Gdy istnienie świata zależy od mojego czajnika - o natręctwach dnia codziennego

Mam elektryczny czajnik. Nowy dość. Działa bez zarzutu. Nim wyjdę z domu, muszę go odłączyć od prądu lub zdjąć z podstawki. Dlaczego? Bo może być spięcie i pożar. Przecież to oczywiste. Dlatego wracam nawet z parteru, gdy nie jestem pewna, czy go zdjęłam/odłączyłam.

Mała dziewczynka idzie w ogromnym skupieniu po chodniku - uważa, by nie nadepnąć na linię. Stopy stawia tylko na tych pełnych płytach, na których nie ma ani jednego pęknięcia. Taka zabawa, w sam raz dla ośmiolatki. A co, jeśli dwadzieścia parę lat później, dorosła już kobieta z równie wielkim zaangażowaniem przemierza każdy chodnik? Czy to wciąż zabawa, czy już niebezpieczna obsesja?

Nie chodzi mi tutaj o podchodzące pod wymóg leczenia symptomy nerwicy natręctw, która potrafi nieźle uprzykrzyć życie (a bierze się ponoć głównie ze stresu, jupi! - czyli w dzisiejszych czasach grozi chyba nam wszystkim...). Choć - zapytacie słusznie - gdzie jest granica, kiedy coś staje się nerwicą wymagającą profesjonalnej kuracji, a kiedy jest po prostu zabawnym „naszym”, nam jedynie właściwym zachowaniem? Trudno powiedzieć, bo przecież fakt, że ktoś sobie różne rzeczy liczy (a co, nie wolno?), nikogo przy tym przecież nie krzywdząc, a sobie robiąc dobrze, bo liczenie jest takie kojące - nie wygląda na srogą psychozę? A gdy komuś źle, bo ma na koncie nierówną kwotę? I sobie przeleje z drugiego trochę, żeby na końcu było zero. Bo wtedy jakoś lepiej jest. A gdy się film ogląda na dvd, to się naciska pauzę na pełnej minucie. Bo też jakoś tak... lepiej.

Takie małe, „nieszkodliwe” natręctwa nieraz przybierają formę magicznego myślenia: jeśli zrobię coś TAK, to stanie się TAK. Oczywiście to drugie „tak” się wydarzy zupełnie niezależnie od pierwszego, logika nam podpowiada, że przecież nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego, ale... Skoro nikomu nie przeszkadza, że sobie to od siebie w głowie uzależniam, nikogo przecież tym nie robię krzywdy, to może lepiej NA WSZELKI WYPADEK nie porywać się na zaniechanie pierwszego „taka”. Tak na wszelki. Wiadomo - licho nie śpi.

Każdy z nas coś ma. Bywa, że pewne nasze małe rytuały są nie do końca uświadomione. Czasami, gdy zapytamy przyjaciół - grzecznie nam wypunktują, że mamy takie przywary, że to zabawne. I że oni wiedzą, że tak mamy i patrzą na to z czułością. Bo to jest bezsensowne, ale kto by się tam przejmował.

Nowoczesne technologie pomagają w życiu #nagrywamwszystkoNowoczesne technologie pomagają w życiu #nagrywamwszystko

Natręctwa mają to do siebie, że z reguły są zupełnie bezsensowne - czynności czy ciągi czynności lub myśli, które nie prowadzą do niczego, poza ulgą człowieka, który się im poddaje. Choć oczywiście trudno mówić o bezsensie sprawdzania, czy wyłączyło się na pewno gaz lub żelazko. Zwłaszcza, gdy właśnie wybieramy się na dwutygodniowy urlop. Tak... Ale co wówczas, gdy nie mamy w domu instalacji gazowej? A żelazka używaliśmy wczoraj, wyłączyliśmy je na pewno, bo przecież już cztery razy wstawaliśmy w nocy, by się upewnić tak już na zupełne sto procent, mur beton.

Ulga wymieszana jest z napięciem, bo gdzieś tam z tyłu głowy jest jednak ciche domniemanie, że mycie rąk ósmy raz w ciągu godziny prawdopodobnie nie ma sensu. Ale uspokaja...

Bardzo wiele osób, które pytałam o ich drobne natręctwa przyznało się do wracania do domu - spod windy, z parteru, z przystanku, nawet z pracy na drugim końcu miasta, by sprawdzić, czy na pewno gaz wyłączony, a drzwi zamknięte na cztery spusty.

Jedna z redakcyjnych koleżanek przyznaje się do ogromnego zżycia z zakładką do książki. Nie może czytać książki, gdy nie ma tej konkretnej zakładki. Proste. Ja to rozumiem, bo gdy kiedyś niechcący oddałam książkę do biblioteki z moją ukochaną zakładką, to - po pierwsze - zaliczyłam smutek jak po utracie czegoś znacznie większego i ważniejszego, niż kawałek tekturki z rysunkiem Japonki; po drugie - próbowałam wpłynąć na panie bibliotekarki, zmusić je, by prowadziły wraz ze mną śledztwo i dochodzenie, bo przecież „ona tak po prostu nie mogła zniknąć, na pewno gdzieś jest”. No ale ja chodzę do biblioteki...

Okazuje się bowiem, że niektórzy cierpią na taką przypadłość, że z obrzydzenia nie wezmą do ręki książki z biblioteki, bo „przecież ktoś inny ją miał przede mną i nie wiadomo, co z nią robił”. Podobnie sprawa wygląda z czasopismami, czy gazetami. Macany towar należy do macanta. Nie będę kupowała gazety, którą już ktoś przede mną przeczytał. Jakby mi jakieś literki zabrał przy tym czytaniu i moja gazeta jest jakaś przez to ułomna. Sama nie wiem skąd to się bierze. Zawsze w salonach prasowych wydłubuję czasopisma z końca. Takie, co widać, że nie były otwierane, bo kartki się ściśle siebie trzymają. Czy natręctwem jest też fakt, że czuję się fizycznie źle, gdy oto mam nową gazetę i KTOŚ ją przegląda? Ktoś, kogo znam, nie brzydzę się - ale jak to tak? Pierwszy sobie czyta? Czyta tak, że widzę trochę zawartości, zdjęcia na stronach, nagłówki. Już nie jest ta gazeta „nowa” do czytania. Brrrr... Nie jestem na szczęście sama w tym natręctwie, więc znajduję zrozumienie.

Niektóre natręctwa przybierają formę rytuałów. Picie z ukochanej filiżanki - nic dziwnego. Ale żądza mordu, gdy ktoś pił w niej podczas naszej nieobecności i mamy na to DOWODY? Kanapka może być z serem LUB z szynką. Szynka z serem nie idą w parze (smakowo idą, ale takie kanapki to sobie może jeść ktoś inny...). Takie małe natręctwa można jeszcze ukryć przed światem. Ale świat na ogół widzi, gdy kręcimy się nerwowo, bo rolety opuszczone są nie do tego poziomu, do którego opuszczone być powinny. Albo gdy niemal się dusimy, bo okno ktoś zamknął minutę temu, więc nie ma czym oddychać. Okno MUSI być otwarte. Nawet, gdy na zewnątrz jest na strasznym minusie.

Co zatem z robić z małymi natręctwami? Pokochać. Rezerwować czas na wracanie kilka razy do zamkniętego auta, bo tylko szarpanie raz po raz za klamkę utwierdzi nas w przekonaniu, że TAK, jest zamknięty. Liczyć sobie schody, płyty chodnikowe, literki w wypowiadanych przez rozmówcę słowach. I upajać się, gdy jest parzyście. Bo nieparzyście jest źle. Ja żyję z przyjemną myślą, że gdy kiedyś świat spłonie od nieodłączonego czajnika, będę mogła powiedzieć: A NIE MÓWIŁAM?

A wy? Jakie macie natręctwa, ups, pardon - jakie macie zupełnie normalne, kojące mikrorytuały codzienne?

Więcej o: