Jesienna ballada o kochankach, których nigdy nie było

Kochanek, który nigdy cię nie zawiedzie? To oczywiście taki, który pozostaje kochankiem jedynie w twojej wyobraźni. Mam kilku takich, a ty?

Jeszcze się dobrze nie rozpoczął sezon długich wieczorów, a już przez jakąś szparkę wcisnęła się do mojego pokoju nostalgia. Przysiadła przy klawiaturze i każe wspominać, rozpamiętywać, wzruszać się i wdychać. Nieco erotycznie, ale chyba jednak bardziej platonicznie. Bo jak inaczej można myśleć o kochankach, którzy w rzeczywistości nigdy nimi tak naprawdę się nie stali, bo stać się nie mogli? Skomplikowane? Tak, wiem. Związek, w jakim pozostaję z moimi kochankami, których nigdy nie było, ma ten status: „to skomplikowane”. Brzmi znajomo?

Niezwykłe, jak dorośli ludzie potrafią sobie wikłać życie. I to emocjonalne, i to erotyczne. Wydawało by się, że to takie oczywiste: jest na świecie grupa postaci, które nawet jeśli pojawią się przez moment w twoim życiu, to tak naprawdę nigdy nie będą jego częścią. I dla świętego spokoju należy nie zaprzątać sobie nimi myśli. Nie uwodzić, nie pożądać, nie planować wspólnej przyszłości (przyszłości nie tylko w znaczeniu wspólnego życia, dopóki śmierć nie rozłączy, ale także w znaczeniu godziny, czy kilku wspólnych godzin). Tymczasem jednak jest w tych postaciach to coś, co powoduje, że drgnie jakiś malutki trybik w chemicznej maszynerii organizmu, i to nieznaczne drgnięcie wprawia ją całą w ruch. I to tak skutecznie, że nie jest jej w stanie zatrzymać potęga zdrowego rozsądku. No dobrze, zdrowy rozsądek jest przechwalony - wcale nie jest aż taki potężny, zaskakująco często przegrywa z emocjami. Niestety.

Bądź tu mądra i nie ulegnij... /fot. materiały prasoweBądź tu mądra i nie ulegnij... /fot. materiały prasowe

Listę kochanków, których nigdy nie było zacznę od... Jamesa Bonda. Powstrzymajcie proszę głosy krytyki, naprawdę nie jest łatwo przyznać się do pożądania, które czuje się względem fikcyjnej postaci. Zastanawiam się, co mnie w Bondzie pociąga tak bardzo, że dałabym mu się uwieść, chociaż wiem, że byłabym jedną z... ile to kochanek miał Bond? I wydaje mi się, że chodzi o to, że Bond wie, czego chce i wie, że dostanie to, czego chce. Po prostu po to sięga. Och, jakże bym chciała, żeby sięgnął po mnie tymi zdecydowanymi, sprytnymi, silnymi dłońmi...

Winna jeszcze jestem wyjaśnienie: pociąga mnie postać z książki. Bond z adaptacji filmowych nie rzucał mnie na kolana, ani tym bardziej na wznak. Dopóki swojej twarzy (i ciała) nie udzielił mu Daniel Craig. Danielu Craigu, absolutnie nie chciałabym być Vesper. Ale wierz mi, jestem gotowa scałować z ciebie ból, rozpacz i złość. Skutecznie. Nie raz, ale za to na zawsze

Och, Antek... / fot. materiały prasoweOch, Antek... / fot. materiały prasowe

Zanim jednak zaczęłam pożądać Jamesa Bonda, uległam urokowi dr Hannibala Lectera. Uległam mu, czy może raczej zapragnęłam mu ulec, kiedy prowadził rozmowy z agentką Starling. Czyli znacznie wcześniej, niż Harris zdecydował się opisać spotkanie, w którym bohaterowie byli bliscy skonsumowania napięcia narastającego między nimi od (moim zdaniem) pierwszych chwil „Milczenia owiec”. I o ile na moje fantazje o Bondzie, adaptacje filmowe nie miały większego wpływu aż do ekranizacji „Casino Royale”, o tyle nie wiem, czy Lecter Hannibal byłby tak elektryzujący i zniewalający, gdyby nie Anthony Hopkins. Niestety, obecność sir Hopkinsa wprawia mnie w całkiem spora konsternację, nigdy bowiem wcześniej, ani później, nie zdarzyło się, aby pociągali mnie, wybitnie erotycznie, mężczyźni dojrzali... Jedno jest pewne, na miejscu agentki Starling otworzyła bym nawet i bramy piekieł, aby Hannibala odnaleźć i w tym piekle się z nim smażyć. Nago, oczywiście.

Jeśli myślicie, że kochankowie, których nie było to jedynie postacie z książek bądź filmów, to jesteście w błędzie. Są bowiem wśród nich mężczyźni z krwi i kości. Żywi i prawdziwi. Na szczególną uwagę zasługuje dość pokaźna kolekcja moich trenerów. Fatalnie się dzieje, kiedy zamiast koncentrować się na pokazywanych przez trenera ruchach, koncentrujesz się na ruchach, których trener aktualnie nie wykonuje. A mógłby. Gdyby nie to, że jesteście na siłowni, na stoku, na ściance wspinaczkowej, na basenie (nie sami), na padoku (nie sami), na parkiecie - niepotrzebne skreślić.

Mogło byś lepiejMogło być lepiej

Kiepsko, jeśli w roli potencjalnego kochanka imaginuje się swojego trenera, nauczyciela, jeszcze gorzej, jeśli szefa. A już najgorzej, jeśli swojego lekarza. Nie wiem, która specjalizacja jest bardziej uwłaczająca - interna, gastrologia, stomatologia, ginekologia? Bywało, bywało, że po wejściu do gabinetu kolana się pode mną uginały. Zadziwiające, że lekarz tak szybko potrafi odkryć to, co starasz się bardzo głęboko ukryć. Może trafiałam na zbyt dobrych diagnostów?

Oczywiście, poczet kochanków, których nie było, jest znacznie dłuższy. Są w nim i hydraulicy i mechanicy, sprzedawcy i barmani, prawnicy i psychologowie, architekci i literaci. Są w nim wszyscy ci, o których myślę pożądliwie, o których fantazjuję, ale jednocześnie wiem, że moje imaginacje nigdy się nie ziszczą. Czy mi z tego powodu przykro? Niespecjalnie. Wolę wiedzieć, że łączy mnie z nimi coś szczególnego, czasem jednostronnego, czasem odwzajemnionego, choć niespełnionego. Wolę ustawiać ich sobie na półkach mojej pamięci i uśmiechać się na myśl o tym, jakby nam mogło być razem dobrze, niż przeżyć rozczarowanie rzeczywistością.

Więcej o: