Igor Mitoraj sprawiał, że ludzie czuli się szczęśliwi

Jego rzeźby niektórych zachwycają, inni upatrują w nich skrajnego kiczu, ale nie sposób przejść obok obojętnie (choćby ze względu na rozmiar!). Katarzyna Szczerbowska po śmierci Igora Mitoraja przedstawia impresyjny szkic jego sylwetki.

Lubił deszcz. Uważał, że rzeźby w deszczu wyglądają najpiękniej. Pytany, gdzie najchętniej wystawiłby swoje prace, odpowiadał, że pod wodą. W czasach, gdy wszyscy się spieszą, pozwalał sobie na luksus życia wolno. Powoli chodził, mówiąc zatrzymywał się, żeby zastanawiać się nad słowami. Igor Mitoraj odszedł. Zmarł w Paryżu w poniedziałek. Tu zaczęła się jego kariera, ale nie zawsze wspominał to miasto dobrze. Zostanie pochowany w swojej ukochanej toskańskiej miejscowości Pietrasanta.

Igor Mitoraj potrafił robić przyjemność ludziom, sprawiać, że czuli się szczęśliwi. Kiedy na kilka dni przyjechała do niego grupa dziennikarzy, gościł ich w swoim domu częstując cytrynowym likierem - limoncello i mocną kawą, pokazał wszystkie pracownie, w których powstawały jego rzeźby, zabrał ich do sklepu ulubionego projektanta ubrań. Na kolacjach podpowiadał, co wybrać z karty.

fot. Katarzyna Szczerbowskafot. Katarzyna Szczerbowska

Miałam z nim wtedy zrobić wywiad dla kobiecego tygodnika. Parę miesięcy wcześniej poznaliśmy się w Krakowie, gdzie rozmawiałam z nim o rzeźbach i jego autobiografii. Teraz miałam zlecenie, żeby przywieźć materiał o jego prywatnym życiu. Wykręcał się od rozmowy. Był miły, ale ciągle mówił, że porozmawia ze mną po obiedzie, kolacji, jutro po śniadaniu. Tak dotarliśmy do końca wizyty dziennikarzy. Wszyscy się spakowali i szykowali na zwiedzanie kamieniołomów i Pizy. Powiedziałam mu, że nie wyjadę dopóki ze mną nie porozmawia, że najwyżej polecę do Warszawy innym samolotem, jutro, za tydzień albo za rok. I co gorsza zamieszkam u niego, bo nie mam pieniędzy na hotel w pałacu, w którym się zatrzymałam z dziennikarzami. Zaczął się śmiać i w końcu zgodził się na wywiad. Dziennikarze pojechali. Miałam do nich dołączyć za kilka godzin. Usiadłam z panem Igorem Mitorajem przy stoliku na dziedzińcu hotelu. Padał deszcz. Zapytał mnie, o czym ja właściwie chcę z nim rozmawiać. A ja zapytałam, o czym chciałby powiedzieć. Zaproponował, żebyśmy po prostu popatrzyli na deszcz. Patrzyliśmy na ten deszcz, piliśmy kawę i milczeliśmy, od czasu do czasu uśmiechając się do siebie. To mój ulubiony wywiad. Niestety nie mógł się ukazać w gazecie. Był za bardzo prywatny.

W Igorze Mitoraju najpiękniejsza była powolność. To było urzekające, że w świecie, który pędzi w zawrotnym tempie, mógł pozwolić sobie na to, żeby żyć wolno. Jego dom w Pietrasanta w Toskanii jest schowany za murem. Gdyby tak nie było, każdy mógłby zaglądać do niego, tak jak do domu dla lalek pozbawionego frontowej ściany. Patrzeć, jak rzeźbiarz pije poranną kawę, czyta książki siedząc w ciemnym fotelu. Bo jego dom, to tak naprawdę dwa domy o przeszklonych fasadach, przeglądające się w sobie jak w lustrze. W tym po lewej stronie jest salon z kolorowymi rzeźbami przyjaciół, solidnymi meblami z ciemnego drewna, stolikiem, na którym leżą grube albumy z obrazami. Ten po prawej jest jasny, pełen książek poustawianych na białych półkach. Do kupna tego domu namówił Mitoraja kolumbijski rzeźbiarz Fernando Botero, jeden z najsłynniejszych i najdroższych współczesnych artystów świata. Wcześniej próbował zamieszkać m.in. w Meksyku, bo fascynowała go sztuka Azteków.

fot. Katarzyna Szczerbowskafot. Katarzyna Szczerbowska

Podczas deszczu do kamiennego dziedzińca między domami przyklejają się różowe maleńkie płatki kwiatów, które spadły z ozdobnych krzewów stojących w dużych doniczkach. Przylepiają się też do blatu ogrodowego stołu z ceramicznych kafelków, na którym stawia się kawę w upalne dni. Igorowi Mitorajowi robiła mu ją włoska gosposia, która pisała wiersze. Kiedy rzeźbiarz dowiedział się, że pani, która pomaga prowadzić mu domu jest poetką, wydał tomik jej utworów.

Drugą kawę Mitoraj pił na na głównym placu Pietrasanta, w domu, w którym kiedyś zatrzymywał się Michał Anioł przyjeżdżając tutaj, żeby wybierać marmur z pobliskich kamieniołomów. Biały, bez rys, żył, skaz. Michał Anioł mówił, że wystarczy spojrzeć na kawał marmuru, żeby zobaczyć w nim rzeźbę. Mitoraj też lubił rzeźbić w marmurze. Twierdził, że cierpi, kiedy widzi wyłożone marmurem podłogi, ściany czy schody. Pocięcie kamienia na plastry uważał za profanację.

Pietrasanta to jedyne miejsce we Włoszech, w którym hasło Polak nie kojarzy się natychmiast z Janem Pawłem II, tylko z Igorem Mitorajem. „A... ten Polak” - mówili tu, kiedy ktoś ich o niego zapytał.  Pietrasanta to miasto rzeźbiarzy. W ogrodach przed domami zamiast krzewów i kwiatów są rzeźby. Ustawione w rzędach anioły o wielkich skrzydłach, święci i Matki Boskie z głową okrytą delikatnym welonem z kamienia, niewielkie fontanny, w których popłynie woda, kiedy trafią na swoje miejsce. Te ogrody to tak naprawdę sklepy, bo rzeźby najpiękniej wyglądają w świetle dnia, kiedy promienie słońca podkreślają ich kształty, więc czekają na klientów na dworze. Z całego świata przyjeżdżają tu projektanci wnętrz, ogrodów, księża szukający rzeźb, przed którymi będą się modlić ich wierni, ludzie chcący znaleźć pochylonego w smutku i zadumie anioła na grób bliskiej osoby.

Igor Mitoraj miał tu kilka pracowni. W jednej powstawały jego rzeźby z marmuru, w innej z brązu, w jeszcze innej z gipsu. Najładniejsza była ta ostatnia, bo rzeźby i ludzie, w niej pracujący byli posypani gipsowym pyłem jak mąką. Zaglądając tam, w pierwszej chwili nie można było odróżnić, kto tu jest człowiekiem, a kto rzeźbą. Mitoraj najchętniej prezentował swoje rzeźby w plenerze. Mówił: "Rzeźby są trójwymiarowe i potrzebują przestrzeni, żeby mogły żyć, oddychać, podobnie jak żywe organizmy".

fot. Katarzyna Szczerbowskafot. Katarzyna Szczerbowska

W piosence Jacka Kaczmarskiego o Norwidzie jest fraza dotycząca tego, jak żyło się poecie na emigracji w Paryżu „na rękawiczki braknie mi pieniędzy”. Doskonale pasowałaby do tego, jak w młodości żyło się w Paryżu Igorowi Mitorajowi. Uwielbiał w nim muzeum Rodina, ale z Paryżem wiązało się wiele jego bolesnych wspomnień. Od niego zaczął życie na emigracji. W jednym z wywiadów powiedział: "Kiedy ktoś mówi, że mi się w życiu udało, to pukam się w czoło. Zanim stałem się wolny, musiałem przejść swoje. Kiedy zaczynałem karierę artystyczną, zarabiałem na życie wnosząc fortepiany i meble na szóste piętra paryskich kamienic". Przyjechał do Paryża, żeby spotkać się ze swoim tatą. Znalazł dom ojca, ale nie zdecydował się zapukać do drzwi. Spojrzał tylko na nie i odszedł.

Mitoraj był nieślubnym dzieckiem. Urodził się w 26 marca 1944 w niemieckiej miejscowości, Oederan, położonej niedaleko Drezna. Jego mama została tam deportowana na roboty przymusowe. Pracowała u rolnika. Jego tata był francuskim jeńcem wojennym, oficerem Legii Cudzoziemskiej. W wywiadzie - rzece przeprowadzonym przez Costanzo Costantiniego Igor Mitoraj powiedział:"Z Oederan nie pamiętam nic. Byłem za mały, żeby coś zapamiętać. [...] Niedawno - po kilku wystawach w Niemczech - otrzymałem list z gratulacjami od władz miasta Oederan. Co mam na to powiedzieć?"

W 1945 roku mama wróciła z nim do Polski, do swoich rodziców. Dzieciństwo spędził w miejscowości Grojec, z piętnem dziecka, który nie zna swojego ojca. Wszyscy myślą, że nazwisko rzeźbiarza to artystyczny pseudonim - bo są w nim zamknięte słowa mit i raj, pasujące do jego twórczości inspirowanej antykiem. Nazwisko dostał jednak od ojczyma. który go zaadoptował.

Igor Mitoraj niechętnie wyjeżdżał z Pietrasanta, ale był kilka razy w Polsce. Zatrzymywał się wtedy w Warszawie, gdzie najbardziej podobał mu się Grób Nieznanego Żołnierza, przypominający mu jego rzeźby. Skorupa, fragment pałacu, zniszczonego podczas wojny. A jego rzeźby wyglądały jakby były popękane, przypominają fragmenty antycznych posągów, odkrytych przez archeologów w czasie wykopalisk. Najbardziej go bawiło, jak do tych dużych wchodziły dzieci, żeby sobie w nich posiedzieć.

Zatrzymywał się też w Krakowie, gdzie kiedyś studiował malarstwo pod opieką Tadeusza Kantora. Robił wtedy kolaże z przypadkowych przedmiotów i utrwalał na płótnie odciski ludzkich ciał. Marzył o tym, żeby zostać aktorem. Dwa razy zdawał na ten wydział w łódzkiej Filmówce. Kantor pewnego dnia powiedział do niego: "Tutaj nie ma dla ciebie miejsca. Musisz wyjechać, musisz zaczepić się w którejś ze stolic sztuki, jeśli chcesz sobie zapewnić przyszłość. Masz szansę, przecież nie chcesz pozostać kimś anonimowym. Chyba się nie mylę?" Mitoraj z Polski wyjechał w 1968 roku. W Paryżu chciał nie tylko porozmawiać z tatą. Postanowił tutaj rozwijać się artystycznie. Żywiąc się głównie bagietkami, studiował w Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts. W 1976 r. wystawił swoje obrazy i grafiki w galerii La Hune w Dzielnicy Łacińskiej.

Szczęście zaczęło mu dopisywać, kiedy zajął się rzeźbą. Dostał propozycję przygotowania wystawy dla galerii ArtCurial, prowadzonej przez bratanka ówczesnego prezydenta Francji, Mitteranda. Przygotowując wystawę na rok wyjechał do Pietrasanta, żeby w białym marmurze z pobliskiej Carrary.

fot. Katarzyna Szczerbowskafot. Katarzyna Szczerbowska

Dziś rzeźby Mitoraja stoją na rzymskim Piazza Monte, w Parku Olimpijskim w Lozannie, w paryskiej dzielnicy Defence, mediolańskiej La Scali i florenckich ogrodach Boboli, przed londyńskim British Museum oraz w Muzeum Prado w Madrycie. Głowę z brązu zatytułowaną "Eros bendato" można oglądać na krakowskim rynku. Jego skrzydlata postać "Icaro Alto" stoi przed Centrum Olimpijskim przy Wybrzeżu Gdyńskim na Żoliborzu. W 2009 r. Mitoraj wykonał Anielskie drzwi do kościoła Matki Bożej Łaskawej, patronki Warszawy, na warszawskim Starym Mieście. To kościół jezuitów, sąsiadujący z warszawską katedrą. Na drzwiach Igor Mitoraj przedstawił scenę zwiastowania. Mówił o nich: „Niektórych może szokować zupełnie inny niż tradycyjny wizerunek Madonny, która spogląda z góry na dwa uchwycone w ruchu anioły". Podobne drzwi stworzył dla kościoła Santa Maria degli Angeli w Rzymie.

Mitoraj lubił szukać w życiu piękna i przyjemności. Uwielbiał czytać książki, zwiedzać wystawy, słuchał muzyki, smakował włoskie wina, zachwycał się tamtejszą kuchnią. Najbardziej smakowała mu włoska oliwa. Najlepiej gęsta, z pływającymi w niej drobinami oliwek, wytwarzana tradycyjnymi metodami. Sam robił taką oliwę. Miał gaj oliwny z kilkusetletnimi drzewami i co roku produkował w nim 700 litrów oliwy. Nazywała się "Sekretne przejście". O włoskim jedzeniu i winie potrafił opowiadać godzinami. To był jego ulubiony temat.

Po jego śmierci burmistrz Pietrasanta, Domenico Lombardi, mówił, że polski artysta był przyjazny wobec ludzi, i że ci chętnie zatrzymywali go na ulicy i nazywali "mistrzem". - Był człowiekiem niezwykłej wrażliwości i wartości. Był poetą życia. Rozmawialiśmy wiele o sztuce i kulturze, od marca planowaliśmy wielką wystawę jego rzeźb - burmistrz wspominał dziennikowi "La repubblica".

Kolega Igora Mitoraja napisał pod informacją w internecie o śmierci rzeźbiarza: „Chodziłam z Jurkiem - bo takie jest jego prawdziwe imię - do liceum plastycznego w Bielsku Białej. Był bardzo miłym kolegą. Przez cały czas śledziłam jego karierę, choć nasze media bardzo mało pisały. Bardzo kochał mamę, pomagał swojemu przyrodniemu rodzeństwu, był dobrym człowiekiem. My Polacy - "cudze chwalicie, swego nie znacie” itd. Dla dyletantów - jego rzeźba jest w Muzeach Watykańskich oprócz obrazu Matejki, dla Bielszczan - jego rzeźba jest w liceum plastycznym, podarował ją na jubileusz naszej szkoły. Jurku jesteś w moich myślach i modlitwie spoczywaj w spokoju".

Dwa lata temu "za wybitne zasługi dla polskiej i światowej kultury, za osiągnięcia w pracy twórczej i artystycznej" został przez prezydenta Bronisława Komorowskiego odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Odszedł w wieku 70 lat.

Uroczystości pogrzebowe Igora Mitoraja odbędą się w poniedziałek, 13 października, w katedrze w Pietrasanta. Tej samej, której dzwony odmierzały mu czas, kiedy popijał swoją drugą kawę. Wnętrze tego kościoła wygląda, jak włoskie obrazki, które dostawało się na religii w dzieciństwie - zdobią je kwiaty i kolorowe malowidła. Urna z prochami rzeźbiarza od 11 października do poniedziałku jest wystawiana w sali magistratu, którą Mitoraj zaprojektował i udekorował w 1998 roku.

Katarzyna Szczerbowska - lubi przyglądać się ludziom. Patrzeć jak chodzą, jak zdejmują płaszcze, jak wyglądają przez okno w tramwaju. Patrzy, co czytają na przystankach, co wyjmują z koszyków w sklepie. Lubi też ich słuchać. Pracuje w dziale kobieta w gazeta.pl. Marzy o tym, żeby wejść na Mount Everest, chociaż ma lęk wysokości.

Więcej o: