Agnieszka L. Janas: "Szary dres jest dobry na siłownię"

Ewa Wiśniewska bawiła się strusimi piórami swojej mamy, Krystyna Mazurówna uszyła sobie sukienkę z kotary jak Scarlett O'Hara, a Beata Tyszkiewicz zamawiała u krawcowych kreacje w stylu Brigitte Bardot. Z Agmieszką L. Janas, autorką książki "Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku", rozmawiam o tym, dlaczego dzisiaj boimy się wyróżniać i o tym, że potrzeba piękna to nie próżność.

Dziennikarka, historyczka z wykształcenia, elegantka. Agnieszka L. Janas pisze o modzie dla magazynów biznesowych i prowadzi bloga Agnieszka o modzie. Nakładem wydawnictwa Bosz ukazała się właśnie jej książka „Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku”. Obok Beaty Tyszkiewicz, Ewy Wiśniewskiej i Krystyny Mazurówny „polskimi różami” nazywa też anonimowe farmaceutki, księgowe, panie profesor, które łączyły nie tylko świetny gust z zaradnością w zdobywaniu cennych materiałów i jeszcze cenniejszych darów z UNRRA, ale także dobre wychowanie, klasę i obycie. Agnieszka też jest elegantką. Gdy spotykam się z nią w kawiarni ma na sobie wąską spódnicę, kremową koszulę i kardigan. Ja w moim czarnym worku z COS-a i ramonesce czuję się jak przybysz ze smutnej planety prostoty. Agnieszka mówi szybko, mocno gestykuluje, zaraża pasją. Każdym słowem udowadnia, że elegantki muszą mieć silny charakter.

Beata Tyszkiewicz fot. Jerzy NeugebauerBeata Tyszkiewicz fot. Jerzy Neugebauer

„Elegantka” nie jest Pani zdaniem pojęciem odrobinę staroświeckim?

AGNIESZKA L. JANAS: - O moich bohaterkach, elegantkach z lat 50. i 60., moglibyśmy dzisiaj powiedzieć „fashionistki”. Były świetnie ubrane, miały nienaganne maniery, potrafiły się odnaleźć i zachować w każdej sytuacji. Były wychowywane przez matki i babki, które same dorastały pod koniec XIX wieku i w okresie międzywojennym. W ich pojęciu elegancją okazywało się szacunek innym. Moje „elegantki” to artystki, intelektualistki, kobiety, które odnosiły sukcesy w pracy. Nie bały się eksperymentowania, wyróżniania się z szarego tłumu..

Pani uważa się za elegantkę?

Gdy PR-owcy z wydawnictwa pisali informację prasową o książce, zapytali, czy mogą nazwać mnie elegantką. Zgodziłam się, bo to dla mnie komplement. Lubię styl południowych Włoch: kobiece fasony, mocne kolory, finezyjne detale. Ale noszę też zamaszyste spódnice, dżinsy, białe koszule, marynarki i kardigany. Brakuje mi ubrań mojej mamy: jej kaszmirowego kostiumu w malinowym odcieniu i miękkich mini z lat 60.

A oprócz pani ostały się jeszcze jakieś elegantki?

Jasne! Znam dużo dziewczyn, które chcą elegancko żyć. Nie chodzą do opery w poszarpanych dżinsach, ani na pierwszą randkę z dekoltem do pasa.

Ale większość moich koleżanek ma dosyć klasycznej kobiecości. Wolą nonszalancję i luz.

Może te dziewczyny obawiają się, że jeśli przyznają się do tego, jak ważny jest dla nich wygląd, zostaną uznane za próżne? A może to tylko wygodna wymówka?

Może po prostu wolą dżinsy od mini, bo chcą podobać się sobie, a nie facetom?

Ale co jest złego w podobaniu się? Zawsze byłam feministką, ale można pracować jako inżynier w NASA i chodzić na dziesięciocentymetrowych obcasach! Córka jednej z moich bohaterek pisała doktorat o wojnach w Afganistanie. Opowiadając mi o rodzajach używanej tam broni, malowała paznokcie, sprawdzając, czy pasują do kwiatków na bluzce. Jaki z tego wniosek? Nie można ulegać stereotypom.

A co z wygodą? Teraz wszyscy noszą szary dres.

Wszyscy? Na szczęście nie, bo to okropność! Szary dres jest dobry na siłownię. Popieram hasło z Fan Page'a na Facebooku: „Szara dresówka psuje ulice”. Dresy na co dzień to hucpa! Wystarczy zszyć dwa kawałki dżersejowej bawełny za pięć złotych nićmi za dwa złote. I to ma być moda? Jasne, można uszyć świetną spódnicę z bawełny dżersejowej. Opowiada o tym Ewa Wiśniewska. Ale w latach 50. liczył się pomysł, konstrukcja, staranność wykonania.

Nie wierzy Pani w ubieranie się w duchu normcore?

Normalnie, czyli jak? Normalnie nie musi oznaczać w dresie. Co z szacunkiem dla otoczenia? Co z estetyką życia? Co z regułami savoir vivre'u? Dobre wychowanie nas nie krępuje, tylko sprawia, że inni ludzie lepiej się z nami czują.

Modelka Telimeny / fot. Jerzy NeugebauerModelka Telimeny / fot. Jerzy Neugebauer

Czy w Polsce można sobie pozwolić na inność?

W Polsce ludzie boją się wychylić. Jeśli gwiazda, gwiazdka czy inna celebrytka zaliczy wpadkę na czerwonym dywanie, spada na nią fala hejtu. Na szczęście dres się powoli wyczerpuje. To zasługa m.in. trendu na retro. Znowu pragniemy elegancji życia. Czynimy postępy w elegancji! Szybko przecież nauczyliśmy się, że nie wypada nosić białych skarpet do klapek. W korporacjach rezygnuje się coraz częściej z wytycznych typu, ile centymetrów za kolano powinna sięgać spódnica, bo staje się to oczywiste. Hipsterka też się kończy. Bawi mnie określenie „hipsterski maoizm”? W moich uszach to brzmi jak satyra na to, co miało być wolnością, a stało się kolejnym mundurkiem.

Co jest w takim razie największym snobizmem?

Szycie na miarę. Pamiętam, jak dziennikarz z telewizji zapytał Ryszarda Kalisza, jakiej marki nosi marynarkę. A on odsłonił poły i odpowiedział „najlepszej na świecie”, pokazując metkę z wyszytym własnym nazwiskiem. Jestem przeciwniczką fast fashion. Nie musimy całkowicie rezygnować z kupowania w sieciówkach, ale nie wyrzucajmy ubrań po pół roku, tylko dlatego że jakiś trend się zmienia. Okażmy szacunek tkaninie, projektantowi, szwaczce.

A więc: szata zdobi człowieka?

Zdobi! Wyjątkiem był chyba tylko święty Franciszek. Jest takie amerykańskie powiedzenie: gdy chcesz być milionerem, musisz ubierać się jak milioner. Szata nie tylko zdobi, ale i mówi o nas: naszym stanie cywilnym, społecznym, majątkowym.

Ale może też kłamać.

Jeśli ubieramy się bardziej elegancko czy luksusowo niż wskazywałaby zasobność naszego portfela czy pozycja zawodowa, nasz strój może świadczyć o aspiracjach. Ale co w tym złego? Jeśli chcemy sięgnąć wyżej, osiągnąć więcej, strój jest nam do tego potrzebny.

Pani bohaterki mówią, że tych mniej zamożnych nie stać na tandetę.

Dokładnie. Im mniej miały w szafie, tym to było lepszej jakości, lepiej uszyte, bardziej odświętne.

Jadwiga Mazurek i Agnieszka Janas (Mazurek) arch. prywatne autorkiJadwiga Mazurek i Agnieszka Janas (Mazurek) arch. prywatne autorki

Wszystkie pani bohaterki wspominają stroje z komunii, studniówki i ślubu.

Wtedy mogły naprawdę zabłysnąć. Na komunię stroiła je mama, na studniówkę wynajdywały ostatnie skrawki materiału, by stworzyć oryginalną kreację, na ślub szyły u zaufanych krawcowych.

Wśród pani bohaterek są aktorki, modelki i zwyczajne kobiety. Dlaczego to właśnie one reprezentowały „modę uliczną”?

Bo niezależnie od tego, czy mieszkały w Warszawie, Łodzi, Krakowie czy małych miastach dbały o to, żeby wyglądać oryginalnie. Rynki małych miast, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście w Warszawie czy Piotrkowska w Łodzi były ich wybiegami. Chodziły po ulicach, żeby popatrzeć na siebie nawzajem, poszukać inspiracji, coś kupić. Wystawały też pod ASP na Krakowskim Przedmieściu, żeby zobaczyć, jak z bramy wysypują się wystrojone artystki. W Warszawie awans społeczny po wojnie był bardzo szybki, odbył się właściwie jednym pokoleniu, dlatego coraz większe było zainteresowanie modą. W Łodzi, która miała przedwojenną tradycję włókienniczą, odżyła sztuka projektowania ubioru, kontynuowano tradycję Strzemińskiego. Ale była też druga strona medalu: w mieście tym pluto dziewczynom pod nogi, gdy były zbyt wystrojone. Dlaczego? Zapewne kojarzyło się to albo z „imperializmem” z plakatów albo z kimś niemoralnym, próżnym, kto nie zarabia w pocie czoła w fabryce na życie. Łódź była typowym tyglem, w którym zwłaszcza w latach 50. i na początku 60. XX wieku mieszały się różne grupy: przedwojenna inteligencja, artyści, którzy przyjechali do Łodzi po wojnie, bo Warszawa leżała w gruzach, ale także prości ludzie, którzy, szukając lepszego losu dla siebie i swoich dzieci, przyjechali do pracy w fabrykach.

Pani mama jest jedną z elegantek. Trudno było dorastać w cieniu pięknej i modnej kobiety?

Zawsze się śmieję, że jestem do mamy podobna, ale ona była ładniejsza. Pochlebiam sobie, że odziedziczyłam po niej wyczucie stylu. To tak jak z tym frakiem, który dobrze leży dopiero w czwartym pokoleniu - w domu nasiąka się elegancją. Styl natomiast albo jest wrodzony, albo się go dziedziczy albo samemu poszukuje w dobrych poradnikach, które są już na rynku, w książkach np. o ikonach mody, oglądając pokazy sławnych projektantów .

A jak panią wychowała?

Nieraz słyszałam jak o mamie mówiono „idzie pani Jadzia i jej trzy jedynaczki”. Każdą z nas kochała najbardziej i każda z nas czuła, że mama poświęcała jej całą swoją uwagę. Długo myślałam, że „jedynaczka” to synonim „córeczki”. Podziwiałam urodę i elegancję mamy. Na wczasach chodziłam z nią do manikiurzystki, przyglądałam się, jak przymierzała sukienki.

Była pani jej małą księżniczką?

A gdzie tam! Rodzice dużo ode mnie wymagali, mówili, że muszę wiedzieć jak sobie radzić w życiu, nauczyć się podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje. Ale gdy trzeba było, bronili. Raz w szkole pani od historii wyrzuciła mnie za drzwi za pomalowane paznokcie i kazała przyjść tacie do dyrektora na rozmowę. Mój tata powiedział, że pomalowane paznokcie nie przeszkadzają jego córce myśleć. To było w klasie maturalnej, w której otarłam się o finał olimpiady historycznej!

Buntowała się pani?

Gdy malowałam te paznokcie, od mamy usłyszałam tylko: ”Zmyj lakier, gdy zacznie odpryskiwać, bo nie ma nic gorszego niż poobijane paznokcie”. Kilka razy próbowałam postawić sobie na głowie irokeza, ale nie wyglądałam w nim dobrze! Jak teraz o tym myślę, w liceum pełnym szarych dresów lub wzywających strojów to moje „grzeczne sukieneczki” były buntem.

Elegantki (Wydawnictwo BOSZ)

Elegantki (Wydawnictwo BOSZ)

Więcej o: