Mam siedem prac: czy to już norma?

Osiem godzin za biurkiem na umowę o dzieło plus "dzieła" pomniejsze realizowane w międzyczasie, po godzinach i w weekendy. Pracuję w taki sposób od dawna i uważam, że to normalka. Ale czy multitasking, wymuszony sytuacją finansową, to nie jest jednak pułapka?

Moja mama w ciągu trzydziestu lat kariery zawodowej zmieniała pracę dwa razy, a tata, który zaraz po studiach założył własną działalność, właściwie nigdy. Ja poszłam na pierwszy poważny staż dopiero na piątym roku studiów (później niż większość moich znajomych) i po sześciu latach mam na koncie sześć transferów. Ale praca stała (rzadko na umowę o pracę, najczęściej na tak zwane „dzieło”, które tworzy się, siedząc przy biurku osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu) to wierzchołek góry lodowej. Oscyluję między solidnymi trzema, a w porywach siedmioma dodatkowymi zleceniami. Tu jakiś tekst, tam news na portal, konsulting, mały PR. Trochę pracy dla kogoś, trochę działania na własny rachunek, trochę projektów wymarzonych, wciąż nie dość przykładnie realizowanych.

Moi znajomi żyją podobnie. Przyjaciółka z liceum ma firmę, pracuje na uczelni i robi dodatkowe zlecenia, inna prowadzi knajpę i gabinet psychoterapii, trzecia pracuje na stałe w agencji reklamowej, a na boku rozkręca własny biznes. Chłopcy, o dziwo, siedzą raczej na bezpiecznych posadkach albo od dawna prowadzą firmę. Przed pułapką frilansu, multitaskingu i kilku prac bez etatu udało się uciec tylko moim „poważnym” znajomym. Głównie prawnikom, którzy jednak często jednocześnie prowadzą własną kancelarię i biorą dodatkowe zlecenia.

Czy taki stan to "nowa normalność"? Nowy stan natury, od którego nie ma ucieczki? Nowy stan ekonomii, która zjada własny ogon? I co nami powoduje, gdy bierzemy kolejne zlecenie choć wiemy, że potrzebujemy się wyspać - lęk o przyszłość, pazerność, niespełnienie? Co nas gna - ambicja, pieniądze, sukces?

„Na studiach musiałam na siebie zarobić i tak już zostało”, mówi moja przyjaciółka, która siadła do pracy na drugim roku i nigdy już zza biurka nie wstała. „Wciąż nie wiem, czego chcę, więc wolę pozostawić sobie wszystkie opcje otwarte”, mówi inna, zamożniejsza z domu, która mogłaby spokojnie wziąć wolne i pojeździć po świecie. „To uzależnia - patrzenie na plusiki na koncie, bycie docenianym i sama adrenalina z pracy”, przyznaje jeszcze inna.

Twoja doba mi się nie podobaTwoja doba mi się nie podoba

Moim rodzicom wolę za dużo o moich coraz to nowych obowiązkach nie opowiadać. Gdy w weekend stukam jak szalona w klawiaturę, myślą, że obgaduję przyjaciółkę z inną przyjaciółką na fejsie. Gdy odbieram wieczorami maile, każą mi wyłączyć telefon i nie dać się zwariować. Z dziadkami jest jeszcze gorzej. W pokoleniu 70+ wstawało się o szóstej rano, ale o szóstej po południu już dawno było po obiedzie z rodziną. Dlatego mój dziadek nie wierzy w panów prezesów, którzy pracują 24 godziny na dobę na lanczach, drinkach i siłowniach. I trochę nie wierzy, że ktoś naprawdę każe mi pracować o 20 w sobotę. Ktoś, czyli najczęściej ja sama.

Nie oczekuję współczucia („ma pracę, a nawet kilka, to niech się przymknie, część z nas nie ma jej w ogóle”). Zastanawiam się tylko, czy tak jak przyszło nam się pogodzić z niepojętym dla naszych rodziców wymogiem elastyczności (w ciągu roku trzy razy urządzałam imprezy pożegnalne z tortem w kolejnych biurach), na stałe musimy już zaakceptować pracę na wielu frontach.

Nie narzekam. Każde zlecenie przekłada się na przelew na koncie. Na niektóre czeka się krócej, na inne dłużej. Niektóre są całkiem spore, inne symboliczne. Część rzeczy robię z miłości, część z obowiązku, część z wyrachowania. I okej, tak jak moje przyjaciółki, podejmuję świadomą decyzję. Rezygnuję z plotek na rzecz pensji.

Bywam tylko trochę wkurzona na niektórych szefów. Za to, że sami siedzą na bezpiecznych etatowych posadkach z całkiem bezpieczną kasą wpływającą równiutko ostatniego dnia miesiąca na konto. A tego, że przyjmujemy dodatkowe zlecenia, bo tak dobrej sytuacji nie mamy, zdają się nie rozumieć. Nie chcemy grać w ich grę, bo rozdają znaczone karty, trzymając nas na umowy śmieciowe za czasem równie śmieciowe pieniądze. Chcemy mieć dobre warunki, żeby się realizować, a nie ukrywać po kątach z własnymi projektami, w strachu, że pan prezes uzna bloga za konkurencję dla międzynarodowego magazynu. Tak nam się poprzewracało w głowach.

Przyznaję, że gdzieś po drodze zdarza mi się stracić pasję. Przy trybie siedem na jedną (prac na osobę) trudno wykroić dni całkowicie wolne. Nie tylko od samej pracy, ale przede wszystkim obsesyjnego o niej myślenia. Ale gdy chcę się porządnie zbuntować, łapię się na tym, że to kwadratura koła. Zarobki maleją (przynajmniej w mojej branży), potrzeby rosną. Satysfakcja maleje, ilość zleceń rośnie. Energia maleje, apetyt na więcej rośnie. Wielopracowość nie wychodzi na dobre.

Obiecałam sobie więc jedno - gdy dojdę do dwunastu prac jak Herakles, mówię sobie dość. No i jeśli/jak urodzę dziecko. Bo tego "zadania" godzić z pozostałymi nie mam zamiaru.

A Wy jak sobie z tym radzicie?

Więcej o: