Czego szkoła nie nauczy?

Rok szkolny w toku. Życie rodzinne koncentruje się wokół odrabiania lekcji. Zaczęły się wszy, pyskówki w szatni i wyścigi na najnowsze modele telefonów. Zróbmy więc krótkie zestawienie. Czy wiemy, czego szkoła [podstawowa] nauczy nasze dzieci, a czego my sami powinniśmy dopilnować?

Higiena

Czy wychodzisz do pracy po porannym bieganiu BEZ prysznica i umycia włosów? Czekasz tylko aż pot przyschnie, zakładasz szpile i lecisz? Nie (nie biorę pod uwagę wyjątków). Czy twój partner po siłowni czeka aż wyschnie i leci do roboty? Nie (choć tu być może jest więcej wyjątków. Oczywiście nie chcę pogłębiać stereotypowych podziałów, co to, to nie).

To dlaczego zdarza się, że twoje dziecko wychodzi do szkoły brudne?

Opowiadał mi mój syn: "Wiesz mamo, X mówi, że kąpie się raz na tydzień i że rodzice nic mu na to nie mówią. Y mówi, że mama mu nie każe myć włosów. A on ma takie tłuste".

To nie są pojedyncze przypadki. Wystarczy wejść do szkoły i zaciągnąć się tamtejszym powietrzem. Ten proceder zaczyna się już w przedszkolu. Na drzwiach wejściowych jednego z warszawskich prywatnych w tzw. "bogatej sypialni" wisiała swego czasu kartka: „Prosimy rano myć dzieciom zęby i buzie”.

Fot. FochFot. Foch

Dopilnuj, rodzicu! Pogoń do wanny, wytłumacz, że to i owo należy wyszorować. Tego szkoła za ciebie nie zrobi. Jeśli masz dziewczynkę, to pewnie problem ten nie jest tak znaczący. Tyle że teraz równouprawnienie i nie wolno stereotypizować.

Spocą się te dzieci na wuefie, który jest w wielu szkołach na pierwszej lekcji, wyschną na pozostałych sześciu godzinach. W drodze do domu przejdą przez plac zabaw, spocą się znowu. Wyschną nad lekcjami. Mazną pastą do zębów siekacze i pójdą spać. Następnego dnia założą to, co wczoraj, bo mają pod ręką i pójdą do szkoły.Przerwij ten cykl. Nie licz na samodzielność dziecka w tym względzie. Dzieci czują się swojsko z warstwą brudu na sobie. I nie tylko brudu! Zdarza się przecież, zabiegany rodzicu, że nie reagujesz na kartkę na drzwiach szkoły: „Uwaga wszawica!”. Nie rusza cię, gdy twoje dziecko skrobie się nerwowo po łbie. Ba, bywa, że nie dostrzeżesz problemu nawet, gdy dostaniesz maila od wychowawcy: „Bardzo proszę o przeglądanie dzieciom głów. W naszej klasie są wszy”.

Tego szkoła za ciebie nie zrobi. Sam uczysz dziecko higieny osobistej i dbałości o swoje ciało. Nie wzruszaj ramionami. Przejrzyj dziecku głowę. Jak coś tam się rusza, to natychmiast zareaguj.

Kultura osobista

Zdziwiony? Może się starać całe grono, ale dziecko, które ma kiepski przykład w domu, nie stanie się pod wpływem edukacji grzeczniejsze. Jak nie mówisz sąsiadom „dzień dobry”, jak pokazujesz w samochodzie fucki i klniesz na baranów, jak w sklepie robisz awantury, bo kolejka za długa, a kasjerka za wolna, to nie dziw się, że syn lub córka ma w końcu obniżoną ocenę ze sprawowania. Że ta durna szkoła nie wychowuje. Patrz, co za skandal. Ty wychowujesz. Nikt inny. W placówce cię tylko w tym wspierają i punktują obszary, w których ewidentnie dajesz ciała. I nie świecisz dobrym przykładem, gdy nie reagujesz na kolejne wezwania - te o wszawicy, od skarbnika klasowego, od pani z sekretariatu. To też świadczy o kulturze osobistej. Dlatego twoje dziecko śmieje się potem nauczycielowi w oczy i nie wykonuje jego poleceń. A powinno.

Dziecko do szkoły idzie z niezbędnym minimum wiedzy o sobie i o najbliższym otoczeniu. Umie się zachować w podstawowych sytuacjach społecznych. Tego nie zastąpi telefon komórkowy ani tablet lub inny gadżet, który stanie się obiektem westchnień kolegów i powodem do dumy dziecka. Żaden gadżet nie zastąpi rozmowy. W pierwszej klasie na zebraniu nauczycielka prosi rodziców, by dzieci nie przynosiły zabawek. Na to wstaje jedna mama: "Ale mój syn czuje się taki wyobcowany, dzieci go nie lubią. Jak ma ze sobą drogie zabawki, wszyscy się wokół niego kręcą. To mu ułatwia wejście w grupę". Serio. Autentyk.

Jak się uczyć

A teraz o tym, czego można się od szkoły spodziewać, a czego z kolei tam raczej nie dostaniesz. Masz górę zadań do zrobienia w domu. Od pierwszej klasy. W weekendy. Im starsze dziecko, tym gorzej i więcej pracy w domu. Bo nauczyciele się nie wyrabiają, bo program tego wymaga. Nie mam nic przeciwko temu, by dziecko dużo pracowało. Ale 13 ćwiczeń z jednego przedmiotu z dnia na dzień to przesada. Czemu ma to służyć? Utrwalaniu materiału? Druga zmiana, rano dodatkowy angielski, bo ten szkolny to za mało, lekcje od 11.00 do 16.00. Powrót do domu około 17.00, krótki odpoczynek, posiłek i praca domowa. Tak wygląda dzień naszego dziecka. U Was też?

Fot. FochFot. Foch

Pewnie, że nie wszyscy tyle zadają i zdarzają się lżejsze dni. Tylko dlaczego wszyscy rodzice twierdzą, że dziś jest tego znacznie więcej niż wtedy, gdy my byliśmy w szkole? Po lekcjach wychodziłam na dwór, prace domowe nie dominowały czasu wolnego. Czytałam książki, chodziłam na dodatkowe zajęcia. A były przecież wypracowania i zadania z matematyki, klasówki, sprawdziany. I nie było Google'a. Nauczyciele umawiali się ze sobą. Jak pani od polskiego robiła kartkówkę, to ta od rosyjskiego już nie. Bo przecież szkoła to nie miejsce, w którym się wyłącznie sprawdza wiedzę! A dziś mam często jedno skojarzenie: dzieci - gęsi - napychanie do głów masy informacji - pasztet - czyli prace domowe, klasówki, kartkówki, odpytywanie, sprawdzanie. Tłumaczy rodzic lub korepetytor, bo tylko oni mają na to czas.

Fot. FochFot. Foch

Czy w drugiej klasie podstawówki wiedza o roślinach oleistych jest niezbędna? Zwłaszcza, gdy dziecko nie umie nauczyć się tabliczki mnożenia lub co gorzej jeszcze płynnie nie czyta? W dobie internetu, gdy jednym ruchem sprawdzi te rośliny w sieci? Tu według mnie wyłania się kolejny problem. Szkoła nie uczy, jak się uczyć i korzystać ze swojej wiedzy. Dostrzegają to rodzice, nauczyciele, kuratorzy oświaty. Pewnie widzą to też w ministerstwie, przecież próbują coś zmieniać, wprowadzać nowe podręczniki. Ale to ciągle jakieś chaotyczne ruchy, taniec Chochoła. Niby nowocześnie, a ciągle po staremu. Chyba że...

Chyba że twoje dziecko trafi na naprawdę wspaniałych ludzi, którym się będzie chciało, zostaną z nim po lekcjach, wytłumaczą, dopowiedzą, pomogą. Gdzie trzeba przymkną oko albo zmobilizują. Pokażą jak, a nie co. Dodadzą skrzydeł. Bo powinno być tak: ty wychowujesz, tłumaczysz świat, a szkoła uczy. Uczy nie tylko wiedzy teoretycznej, bo tę dziś naprawdę nietrudno zdobyć, uczy też jak się uczyć, jak korzystać z tego, co wokół nas dostępne. Tak jest? Zapraszam do dyskusji.

Więcej o: