Gdzie się podziała życzliwość?

Gdy inteligencja mylona jest ze złośliwością, a cynizm jest w cenie, życzliwość staje się nieproszonym gościem. Szkoda, ponieważ jej brak w codziennym życiu przeszkadza mi coraz bardziej. I czasem się zastanawiam czy życzliwość i empatia stały się już oznaką frajerstwa.

Rodzice uczyli mnie szacunku dla innych, pokazali, że warto być dobrym człowiekiem, że jest to wartością samą w sobie. Staram się wychowywać swoje dzieci w podobnym duchu. Czy mi się uda, tego nie wiem. Wychowanie to skomplikowany proces. Mam nadzieję, że nie wyrosną na egoistów i będą widziały coś więcej poza czubkiem własnego nosa, że nie będą wstydzić się pomagać innym, że nie wyrosną na ludzi, których spotykam w drodze do pracy.

Metro. Jest 6.45 rano, dajmy na to czwartek. Choć mógłby to być jakikolwiek inny dzień tygodnia pomiędzy poniedziałkiem a piątkiem. Na stacji metra Ratusz Arsenał ludzka rzeka płynie po zbyt wąskich schodach. Wbiegam na peron i próbuję wejść do wagonu. Niestety nie jest to możliwe, ponieważ ludzie-kolumny zatarasowali wejście. Stoją na z góry upatrzonych pozycjach, zaklepanych tylko dla nich. Pytam grzecznie: „Przepraszam, czy mogą się państwo przesunąć do środka?”, ponieważ widzę pasażerów zgrupowanych czujnie przy drzwiach, podczas, gdy w środku wagonu jest jeszcze całkiem sporo miejsca. Niestety brak jest odzewu i reakcji ze strony ludzi-kolumn. Kontakt wzrokowy ujemny, żeby tylko nie znaleźć się niezręcznej konfrontacji z drugim człowiekiem. Kolumny greckie jak stały, tak stoją. A stoją twardo, ponieważ wysiadają trzy stacje dalej i muszą mieć blisko do wyjścia. Prawie zupełnie jak ci miłośnicy lewego pasa, którzy pamiętają o tym, że skręcają w lewo za kilometr, więc kurczowo trzymają się swojej strony, „bo potem będzie się ciężko przebić”. Niektórzy niedoszli pasażerowie próbują wpychać się do środka wagonu na siłę, co z reguły prowadzi do mało sympatycznej wymiany zdań. Nieistotnie są dla mnie te powody okupacji strefy wejścia. Istotne, jest to, że mnie ta sytuacja nieustannie spotyka w drodze do pracy. I nieustannie mnie smuci i wkurza ten brak życzliwości, brak jakiejś życiowej współpracy, bo przecież wszyscy spieszymy się do pracy. Każdy chce gdzieś zdążyć.

 Przyjedzie następne Przyjedzie następne /fot. M.Acer

Winda. Wchodzę do klatki. Słyszę, że właśnie przyjechała winda i ktoś do niej wchodzi. Ciekawe, czy poczeka, zastanawiam się z niesłabnącą naiwnością. Kilka sekund później obserwuję, jak winda jedzie w górę. Przez szybkę w drzwiach dostrzegam jeszcze kolor butów sąsiadki z szóstego. Zapewne każdego, kto miał do czynienia z windą i ludźmi kiedyś to spotkało. Przyznaję, że zawsze jest mi głupio w takiej sytuacji. I to nie dlatego, że ja zawsze czekam z windą, gdy usłyszę, że ktoś właśnie wchodzi do bloku. Po prostu nie rozumiem, że nawet w takich drobiazgach ludzie muszą być złośliwi i nieuprzejmi. Czy te kilka sekund kogoś zbawi? Czy taki sąsiad odjeżdżając windą sprzed nosa odczuwa satysfakcję, czy jest w tym jakieś małe zwycięstwo? Czy to po prostu zwykłe chamstwo?

Tramwaj. Jest niedziela, pojazdy szynowe jeżdżą tego dnia rzadziej. W zasadzie bardzo rzadko. Szybciej dzieci, szybciej poganiam jak kwoka te moje dwa małe satelity. Starszy biegnie całkiem nieźle. Niestety trzylatka nie ma tyle pary w nogach, co brat. Biorę więc córkę na ręce i pędzimy. Dobiegamy do drzwi, które bezszelestnie się zamykają. Tramwaj odjeżdża. W myślach klnę strasznie, bo przecież motorniczy musiał mnie widzieć. Taką lecącą z dwójką dzieci. Z rozkładu wynika, że następny tramwaj będzie za 20 minut. Żeby było weselej zaczyna kropić. Bo w takich sytuacjach zawsze coś się komplikuje. Pocieszam się, że przynajmniej żadne z dzieci nie zrobiło się nagle głodne lub, że nie chce im się siku. Na szczęście na przystanku jest wiata, tylko, że całą ławkę zajął już bezdomny i młodszemu dziecku robi się trochę niedobrze z powodu charakterystycznego zapachu. Wracamy na piechotę. Jednak chwilę później okazało się, że ten uciekający tramwaj miał sens. Niebo się przejaśnia, drzewa nabierają niesamowitych kolorów. Brodzimy we trójkę w szeleszczącej rzece liści, która właśnie stała się lawą. Przy przejściu dla pieszych stoi starsza pani, drobniutka i krucha jak zabytkowa filiżanka. Widzę, że ma ciężką torbę. Proponuję, że mogę jej ponieść zakupy. Pani uśmiecha się i dziękuje. Dla mnie to drobiazg, dla niej był to spory wysiłek. Podczas drogi do domu rozmawiamy o naszej dzielnicy. Pani cierpliwie odpowiada na dziesiątki pytań moich dzieci i opowiada nam swoją przejmującą historię z Powstania Warszawskiego.

Może sprawiła to jesień, może melancholia, która dopadła mnie ostatnio. Może wyostrzył mi się wzrok. I ten brak życzliwości w zwyczajnych sytuacjach strasznie mnie uwiera. Słyszałam, że trwa wyścig szczurów, ta pogoń za sukcesem, że trzeba po trupach do celu. Łatwo się pogubić, łatwo coś stracić.

Więcej o: