Piotr Pędziszewski: Nikt nie wierzył, że da się pokazać inne oblicze tego sportu

Jak opowiadać z uczuciem o krwawym sporcie oraz o tym, co łączy boks z teatrem, opowiada trójmiejski fotoreporter Piotr Pędziszewski, laureat Nagrody Grand Press Photo 2015 w kategorii Sport.

Pamiętasz jakie zdjęcia robiłeś na samym początku swojej fotograficznej drogi?

Pamiętam nawet, które zdjęcie spowodowało, że zająłem się fotografią. Wcześniej to było moje hobby, aż pewnego razu wyjechałem na pół roku do Włoch z pierwszym aparatem Pentaxa. Nie wchodząc w szczegóły - praktycznie mieszkałem na sali baletowej przy małym domu kultury. Co wieczór odbywały się tam zajęcia baletowe dla dzieci. Prowadziła je piękna i bardzo wdzięczna Rosalba. Jednego wieczoru zrobiłem zdjęcie małej dziewczynce, która kucnęła w rogu i patrzyła na inne baleriny. Było w tym kadrze coś innego, ukryte emocje - pomyślałem wtedy, że takie rzeczy mógłbym robić całe życie. Od tego momentu wszystko potoczyło się już lawinowo.

No właśnie, emocje. To dla ciebie najważniejszy element dobrej fotografii?

Wydaje mi się, że to jest w ogóle bardzo ważny element fotografii. Osoba fotografująca ludzi, tak jak ja, szuka albo twarzy albo emocji, oczywiście moment i kontekst też są bardzo ważne, ale emocje i atmosfera są kluczowe.

Grand Press Photo 2015 - zwycięskie zdjęcie w kategorii Sport (Fot. Piotr Pędziszewski)Grand Press Photo 2015 - zwycięskie zdjęcie w kategorii Sport (Fot. Piotr Pędziszewski)

Masz na swoim koncie całkiem pokaźną ilość zdjęć sportowych, konkretnie zaś tych związanych ze sportami walki. Mnie w Twoich reportażach z MMA zaskoczyło jedno - atmosfera skupienia.

Zawsze prowadziłem sportowy tryb życia. W pewnym momencie zacząłem też jako dziennikarz zajmować się MMA. Często raziło mnie wówczas, że z zawodników robi się przestępców albo idiotów. Kiedy wyjeżdżałem na pierwsze zdjęcia związane z tym sportem, ci ludzie ćwiczyli w koszmarnych warunkach. Kluby znajdowały się w zniszczonych budynkach, to często nadawało zdjęciom dodatkowo surowego klimatu. Nikt nie wierzył, że da się pokazać inne oblicze tego sportu, a przecież na salach treningowych można przede wszystkim spotkać sportowców, którzy ciężko pracują, nie są przygłupami, za to są intrygujący i często mają do opowiedzenia niesamowite historie. Cieszę się, że wizerunek MMA już się zmienia i media podchodzą do tego inaczej.

Łatwo było namówić zawodników do pokazania się na takich naturalnych zdjęciach?

Nie miałem problemu. Kiedy robiłem zdjęcia często przychodziłem wcześniej, starałem się wyjaśniać, że nie chcę zdjęć ustawianych. Chcę pokazać ludzi skupionych, zmęczonych, spoconych, czasem zakrwawionych, bo tak to wygląda, ale też wybieram kadry, a potem selekcjonuję zdjęcia z wyczuciem. Może dlatego nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś mi odmówił, czy był obrażony. Zawodnicy to w większości bardzo sympatyczni ludzie z otwartym sercem i otwartą głową, a nie jakieś zwierzęta, czy złoczyńcy. Ja szanowałem ich, oni mnie i współpraca zawsze nam się dobrze układała.

MMA, fot. Piotr PędziszewskiMMA, fot. Piotr Pędziszewski

Musiałeś wtopić się w otoczenie. Aparat fotograficzny tego nie ułatwia. Rozprasza i przyciąga uwagę.

Trzeba dać się ludziom przyzwyczaić do aparatu. Zawsze, kiedy wymaga tego rozwój akcji, robię krok w tył, by zawodnicy mogli czuć się swobodnie, nie wsadzam im obiektywu w twarz. Kiedy widzę, że trenujący są zestresowani,  po prostu daję im więcej czasu.

Pracujesz z bardzo różnymi ludźmi - portretujesz wojowników, by chwilę później wziąć się za aktorów teatralnych.

Teatr Miniatura to dla mnie wyjątkowe miejsce. Jakiś czas temu koleżanka, która podjęła tam pracę, zapytała, czy nie zechciałbym dla nich robić zdjęć. Powiedziała, że podoba jej się idea, by człowiek, który wyszedł z sali treningowej od spoconych zawodników, wszedł na salę teatralną i robił zdjęcia spektakli dla dzieci. To w intrygujący sposób może się łączyć. Nowy dyrektor zrobił wielką rzecz, z zupełnie zapyziałego teatru dla dzieci zrobił miejsce z pomysłem. Dla mnie możliwość uczestniczenia w tej przemianie była wielką przygodą. Co więcej, przy każdym przedstawieniu pojawiały się nowe wyzwania. Prawdziwą przyjemnością było też oglądanie efektów tego, co obserwowałem na próbach, już w formie przedstawienia. Widok twarzy dzieci na widowni, to jest naprawdę coś.

Czy do takich zdjęć, do myślenia o tym jak chcesz uchwycić w kadrze aktorów, też się długo przygotowujesz, czy tu raczej twoją rolą jest przede wszystkim dokumentacja?

W teatrze są dwa etapy pracy. Jedne zdjęcia to takie klasyczne pozowane rzeczy dokumentalne, promocyjne, choć staram się też podczas prób wychwycić najciekawsze momenty. Czasem wchodzę na scenę i proszę aktorów, by na chwilę zatrzymali się w jakiejś pozie po to, by zdjęcia wyszły lepiej. Rozmawiam z ludźmi z teatru, co właściwie chcemy na tych fotografiach przedstawić, co opowiedzieć za ich pomocą. Bawimy się światłem. Był jeden taki spektakl, który niemal w całości był robiony z użyciem rzutników, a akcja rozgrywała się na foliach. Pojawiło się pytanie, jak zrobić zdjęcia promocyjne, żeby to nie wyglądało to jak slajdy. Wpadłem na pomysł, by aktorów, których w trakcie przedstawienia nie widać na scenie, wykorzystać w zdjęciach jako żywe ekrany, na które rzucany jest obraz z rzutników. Zawsze mam czas, by porozmawiać - to bardzo fajna praca, tu nie chodzi tylko o to, żeby przyjść, spuścić migawkę i po robocie.

Fotograf na wakacjach - muszę cię o to zapytać. Przyznam, że wielu moich kolegów pracujących w agencjach fotoreporterskich powtarzało mi, że jadąc na wakacje nie potrafią już zrobić takich banalnych zdjęć, tych landszaftów i tak zwanych beautyshotów, szukają dziwnych kadrów, a potem okazuje się, że właściwie trudno powiedzieć czy byli w Barcelonie czy w Tiranie...

Faktycznie, znam ten problem, ale powiedzmy sobie na początek jedno - ja nie mam nic przeciwko takim ładnym zdjęciom. Kiedy sam potrzebuję je zrobić, na przykład na wakacjach, po prostu biorę zwykłą "małpkę”, coś kieszonkowego. Taki mały aparat do cykania prostych, niewyszukanych zdjęć charakterystycznych budynków - bo to jest fajna pamiątka. Kiedy jednak idę w teren z profesjonalnym aparatem, pojawia się pokusa, żeby robić coś innego. Jeśli nie znajduję tematu, potrafię nie przynieść żadnego zdjęcia. To pewnie jest jakieś moje ograniczenie, którego nie powinienem mieć. Ostatnio walczę z tym za pomocą telefonu komórkowego, to właśnie on pomaga mi dokumentować różne wyjazdy, robić zdjęcia "zwyczajne". I uważam też, że nie ma co się wzbraniać przed taką fotografią. To wszystko jest dla ludzi, także dla fotografów. Jeśli takie zdjęcia pomagają utrwalić wspomnienia i zachować jakieś miłe chwile - bezsensem jest krytykowanie tego. Nie ma się co oburzać.

Fotograf na wakacjach... fot. Piotr PędziszewskiFotograf na wakacjach... fot. Piotr Pędziszewski

Najtrudniejszy temat, na jakim byłeś?

Chodzi o warunki oświetleniowe, czy kaliber tematu? Różnie bywa. Najcięższe pewnie są te tematy, które mi nie wyszły, a mam kilka takich na koncie. Do tego wypadki, kiedy widziałem spalone zwłoki - to był najtrudniejszy temat. On wali w głowę, ale fotograficznie nie jest to trudne zadanie do zrealizowania. Trudno robiło się zdjęcia na Glastonbury, gdzie w cztery dni musiałem wyłuskać takie fragmenty, które stworzą spójną opowieść.

W Twoim reportażu z tegorocznego Glastonbury na zdjęciach oglądamy publiczność, a nie artystów. Dlaczego?

Na Glastonbury pojechałem już po raz czwarty i dopiero teraz udało mi się przywieźć takie zdjęcia, jakie chciałem. Skala tej imprezy jest ogromna, to 400 tysięcy uczestników zajmujących powierzchnię miasta. Dzieje się dużo, trudno jest tam robić coś ponad pozowanki. Łatwo wpaść w banał. Kiedy przeglądałem fotografie, najczęściej widziałem na nich wdzięczących się do obiektywu, uśmiechniętych ludzi. Wszystko wygląda jak laurka, ale nie pokazuje tego jaki ten festiwal jest. Mnie zależało na pokazaniu wielu jego twarzy: od osób całujących się do pijanych, od tych kolorowych po te brudne i zdołowane. Wrażenie może być przytłaczające, nastroje bywają różne. Na występy samych artystów wejściówek nie miałem i przyznam, że nawet mnie to nie interesowało. Festiwal Glastonbury to dla mnie przede wszystkim ludzie, publiczność, a nie artyści. Gdyby ktoś z Polski, kto nigdy nie był na tej imprezie, zapytał jak tam jest - porównałbym Glastonbury do Przystanku Woodstock, choć to mocny skrót myślowy, bo na Glastonbury mamy ponad sto scen, na każdym kroku dzieje się jakiś happening, jest całe mnóstwo animatorów kultury. Po powrocie z imprezy długo siedzieliśmy z moją żoną i główkowaliśmy nad tym, które zdjęcia pokazywać, które kadry lepiej oddają całość.

Glastonbury, fot. Piotr PędziszewskiGlastonbury, fot. Piotr Pędziszewski

Ty chyba lubisz zdjęcia, na których masz przypadkowych, spontanicznie zachowujących się ludzi?

Tak, nie mam nic przeciwko zdjęciom pozowanym, ale ja wolę zatrzymywać momenty, fragmenty rzeczywistości. To jest coś, co mnie zawsze fascynowało.

A jak to jest z uliczną fotografią, nie jest aby coraz trudniej niepostrzeżenie "łapać chwile” w kadrach?

Ostatnio to się zmienia. Coraz więcej portali zleca swoim reporterom wykonywanie fotografii telefonami komórkowymi, przybywa też amatorów działających w ten sposób i ludzie tracą zaufanie, zaczynają być wyczuleni. Może to tylko moje złudzenie, ale o wiele łatwiej dziś zdobyć przychylność fotografowanych na ulicy ludzi, kiedy pracuję z dużą lustrzanką. Teraz każdy jest fotografem, ale nie każdy ma takie wyczucie, które zdjęcia pokazywać, a których nie, często więc upublicznia fotografie na których inni w sposób niezamierzony są ośmieszani. Wszystko ma dwie strony. A może to też specyfika miejsca, w którym pracuję. Gdańsk jest po prostu specyficzny, tu nie ma paparazzi. Jeśli potrzebuję zrobić zdjęcia konkretnych ludzi w przestrzeni miejskiej, zawsze najpierw podchodzę i staram się wyjaśnić, że pracuję dla Polskiej Agencji Prasowej i potrzebuję zdjęć ilustrujących taką czy inną sytuację. Wiadomo, że są sytuacje trudniejsze, jak choćby strajki, ale odmowy zdarzają się rzadko.

O, dobrze, że zeszło nam na stoczniowców. Jeden z Twoich fotoreportaży jest opowieścią o wizycie Koziołka Matołka w Stoczni Gdańskiej. Był tam mile widzianym gościem?

W samej grupie pracowników stoczni przyjęcie było bardzo pozytywne, chętnie robili sobie zdjęcia, zapraszali do współpracy. Koziołek Matołek pomagał brukarzom układać kostkę. Nadzorcy mieli pewne obawy związane z bezpieczeństwem. Cała akcja zorganizowana była przez Pawła Althamera i chodziło właśnie o to, by Koziołek wchodził w interakcję z ludźmi.

Koziołek Matołek w Stoczni Gdańskiej, fot. Piotr PędziszewskiKoziołek Matołek w Stoczni Gdańskiej, fot. Piotr Pędziszewski

Czy dla Ciebie taki temat to samograj?

Na pewno jest to temat bardzo fotogeniczny. Obydwa obiekty - sam koziołek, jak i stocznia, są bardzo wdzięczne, tylko, że ja właściwie nie wierzę w samograje. Uważam, że do każdego tematu trzeba podejść z jakimś pomysłem i chęcią opowiedzenia czegoś. Nie jest też tak, że każdy może zrobić ciekawe zdjęcie. Dzień przed pracą w stoczni myślałem nad kilkoma konkretnymi kadrami, które chcę zrobić. Wyobraziłem sobie całą narrację, ale nie wiedziałem do końca, co się wydarzy. Podpytywałem organizatorów, jak może wyglądać trasa spaceru - stąd też jako jedyny fotograf jechałem z Koziołkiem SKM z Gdańska Głównego. Udało mi się uchwycić na zdjęciach moment wejścia do samej kolejki miejskiej i reakcję współpodróżnych. Tak powstała spójna opowieść.

Wróćmy jednak do protestujących ludzi. Robienie zdjęć na manifestacjach to chyba spore ryzyko?

Tak, ale wpisane w ten zawód. Owszem, bywa trudno i nerwowo. Jeśli się chce robić takie tematy - trzeba się z tym liczyć. Najczęściej manifestanci jednak nie atakują fotoreporterów, bo chcą być pokazani, chcą być obecni w prasie.

Rozumiem to - pewnie mają wtedy poczucie, że ich protest, czy właściwie nawet sama obecność, zostanie dostrzeżona.

Tak. Najtrudniej było, kiedy miałem zlecenie na zdjęcia z 11 listopada, z warszawskiego Marszu Niepodległości. Pamiętam, że manifestanci pobili stojącego nieopodal mnie operatora TVN i przedstawicieli kilku innych stacji telewizyjnych. To jest przykład jednej z takich wyjątkowych imprez, ryzyko wpisane jest w pracę. Poza tym, jak na takim marszu na stu fotoreporterów oberwie pięciu, to i tak, uważam, nie jest źle. Idąc na taki temat po prostu trzeba się z tym liczyć.

11.11.2012, fot. Piotr Pędziszewski11.11.2012, fot. Piotr Pędziszewski

Fotografia przez lata miała opinię medium obiektywnego - zdjęcie to nie opis słowny, który można podkolorować, albo przeinaczyć.

Nie mogę się zgodzić z tą opinią. Fotografia jest nieobiektywna i wybiórcza. Robiąc zdjęcie jakiemuś politykowi na wiecu, możemy go pokazać zarówno jako męża stanu, jak i człowieka, który robi głupie miny. Selekcjonując zdjęcia z konferencji prasowej mogę wybrać każdą głupią minę, każdy moment, kiedy bohater wygląda źle, niepoważnie. Mam w pewnym sensie "władzę” nad medialnym wizerunkiem danej osoby w konkretnej sytuacji. Jeśli ktoś będzie miał ochotę ośmieszyć taką postać, nie będzie kłopotu, by użyć odpowiedniego zdjęcia.

Właściwie to ciąży na tobie spora odpowiedzialność, prawda?

Odpowiedzialność? No w jakimś sensie tak... Ja po prostu nie chce się czuć jak szmata, choć wiem, że znalazłoby się kilka tytułów, które łyknęłyby takie szmatławe zdjęcia z radością. Łatwo na czymś takim zarobić, ale nie po to zajmuje się fotografią, żeby ośmieszać albo oczerniać ludzi. Wolę opowiedzieć coś ciekawego, pokazać historię, która komuś, szczęśliwie, da trochę do myślenia.

Piotr Pędziszewski - trójmiejski fotoreporter przez lata związany z Polską Agencją Prasową. Więcej jego zdjęć reporterskich znajdziecie na stronie PiotrPedziszewski.blogspot.com.

Więcej o: