Czy przypadkiem nie pracujesz za dużo?

Po pracy można robić tyle fantastycznych rzeczy. Na przykład cieszyć się życiem i oddychać powietrzem innym niż to przemielone przez klimatyzator. Czasem jednak biuro staje się prawie domem, a ty bierzesz kolejne nadgodziny.

Jedną ze smutniejszych miejskich pocztówek jest widok pojedynczych światełek w biurowcu w piątkowy wieczór. Kiedy około ósmej wieczorem przejeżdżam al. Jana Pawła II i widzę te samotne jasne punkty i ludzi przy komputerach to jest mi ich szkoda. Bo za każdym takim światełkiem kryje się zestresowany, zmęczony człowiek, który został zawalony kolejnym pilnym projektem, raportem niecierpiącym zwłoki, kolejną dokumentacją przetargową, kolejną pilną kampanią dla wiecznie niezadowolonego klienta. Stres i wyczerpanie mierzone są liczbą kubków po kawie. To następny wieczór, gdy mieszkanie tak modne i stylistycznie dopracowane, że redaktor Vogue Living chciałby je mieć na okładce, staje się obce jak beztroskie wspomnienia z dzieciństwa.

Kiedyś też tak musiałam siedzieć. Może byłam mniej asertywna, może gorzej zorganizowana. Może liczyłam, że ktoś to doceni i ta dodatkowa praca przełoży się na zawodowy awans. Na szczęście człowiek dorasta i powoli pozbywa się dziecięcej naiwności. Siedzenie po godzinach nie przynosi korzyści, co najwyżej można się nabawić hemoroidów i zwyrodnienia w krzyżowym odcinku kręgosłupa. Choć w zasadzie problem nadgodzin rozwiązał się sam, ponieważ mój urząd sam broni się przed nadgodzinami. Od kilku lat musi oddawać pracownikom dodatkowy czas. 10 lat temu nadgodzin się nie odbierało. A w jakiż to sposób urząd może nas do czegoś zniechęcić?

Najprostszą metodą jest wprowadzenie procedur. Jeśli chcesz wziąć nadgodziny, musisz to wcześniej zaplanować i napisać stosowny wniosek, który nabierze mocy, gdy podpisze go kierownik oraz dyrektor. Wniosek trzeba odpowiednio umotywować - czyli opisać co też będziesz dziobać po 16 i dlaczego nie wyrobiłeś się w standardowym czasie pracy. Co oznacza ni mniej, ni więcej, że dokonujesz aktu samozagłady przyznając się do własnej ociężałości i mentalnego spowolnienia. To może już lepiej złożyć wymówienie? Na tym nie koniec, bowiem twoja praca musi być nadzorowana, co oznacza, że kierownik musi wyrazić zgodę na to, że zostanie z tobą po godzinach i dopilnuje procesu nadpracy. Jak można się domyślić, każdy kierownik marzy o tym, żeby poświęcić wieczór lub sobotę i pilnować czy ktoś radzi sobie z tabelkami. We Francji kwestia nadgodzin została rozwiązana ustawowo. Nie można i już, do tego stopnia, że wysłanie przez pracodawcę służbowego maila po godzinach pracy jest traktowane jako niezgodne z prawem! Czy wyobrażacie to sobie w kraju nad Wisłą?

Polacy są jednym z dłużej pracujących narodów. Według danych Eurostatu w IV kwartale 2013 r. pracowaliśmy średnio 38,5 godziny tygodniowo. Średnia unijna wynosiła 37,1. Może to kogoś zdziwić ale najwięcej w Europie pracują Grecy - aż 40,7 godzin tygodniowo. Zaraz za nimi są Bułgarzy i Słowacy. Niestety długość czasu pracy nie idzie w parze z wydajnością - przy założeniu, że wydajność pracy liczymy jako wartość PKB przypadającą na jedną przepracowaną godzinę. Niemcy - zasługujący na miano pracowitych mróweczek wśród europejskich nacji mają jedną z największych wydajności pracy w Europie - 42,6 euro, podczas gdy w Polsce wydajność pracy wynosi 10,4 euro. Winą za kiepską wydajność obarcza się niedostateczny rozwój technologiczny oraz kiepskie zarządzanie. Wiadomo, musi być jakiś winny takiej sytuacji, najlepiej taki mocno abstrakcyjny i odległy. Przecież sami sobie nie mamy nic do zarzucenia, prawda?

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym też bym mogła zostawać po godzinach i to regularnie.Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym też bym mogła zostawać po godzinach/fot. Magda Acer

Skoro wydajność nie przekłada się w skali jeden do jednego do długości czasu pracy, to może nie ma sensu się męczyć i po prostu pracujmy mniej? No cóż, w Szwecji już na to wpadli. W kwietniu bieżącego roku rada miasta w Göteborgu wprowadziła na próbę sześciogodzinny dzień pracy. Na pierwszy ogień poszli urzędnicy w tym pięknym mieście. Dodajmy, że redukcji uległ jedynie czas pracy ale nie pensja. Czy ktoś nie chciałby zostać takim królikiem doświadczalnym? Eksperyment ma opierać się na teorii wskazującej, że po sześciu godzinach pracy jesteśmy już zmęczeni, a nasza produktywność spada. Tak, po sześciu godzinach spędzonych za biurkiem człowiek jest doszczętnie wypalony. Nie przesadzajmy. Biuro to nie kopalnia. Choć przyznaję, że w listopadzie (przy czym listopadem nazywam cały ten ponury okres od połowy października do końca marca) bywam jakby bardziej znużona.

Ten sześciogodzinny dzień pracy jest bardzo pociągający, ale oznacza też, że biuro przez pozostałe 18 godzin doby będzie stało puste (i się kurzyło). Przy obecnych cenach wynajmu powierzchni biurowej to straszne marnotrawstwo i nawet dla osoby, która nie ma specjalnego pojęcia o ekonomii (tak, to ja) wygląda to po prostu kiepsko. A skoro jest problem, to trzeba go rozwiązać. Poradzili sobie z tym architekci w Holandii. Po godzinach pracy jedno z biur w Amsterdamie przechodzi metamorfozę i zmienia się w salę do jogi lub parkiet do tańca. I takiej aktywności po godzinach nam wszystkim serdecznie życzę.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: