Klapa, zajawka i zjawiskowy Kot - co tam w kinach piszczy

Boję się chodzić na polskie filmy, bo bywają tak smutnymi rozczarowaniami, że zapomina człowiek potem o tym, że widział kiedyś i jakieś dobre. Ale teraz się tyle w kinach dzieje, że musiałam się przekonać na własnej skórze. No i mam, co chciałam.

„SŁUŻBY SPECJALNE”

Na początek klapa. Dawno nie widziałam tak koszmarnego filmu. I tak zepsutego przez zwykłe niedopatrzenie. Zwykłe, ale spore. No bo jak można przegapić, że dialogi wypowiadane przez 90% grających w tym filmie aktorów (?) są jak puszczone przez generator mowy? Ja wiem, że pan Patryk Vega ostatnio robił miałkie kino, ale ja wierzyłam w skrytości swego naiwnego serduszka, że to dlatego, że musi z czegoś żyć i móc sfinansować wartościowy, wymagający porządnego, wieloletniego przygotowania film. Ach, te rozbudzone serialem „Pitbull” nadzieje...

Nie będę już się nawet szerzej rozwodzić nad rodzajami drewna, z których zostały wyciosane te postacie. Niektóre, obawiam się są ze sklejki drewnopodobnej. Wrażenie jest tym bardziej przykre, że gdy w kadrze pojawia się Janusz Chabior (nie daj Boże w duecie z Agatą Kuleszą) i widz się na moment rozluźnia, czując, że oto właśnie ma do czynienia z kinem - zaraz potem wjeżdża cała plejada pinokiopodobnych aktorów i... jest gorzej niż źle.

Trudny czelendż, pani Kamilo / fot. materiały prasoweTrudny czelendż, pani Kamilo / fot. materiały prasowe

Gdyby aktorzy czytali z kartki, ale byłoby to przynajmniej trzecie czytanie - byłoby lepiej. Niestety mam nieodparte wrażenie, że większość odtwórców ról (nie tylko drugo- i trzecioplanowych, niestety...) stawiła się na planie na siedem minut, z czego pięć poświęciła na żarciki z ekipą. Potem przez pozostałe dwie minuty super szybko nagrali, co mieli nagrać, bez uprzedniego przećwiczenia kwestii. Ból pośladków okropny.

Chciałabym wiedzieć, co czuła Kamila Baar, ładna i ciekawa aktorka, która wygłasza w tym filmie szereg kwestii, od których cierpnie skóra. Jaki miała pani, pani Kamilo, filing, gdy dali pani ten czelendż? Obawiam się, że nie została pani należycie zbrifowana... Nie wiem, czy będzie jakiś kol teraz od poważnego reżysera.

Ja was zbrifuje następująco: jeśli jeszcze nie poszliście do kina, po prostu nie idźcie. Jeśli zaś już tam byliście, to, cóż... wiecie o czym piszę. Natomiast jeżeli mimo wszystko was korci, to wrzucam wam tu 13-minutowy zwiastun z wypowiedziami reżysera. W tym materiale są WSZYSTKIE niezłe momenty z filmu, cała reszta, po którą mielibyście się wybierać do kina, to jedynie nędzne zapychacze, niewarte ani złotówki za bilet.

„MIASTO 44”

Zdania o tej produkcji są mocno podzielone i to już samo w sobie stanowi o wartości tego filmu, bo żeby się kłócić, musi być o co. Dla mnie ten film to świetnie zrealizowany kawał dobrego kina, który pozwala mieć nadzieję, że w pogoni za zachodnimi standardami robienia filmów akcji (tak, używam tego słowa świadomie, choć wiem, że „Miasto 44” to nie jest strzelanka i pościgi. Chociaż...?) nie jesteśmy aż tak daleko w tyle. Zajawka młodego twórcy, który miał chęć, siłę i odwagę, by zrobić to po swojemu. Miał wizję i nie zawahał się jej użyć.

Podoba mi się bardzo, że nie mamy tu znanych serialowych twarzyczek. To pozwala zupełnie inaczej skupiać uwagę na bohaterach. Zamiast irytować się, że obcujemy z twarzami, które straszą z co drugiej reklamy czy bzdurnego programu o tańcu czy gotowaniu, możemy po prostu wczuć się w opowieść, traktować ją jak prawdziwą. I tu dochodzimy do zarzutu, który pojawia się często: że jak tak można - pokazywać powstańców jako osoby, które myślą jedynie o bzykaniu. Po pierwsze - wcale nie myślą, fakt, że ze wspólnie przeżywanego zagrożenia, poczucia jedności rodzą się uczucia, a - co za nimi idzie - „momenty” nie jest niczym szokującym. Niech nikt mi nie wmawia, że w czasie wojny ludzie nie myślą o sobie i o uczuciach. Przecież zaraz po instynkcie przetrwania budzi się wówczas właśnie potrzeba bliskości (też cielesnej). Inaczej człowiek by zwariował.

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe

To jest taka straszna bajka, okraszona teledyskowymi ujęciami. Nic nowego na świecie, ale u nas - jak najbardziej. A wszystkie psy, które powieszono na twórcy - Janie Komasie, uprzejmie proszę odwiesić. Przecież to nie jest kino historyczne. To jest historia miłości młodziutkich ludzi w koszmarnym momencie dziejowym. Nikt tu ani przez moment nie udaje, że będzie to kino dokumentujące minuta po minucie życie i śmierć konkretnych osób w 1944 r.

Wreszcie: w tym filmie są naprawdę niezłe dialogi. Można się czasem delikatnie przyczepić, że coś jest zbyt teatralnie powiedziane, ale ginie to za chwilę w gąszczu świetnie rozegranych sytuacji. A dobre, nie przerysowane dialogi to coś, czego w naszym kinie niestety mocno brakuje. No i jeszcze te przerażające ujęcia, jak wyjęte z gry komputerowej. Tyle, że nie ma tu żadnego "save" i przejdź level ponownie, brrrr...

„BOGOWIE”

Tak, to do nich należy zanosić dziękczynne modlitwy, że powstał ten film. On przywraca wiarę w to, że można. Trzeba jedynie chcieć mieć dobry scenariusz, dobrą obsadę, dobry pomysł na realizację.

Kot był już Ryśkiem Riedlem, Hansem Klossem i głosem Taty Mikołajka. Nie znam całej jego filmografii, ale po „Erratum” zakodowałam sobie, że dobrym aktorem jest. I nie zawiodłam się ani trochę oglądając w filmie „Bogowie”. On się nie wciela z Zbigniewa Religę, on zupełnie nim jest. Przygarbienie, tona wypalonych fajek, zakola - to są drobiazgi, które można wypracować z każdym aktorem (noooo, prawie każdym). Ale to spojrzenie, głos, charyzma... To już jest świetne przygotowanie i talent. Reżyser Łukasz Palkowski, twórca „Rezerwatu”, wiedział, co robi kompletując taką, a nie inną ekipę.

Koci Religa świetny jest / fot. materiały prasoweKoci Religa świetny jest / fot. materiały prasowe

Są w tym filmie trochę drażniące momenty. Upór Religi w dążeniu do zrealizowania swoich planów może momentami irytować, ale ja to odbieram jako zamierzony element. Mamy poczuć tę niechęć i złość, która była udziałem bliskich współpracowników docenta Zbigniewa Religi czy jego żony. A z drugiej strony, dzięki temu właśnie jest to tak ludzka postać: nie wyidealizowana w tym filmie, a przecież łatwo było wpaść w tę pułapkę.

BONUSOWY „OBYWATEL”

Na koniec wyrażę jeszcze tylko swoje zaniepokojenie zupełnie nieśmiesznym „niezwiastunem” filmu „Obywatel”.

Aż się boję, co to będzie. Ale może po prostu zwyczajnie ominę kinowe sale szerokim łukiem i nie pozwolę sobie na to rozczarowanie?

Więcej o: