Szminka, lakier czy scyzoryk? Czego potrzebujesz, by być gotową na wszystko?

Są ludzie, którzy nie wychodzą z domu bez torby pełnej kosmetyków, maski przeciwgazowej albo palnika acetylenowego, w domu zaś mają zapas konserw na dwadzieścia lat i 30 rodzajów pomadki. Po co? Na wszelki wypadek.

No bo co by było gdyby nagle, w przyszłości, zaistniała nieoczekiwana sytuacja kryzysowa i trzeba było pilnie wykonać pełen makijaż wieczorowy, chronić drogi oddechowe przed trującymi wyziewami, albo zwyczajnie, tak po ludzku, zabarykadować się w piwnicy na czas ataku, a potem wydostać się stamtąd przedzierając przez grube, stalowe drzwi? Ja doskonale wiem, przesadna powaga w postawie "bycia przygotowanym" wywołuje u innych żartobliwe komentarze, nie da się też być TAK NAPRAWDĘ gotowym na wszystko, ale prawda jest taka, że czasem jednak lepiej znieść to z godnością (i nie wyciągać palnika z torebki, póki nie trzeba będzie torować sobie przy jego użyciu drogi ucieczki, tak?). To może jako prosta i skromna matka dwójki dzieci opowiem o tym, co mam w swoim zestawie EDC, nie-EDC, czego nie może zabraknąć w domu "na wszelki wypadek", oraz o jakich umiejętnościach staram się pamiętać.

EDC

Skrót, po którym się zwąchujemy, jak ktoś mówi, że ma zestaw EDC, to ja już wiem, że się dogadamy (albo będzie draka). Every Day Carry, zestaw do codziennego noszenia, czyli rzeczy, bez których nie ruszamy z domu i mogą się przydać w niespodziewanych, codziennych sytuacjach. Jeszcze 15 lat temu w moim zestawie był obowiązkowo scyzoryk i pudełko małych śrubokrętów - bez tego nie chodziłam ani na imprezy, ani na przebieżki po izerskich lasach. A potem przyszły na świat moje dzieci i zestaw EDC uległ zdecydowanej modyfikacji, bo właściwie doszłam do wniosku, że nie chodzi o to, co się nosi, tylko jak umie się to wykorzystać. Dziś jego podstawą są klucze (słyszę szyderczy śmiech mojego męża, którego coraz częściej zdarza mi się wywlekać z łóżka o poranku, gdy jednak zapominam kluczy z domu, cóż, powolne dziurawienie mózgu rządzi się swoimi prawami).

Klucze - takie normalne, wiecie, Yeti, Yale, jakaś Gerda - zazwyczaj zastępują scyzoryk, chyba, że ktoś sobie życzy smarować chleb pasztetem - wtedy kluczy nie polecam. Dobrze ułożone w ręku sprawdzają się jako narzędzie do samoobrony, można też bez problemu naprawić łańcuch w rowerze (no dobrze, z problemami, bo musiałam jednak użyć sporo siły). Cieńszy klucz, ten od skrzynki na listy świetnie udaje płaski śrubokręt. Są też eksperci, którzy kluczami otwierają kapsle, ja używam do tego zębów.

Telefon z naładowaną baterią (i ładowarka z odczepianym kablem). Oh wow, takie odkrycie! Prawda jest jednak bolesna, kiedy rozładowuje się bateria, zaczynam nerwowo myśleć o tym, co złego może się stać, gdy wreszcie cholera padnie, a ja nie będę mogła już zadzwonić pod 112. Nie ma oczywiście milszego uczucia niż rozładowany telefon, bo wraz z ubytkami zapasów energii w aparacie, wzrasta poczucie wolności. "Nie mogłam odebrać, sprawdzić, wrzucić, miałam rozładowany telefon", ale z drugiej strony w telefonie mam też latarkę. Ostatnimi czasy bez latarki ani rusz - a to przerwy w dostawach prądu, a to wykręcone żarówki w windach, no i co, jeśli trzeba będzie jednak zadzwonić po pomoc, a w pobliżu nie będzie innych ludzi? Weszłam też w posiadanie czegoś co się nazywa power bank - kieszonkowego źródła zasilania. Niestety, o ile doświadczenia z cudzymi power bankami miałam dobre, to mój własny, produkt firmy Forever okazał się być niedoskonały. Śmierdzi spalenizną i na propozycję doładowania sprzętu reaguje fochem, no ale jak się nie ma TP Linka (polecam), to się lubi co się ma.

Mydło do rąk bez zmywania - taki śmieszny żel antybakteryjny, którym smarujesz ręce i PUFFF! zarazki znikają, albo przynajmniej tak ci się wydaje. Polecam wszystkim tym, których dzieci pakują łapy do gęby podczas długich spacerów i przejazdów kolejowych. Po "umyciu" żelem skóra ma gorzki posmak, stąd też słabnie chęć na przekorne oblizywanie paluchów.

Mokre chusteczki. Doskonała sprawa, do mycia twarzy, wycierania rąk, można też zrobić z nich sznurek i przywiązać taką rozciągniętą mokrą chusteczką, bo ja wiem, blaszany kubeczek do plecaka (z zewnątrz, bo w środku już nie ma miejsca).

Krem Nivea. Nie jest to Sudocrem, czyli absolutnie niezawodna maść na wszystkie bolączki świata, ale też ma swoje zalety. Do rąk, do twarzy, do butów, można też posmarować zadraśnięte miejsce, albo trochę zaczarować ten krem i powiedzieć, że działa przeciwbólowo, zwłaszcza, kiedy się widzi, że ten ból to taki trochę bardziej psychologiczny, niż fizyczny.

Batonik. Zbożowy, z czekoladą, wysokoenergetyczny. Tu nie chodzi wcale o ten odcinek MacGyvera, w którym on zakleił dziurę w reaktorze atomowym czekoladowym batonikiem, tylko o jakieś takie młodzieńcze obsesje związane z wyjściami w góry. No bez batonika "na wszelki wypadek, gdyby trzeba było odzyskac siły", ani rusz.

Woda. Cholernie nie lubię nosić ze sobą wody, ale z drugiej strony jeszcze bardziej nie lubię kiedy chce mi się pić i nie ma w pobliżu sklepu, a wprost do szału doprowadza mnie sytuacja, gdy nie ma w pobliżu sklepu i występuje akcja "mamo, pić mi się chce". To tylko tanie usprawiedliwienie, tak na prawdę z tyłu głowy wciąż kołacze się myśl "a co, jeśli przyjdzie nam utknąć gdzieś przez kilka, kilkanaście godzin?".

Zapałki. Zapalniczka też, ale lubię zapałki. Tanie, łatwe w konserwacji, wielofunkcyjne, dobre do rozpalania ognia i do budowy małych domków dla zabicia czasu, kiedy już utkniecie w jakimś miejscu bez wyjścia i akurat wasz palnik acetylenowy został w domu. A co do konserwacji. Zaczyna się niewinnie, od maczania zapałek w wosku w celu impregnacji, a kończy na zamawianiu kilkunastu kieszonkowych latarek LED z dynamem i kupnie maski przeciwpyłowej (przemysłowej, nie wojskowej - tak przynajmniej twierdzą niektórzy internauci z prepperskich forów). A scyzoryka nie mam, bo poprzedni się zepsuł, no i nie mogę się zdecydować, jaki chciałabym mieć (ps. moje urodziny już za kilka dni, tak tylko wspominam).

Tabletki przeciwbólowe. Zawsze spoko, niestety, nie da się za ich pomocą popełnić rytualnego samobójstwa, ale można uśmierzyć ból.

Książka. Ja wiem, czytniki i inne takie, ale nie lubię rozładowywać baterii, poza tym papier to papier. Odpowiednio dobrana książka sprawdzi się zarówno jako element rozrywki, samoobrony, jak i systemu grzewczego.

Przyrząd do pisania. Na przykład ołówek. Kto pamięta magiczną sztuczkę z ołówkiem?

Moje EDCMoje EDC

W DOMU

Jedni trzymają w domu zapasy wody na kilka dni, ja, choć kilka zim temu wod-kany nas doświadczyły regularnymi przerwami w dostawach wody, nie zbieram baniaków. Przyznaję, mój błąd, wodę gromadzę dopiero w obliczu zaanonsowanej karteczką przyczepioną na klatce schodowej przerwy w dostępie. Mam za to kilka innych rzeczy w zapasie.

Mrożonki na czarną godzinę. Chleb, warzywa, mięso - zużyć w pierwszej kolejności w sytuacji przedłużającej się przerwy w dostawie prądu.

Zapasy mąki, miodu i cukru w słojach trzymanych w szafce, kilka skromnych konserw, zbieram też chętnie dżemy na czarną godzinę, a w lodówce mam ryż, kaszę, makaron i kawę, sypaną.

Bandaże. Jak bowiem można nie mieć w domu bandaży i wysokoprocentowego alkoholu? Odczuwam palący brak moździerza, ale tu znów, nie mogę się sama zdecydować, czy wybrać mosiężny, czy może od razu pójść za radą kolegów i zainwestować w Gucia...

Mogłabym wymieniać dalej, ale tak naprawdę to zapas wody, bandaże i te proste produkty typu mąka, cukier, miód, kilka konserw, mleko, świeczki, zapałki, baterie... Dobrze mieć w domu i wiedzieć gdzie się to trzyma (ja na przykład aktualnie straciłam z oczu przyniesiony niedawno zapas baterii i już się wściekam).

W GŁOWIE

W głowie mam przede wszystkim potężne dziury pamięciowe, ale są rzeczy, których się nie da odpamiętać. Wyszło to na jaw jakoś ostatnio podczas niedzielnej dyskusji przy śniadaniu. Co właściwie zostało nam po lekcjach przysposobienia obronnego? Otóż dzięki fenomenalnemu nauczycielowi, który dręczył nas niemożebnie, wyrywając do odpowiedzi nawet w środku lekcji, rzucając nam na biurka raz bandaż ("kłosowy wstępujący przedramienia, TERAZ!"), a to maski p-gaz (no zgadnijcie ile dziewcząt notowało nazwę jako "maski typu pegaz"?) i zarządzając alarm, a to zaganiając do reanimacji w dwie osoby (cztery na jeden), a to rzucając do ucha pytanie "wybuch bomby atomowej - wymienić fale i czas". No. To ten. Dziękuje mamie i tacie za opiekę, a panu Jaszkowi za to, że właściwie to większość opatrunków umiem do dziś wykonywać z zamkniętymi oczami i generalnie wiem też, jak gruba warstwa gleby może ochronić przed promieniowaniem, choć zakładam też, że od czasów moich lekcji P.O. pewne rzeczy mogły się zmienić...

Nie mniej jednak podczas mojej ostatniej wizyty na Ukrainie uderzyło mnie to, że wróciły tam zajęcia z przysposobienia obronnego. Nie wszędzie, ale we Lwowie funkcjonowały w centralnym punkcie miasta. Ja rozumiem, wojna, front, zagrożenie, w przypadku wybuchu atomowego zaś stary dowcip o prześcieradle i czołganiu się do cmentarza, ale tak jak prowadzone są u nas darmowe lekcje pierwszej pomocy, tak też warto byłoby przypomnieć (albo nauczyć?) kilka innych praktycznych rzeczy. Na przykład postępowania w sytuacji zatrucia chemicznego - co pić, czego unikać.

Gdzie się chować? Kiedy ostatni raz ktoś w waszej okolicy informował gdzie są najbliższe schrony? Schronem według definicji jest nawet piwnica w bloku, tylko, że w naszym bloku nie da się do niej wejść, można co najwyżej walić w drzwi i liczyć na to, że mieszkańcy sutereny zechcą otworzyć. Świetnie za to funkcjonowała samopomoc sąsiedzka. Niewiele było sytuacji tak jednoczących mieszkańców naszego osiedla, jak długotrwałe odcięcie od zasilania elektrycznego i dostępu do wody. Młodzi pomagali starszym, rozmowy zrobiły się serdeczne, a uśmiechy szczersze.

No dobrze, ale my o umiejętnościach, choć oczywiście umiejętność współdziałania w sytuacji kryzysowej jest szalenie ważna. Nie ćwiczysz sztuk walki, ale wiesz jak skutecznie się obronić mając w kieszeni tylko klucze? Doskonale. Nie masz prawa jazdy, ale umiesz zmieniać biegi i nie mylisz sprzęgła z hamulcem? Też dobrze. Zawsze masz gdzieś schowany awaryjny zapas gotówki na wypadek awarii systemu bankowego/prądu? Świetnie, ja też, chyba, że przelew nie przychodzi już trzeci miesiąc, wtedy "żywa" gotówka (także dewizy: euro i dolary) znikają. Czy masz w szafie plecak, w którym na wszelki wypadek spakowanych jest kilka podstawowych rzeczy, które pozwolą tobie i twojej rodzinie przetrwać kilka dni poza domem (no wiecie, wybuch gazu, powódź, takie tam... ), nie? A, no bo ja to nawet mam specjalne miejsce, gdzie trzymam paszporty, inaczej by się wszystkie pogubiły, a tak to ciach, zgarniam i ruszamy.

Macie jakiś azyl, miejsce, do którego możecie na serio uciec w sytuacji, gdy w waszym miejscu zamieszkania jest zbyt niebezpiecznie - powódź, pożar, skażenie chemiczne? A macie pomysł jak do niego dotrzeć w sytuacji, kiedy na drogach korki, a ruch kolejowy/lotniczy jest wstrzymany? Wiecie jak wyhodować ziemniaki, zrobić zakwas na chleb i dlaczego warto też mieć pieczarki w piwnicy? Czy ja przesadzam? A gdzie tam, daleko mi do przesady, no, rozumiecie, ziemianki jeszcze nie buduję...

Więcej o: