więcej starań, coraz mniej przyjemności. W gardle gorzki smak przegranej. Na policzkach pąs.

Czy na tym kończę? Bynajmniej. Nie jest wcale tak, że więcej grzechów nie pamiętam. Niestety. Niektóre nawiedzają mnie jak duchy z przeszłości. Niektóre popełniam stale mając (nie wiem skąd?) nadzieję, że ulegnę transformacji i coś drażniącego zamieni się w kuszącego. Najgorsze jest to, że po głębszym (także namyśle) dochodzę (mhmm, tak) do wniosku, że najbardziej rozczarowująca jestem ja. Dla samej siebie.

Więcej o: