Bezdroża bezrefleksyjnej nostalgii, czyli za czym nie warto tęsknić

Nostalgia - ludzka rzecz. Niemal wszyscy ją odczuwamy i chętnie dajemy się porwać fali pięknych (upiększonych?) wspomnień. Ale czasem ten nurt może okazać się zdradliwy. Jak idące przez internet tsunami pt. "Urodziłem się w latach 70.".

Niedawno natknęłam się na tekst z bloga niejakiego Tomka - szeroko udostępniany przez przedstawicieli tzw. roczników siedemdziesiątych (do których i ja się zaliczam). Zwrócił mi nań uwagę o dekadę młodszy kolega - nie szczędząc przy tym ostrych słów pod adresem osób bezrefleksyjnie podpisujących się pod tym manifestem. Co, oprócz młodzieńczego zacietrzewienia (jakże uroczego, westchnęła starsza pani), wprawiło kolegę w stan wzburzenia? Przytoczę fragment wzmiankowanego tekstu:

Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominamy z nostalgią lata 80. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy). Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Co tu jest nie tak? Nostalgia za beztroskim dzieciństwem - no jasne, jak jej nie odczuwać. Dzikość i swoboda w opozycji do dzisiejszej nadopiekuńczości - też ok. Pisałam już o nadmiarze opieki, którą otaczamy dzieci, nie pozwalając im robić rzeczy, które sami robiliśmy w dzieciństwie non stop. Może bardziej chodziło mi o łażenie po drzewach niż niezabezpieczonych budowach, ale nie będę kłamać - łaziłam po takich. W końcu te wszystkie piękne blokowiska rosły wraz ze mną. I zachęcały do interakcji. Ale zdanie o matce i pasku sprawia, że nie podpisze się pod tym manifestem. A dalej jest jeszcze gorzej.

Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.

Jak się poskarżyłeś mamie na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś.

Tak, tak bywało - choć nie zawsze i nie wszędzie na szczęście, ale przyzwolenie na przemoc wobec dzieci własnych i cudzych, przemoc nauczycieli w stosunku do uczniów na przykład, było dość powszechne. I nie, to nie było dobre. Nie chcę tu rozpętywać od nowa dyskusji czy można czy nie można dać dziecku klapsa (mam tych klapsów wystarczająco dużo na sumieniu, by nie udawać hunwejbina bezklapsowej rewolucji). Uznajmy jednak, że lanie jako główna (jedyna?) metoda wychowawcza jest zwyczajnie złe. I wbrew tezom przytaczanego tekstu (rodzice nas bili i nie zajmowali się nami w takim stopniu, jak robi się to współcześnie, ale przecież wyrośliśmy na zdrowych i normalnych ludzi) nie prowadzi do wychowania zdrowych, normalnych i szczęśliwych ludzi. Już samo to idealizowanie bicia jest objawem emocjonalnego rozchwiania - ofiary przemocy mają tendencję do obciążania winą siebie oraz racjonalizowania zachowań oprawców (no bił, gwałcił, ale miał powód - byłem niegrzeczny/jestem beznadziejna). Nie, nie uważam, że wychowywali nas sami "oprawcy", ale gdy spojrzeć na odsetek ludzi z mojego pokolenia, którzy potrzebują terapii i antydepresantów, by móc funkcjonować, to coś w tym szczęśliwym obrazku przestaje do siebie pasować. No i powiedzcie mi kochani, chcielibyście by jakaś obca osoba sprała wasze "niegrzeczne" dziecko? Sąsiad? Nauczyciel? Dobry wujaszek?

Nie są to jedyne głupoty ukryte pod płaszczykiem nostalgii i sentymentu, które mnie w tym tekście uwierają.

Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

A były wtedy prywatne przedszkola i jakakolwiek alternatywa dla tych śmierdzących lizolem państwowych, w których panie potrafiły tak wrzeszczeć na dzieci, że te sikały ze strachu w rajstopki? A za to był oczywiście wpierdol, bo jak inaczej. Ech, fajnie było!

Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć.

To oczywista nieprawda - co roku ktoś tonął albo skręcał kark skacząc na główkę. A lekcje pływania, które miałam w państwowej podstawówce w latach 80. wspominam jako najgorszy koszmar - podtapianie, przytrzymywanie pod wodą za pomocą drąga, wrzaski i zastraszanie. Do dziś mam uraz do wody i nie umiem pływać.

Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

Ciekawe czy osoby katowane - a były takie - wspominają to równie ciepło, że nie dostały znikąd pomocy. Co do ochraniaczy i kasków, to serio nie są to narzędzia opresji tylko dość proste wynalazki redukujące ryzyko urazów.

Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

Nikt, również te kobiety, które - jak przyjaciółka mojej mamy - traciły kolejne ciąże z powodu toksoplazmozy, której nikt nie zdiagnozował. Niektóre (po ósmym poronieniu na przykład) trafiały na lekarza, który w końcu zlecał to proste badania krwi. Dostawały leki. Rodziły dzieci. Inne nie miały takiego szczęścia. No ale to pewnie żaden dramat. Twardym trzeba być.

Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego - codzienne obowiązki im na to nie pozwalały.

Ech, no jasne - żadnego szoku, bo z takich fanaberii skutecznie leczy nawał obowiązków. Może czasem któraś tylko zaczynała pić, ale to też przecież mieściło się w granicach normy.

My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy "dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.

Bo ADHD to "wymysł" (podobnie jak bakterie, które jak wiadomo nie istnieją, bo czy kto widział kiedyś bakterię? Albo witaminę?) zaś lekcje baletu to objaw burżuazyjnej dekadencji zapewne. Aż dziwne, że dało się tyle bzdur w jednym zdaniu zmieścić i nadać mu pozory sensu.

Najbardziej irytuje mnie w tym tekście, że miesza nostalgiczne obrazki, które rozmiękczą serce każdego, kto ma podobne wspomnienia, z jadowitą i zwyczajnie głupią krytyką współczesności. Że próbuje nam wmówić, że kiedyś było lepiej. Nie było, choć to złudzenie któremu lubią ulegać kolejne pokolenia (Panie, a przed wojną, a za sanacji, a w latach 60., 70., 80....). Sęk w tym, że "kiedyś" pod wieloma względami było gorzej: postępy medycyny, technologii, psychologii przekładają się na komfort naszego współczesnego życia. O zmianie ustrojowej nie wspomnę, by nie otwierać pola do zupełnie nieistotnej w tym kontekście dyskusji.

Nie znaczy to jednak też, że "kiedyś" było źle. Nasze dzieciństwo na przykład było biedne i zgrzebne, ale miało swoje niezaprzeczalne uroki: element dzikości i wolności, której nie znają współczesne dzieciaki. Mamy też po prostu - jako ludzie - prawo do swoich wspomnień, swoich sentymentów i swojej nostalgii. Nostalgia to jednak niestety broń obosieczna - wygładza i upiększa nasze wspomnienia, ale też sprawia, że nie widzimy wyraźnie. Nie warto więc dla pięknych wspomnień o graniu w klasy i podchody retuszować w naszej przeszłości tego, co było słabe i do czego wcale nie chcielibyśmy wrócić - wszechobecnej przemocy zwłaszcza. I tak, pierwsza to przyznam, współczesne rodzicielstwo ma swoje zagrożenia, obsesje i histerie - należy je wskazywać, dyskutować, wyśmiewać nawet. Ale nie sugerując, że wszystko wróciłoby do "normy" gdybyśmy po prostu gremialnie spuścili dzieciom manto.

Tekst ten wraca co jakiś czas i przenosi się jak wirus - bezmyślnie udostęĻniany i podawany dalej. A to jest bardzo głupi, szkodliwy tekst i nie ma sensu go bezrefleksyjnie popierać. Na pewno nie w imię nostalgii za "starymi dobrymi czasami".

Więcej o: