Przepychanki nad trumną, lans ze śmiercią w tle i dobijanie poczucia niestosowności

Media zawsze lubiły katastrofy. Straszna śmierć zawsze była atrakcyjniejsza niż spokojne życie. Nic nowego pod słońcem nie powiem, ale w ostatnich tygodniach festiwal przekraczania granic stosowności dał mi w kość.

Katowice mają od kilku dni nową atrakcję turystyczną. Wystarczy wypełznąć z centrum handlowego doklejonego do nowego dworca, skręcić w powolnie piękniejące uliczki i wypatrywać tłumu. Wielu rozmawia tu tylko o tym. W niedzielne przedpołudnie nie brak gapiów. Robią sobie zdjęcia na tle odgrodzonej taśmami uliczki, patrzą na tę rzekę cegieł i skarbów wysypującą się z wyrwy w równym rytmie fasad. Tydzień wcześniej mało kogo obchodziło to miejsce. Stał dom, jakich tu wiele. Mieszkali w nim ludzie, jakich tu wielu. Trochę biedniejszych rodzin, kilku tych, co wiązali koniec z końcem. Dom zawalił się w zeszłym tygodniu. Wszystkiemu, mówią, winna instalacja gazowa. Dochodzenie w toku. Kilkanaście rodzin straciło swoje mieszkania i coś więcej - dorobek życia i pewność, że złe ich nie dosięgnie. Jedna rodzina straciła życie.

O tym, że uganianie się po tym miejscu za co smaczniejszymi kadrami nie jest najlepszym pomysłem, próżno dzieciakom mówić. Ot, dla nich  to przygoda, a nie bieganie po świeżym jeszcze miejscu czyjejś śmierci. Widziały same, jak dorośli w mediach prześcigają się w takich zachowaniach.

O tym, że głupio tak robić sobie zdjęcia na tle gruzowiska, próżno mówić dorosłym przechodniom. To jest nowa atrakcja Katowic. Ulotna, niebawem wszystko zostanie rozebrane, tymczasem chwilo trwaj! Tu byłem, tu stałem jak te gruzy tam się sypały. Poza tym wreszcie w telewizji pokazują inną część miasta, innych mieszkańców Śląska! Już nie tylko związkowcy i kopalnie, mamy tu też inne rzeczy!

Fot. Dominika WęcławekFot. Dominika Węcławek

Granice nietaktu przesuwane są jednak zupełnie gdzie indziej. To, co dzieje się każdego dnia przy gruzach domu, w którym zginęła rodzina Kmiecików, jest niczym wobec tego, co dzieje się po ich śmierci w prasie i mediach społecznościowych. Dość łatwo przyszło wyciśnięcie z tej tragedii łzawej opowieści. Zwłaszcza, gdy ofiary okazały się być osobami publicznymi. Ich twarze widzowie mogli nawet kojarzyć z programów telewizyjnych. To już nie anonimowa Krycha i Staszek, to państwo dziennikarzostwo. Już sam fakt epatowania tymi informacjami wyprowadzał z równowagi internautów. Patrzcie, jak łatwo zirytować tłuszczę...

Równie gładko przychodziło pracownikom serwisów internetowych tworzenie rankingów w stylu "Tragedia w Katowicach nie była jedyna - najtragiczniejsze wybuchy gazu w historii Polski” (linkować nie będę, jeśli państwo mają potrzebę, tytuł fotogalerii jest oryginalny, można sobie zgooglować). Gdy pojawiła się informacja o przyznaniu Złotego Krzyża Zasługi śp. Brygidzie Forsztędze-Kmiecik i Dariuszowi Kmiecikowi, ludziom na dobre puściły nerwy. Wystarczyło wówczas dodać w nagłówku tekstu zapytanie "ZASŁUŻYLI?, by wywołać lawinę negatywnych komentarzy.

Dziś wszystko wkurza ludzi. Taka jest prawda. Każdy powód jest dobry, żeby komuś dowalić. Ale walenie się po mordach nad rozkopanym grobem to wciąż dla mnie duży nietakt. Może jestem staroświecka. Kilkanaście dni temu przyszło mi omijać szerokim łukiem wszystko, co mówi, pisze, robi zdjęcia i twittuje. Okazało się, że nie ma lepszego sposobu na nabicie sobie statystyk, odsłon i sprzedanych egzemplarzy, niż wyssanie wszystkich detali życia i śmierci pewnej aktorki. Pierwszy raz w życiu dowiedziałam się, że zmarła miała wśród moich znajomych tylu przyjaciół. Na dowód tego każdy zechciał podzielić się przede wszystkim wspólnym zdjęciem. Ale to już ich sprawa, trudno jednoznacznie oceniać (a tym bardziej doceniać) czystość intencji.

Nietaktowne, by nie powiedzieć zbyt patetycznie - naganne etycznie - było to, co prezentowano w wielu oficjalnych prasowych publikacjach. Zmieszanie budziła już nawet nie treść wywiadów z rodzicami, lekarzami, sąsiadami, a sam fakt, że ktoś to zrobił. Zrobił to "bo ludzie tego oczekują”. Jak świat stary, to moje ulubione wyjaśnienie, święta legitymizacja medialnego skurwysyństwa. Ludzie chcą. Tańców na cudzym grobie i rozdawnictwa emocjonalnych relikwii. Nauczyliśmy się "chcieć" wzruszających i nieco patetycznych dżingli, zdjęć w czerni i bieli, kadrów w zwolnionym tempie. Ludzie mają prawo to przeżywać. Tylko trzeba im to pokazać, trzeba wzniecić w nich tę potrzebę. Nietakt i niestosowność umierają sobie w zapomnieniu, a kiedy już zdechną, możemy być pewni, że ktoś zrobi o tym fajną fotogalerię z pięknymi zdjęciami, może nawet wrzuci jakieś mocne, solidnie obrobione w fotoszopie zdjęcie na okładkę opiniotwórczego tygodnika.

Więcej o: