Bicie piany kontra bicie kobiet

Przyznaje się bez bicia, w ramach samoumartwienia od miesięcy śledzę losy Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Nazwa może długa i nudna, trudno ją seksownie reklamować na billboardach, ale za to dokument nią opatrzony jest ważny. Paradoksalnie też, afera, jaka rozpętała się po tym, jak polski rząd miał go ratyfikować przydała mu znaczenia. Choć nie o takie znaczenie chodziło jej autorom.

Zacznijmy może od tego, czym jest właściwie ta konwencja? Przede wszystkim pewną instrukcją tego jak działać, by system pomocy kobietom i dziewczętom (całość skupia się na osobach płci żeńskiej, opierając się na założeniu, że to one znacznie częściej stają się ofiarami aktów dominacji siłowej, psychicznej, seksualnej lub finansowej) doświadczającym przemocy - działał sprawniej. Od spraw elementarnych, jak zdefiniowanie czym może być taka przemoc, po opisanie pomysłów na prowadzenie ewidencji danych o aktach przemocy, wreszcie na pomocy ofiarom już nie tylko lokalnie, ale i globalnie.

Konwencja obejmować ma działania w stanie pokoju, jak i w czasie wojny. To rodzaj podpowiedzi, regulaminu, do którego można się odwołać, kiedy sytuacja jest trudna. Wreszcie, konwencja ta jest formą przypisu do Konwencji Praw Człowieka. Taki trochę post-it, albo podkreślenie żółtym mazakiem. To też pewna podpowiedź, jak działać wspólnie, międzynarodowo, na rzecz poprawy sytuacji, czy ochrony osób dyskryminowanych, poniżanych, wykorzystywanych seksualnie. Nie to, że nie mamy własnej konstytucji, ani żadnych organizacji pozarządowych, bo przecież mamy. Nie to, że konwencja godzi w to wszystko, wywraca do góry nogami - nie wywraca.

W zeszłotygodniowym numerze "Polityki” dość zgrabnie ujmuje to Joanna Podgórska. Po co w ogóle jakieś wyjaśnienia, po co artykuł na trzy i pół strony? Cóż, okazuje się, że jednak trzeba. Mało kto w naszym kraju ma zapewne na tyle dużo dobrej woli i ciekawości, by sięgnąć po źródłowy tekst, który jest dostępny za darmo w całości w internecie. TUTAJ. Nie brak za to ludzi, którzy, być może wpisując tylko słowa kluczowe, wynajdywali co smaczniejsze kąski w tym dokumencie i je opacznie interpretowali.

Ja wiele rzeczy potrafię zrozumieć, ale tego nie. Wbrew idiotycznym twierdzeniom osób bijących na alarm i krzyczących znów coś o dżenderach, odbieraniu kobietom ich naturalnych ról (i odruchowo pewnie już dorzucanym do tego różnym innym szataństwom jak seksualizowanie dzieci, małżeństwa osób nieheteronormatywnych, adopcja dzieci przez takowe i jeszcze może sprzątanie domów przez mężów) - to nie jest konwencja o tym wszystkim. Ważne, choć nie nowe przecież, jest to, jak bardzo w dupie mają niektórzy politycy pewne elementarne sprawy - od czytania ze zrozumieniem bez używania krwiożerczej nadinterpretacji, po dobro społeczeństwa. Potrzeba dużo złej woli, by interpretować tę konwencję tak, jak bywa interpretowana przez bijących na alarm polityków z prawoskrętem. Czy ci wszyscy ludzie, którzy marnują pieniądze publiczne, własną energię i czas na pieprzenie takich durnot nie mogliby wziąć i zakasać rękawów? Czy nie mogliby osobiście i własnoręcznie zrobić czegoś pożytecznego? Byłabym zobowiązana. Poważnie. Bo mnie najbardziej wkurza, gdy po raz kolejny słyszę, jak wypuszczony na przepustkę, albo sądownie odsunięty od rodziny typ wraca do domu i morduje na miejscu, albo przyczynia się pośrednio do śmierci żony. Jak bezpieczeństwo dzieci z rodzin, w których od lat przemoc jest obowiązującym językiem, jest zagrożone, bo system jest nieudolny, bo przypadek trudny, bo sprawcy prześlizgują się między lukami prawnymi, bo jakimś cudem nikt nie napisał instrukcji jak można współpracować, by go powstrzymać. Jak inteligentne osoby tkwią w toksycznych relacjach zawodowych, bo ktoś podkopał ich wiarę w to, że istnieje inny świat poza firmą, w której doświadczają upokorzeń.

Umówmy się, świat jako taki nigdy nie był królestwem sprawiedliwości. Ani sto pokojowych nagród Nobla, ani europejska Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet nie zmienią drastycznie tej sytuacji, ale mogą pomóc. Nie w taki sposób jak podejrzewacie. Nie wierzę, by konwencja była w stanie skutecznie ochronić kobiety i dziewczęta krzywdzone w czasach konfliktów zbrojnych. Przykro mi, konwencje genewskie też nie są w stanie ocalać istnień ludzkich. Generalnie nie wierzę w to, że ludzie mają więcej skłonności do dążenia ku dobru. Mimo tej niewiary staram się działać jak najlepiej. I bardzo bym chciała, żeby więcej osób może wreszcie się wkurzyło na tych upartych osłów (i oślice) i żeby zaczęło działać razem. Zamiast bić pianę - wymiernie i inteligentnie pomagać. Nie mieć wszystkiego w dupie.

Witajcie w mojej utopii!

Więcej o: