Samotność w mrowisku. Introwertyk w ekstrawertycznej pracy

Współczesny świat premiuje otwartość. Pracodawcy wysoko cenią zdolności interpersonalne swoich pracowników. Czy w tej sytuacji introwertyk jest skazany na porażkę? Czy cechy osobowości dyskwalifikują go na starcie? Jakie ma szanse w zawodowym starciu z ekstrawertykiem?

Nie ma 678 znajomych na Facebooku, nie dzieli się raz na godzinę informacjami o swoim życiu, nie wrzuca zdjęć. Ma mniejszą potrzebę interakcji i stymulacji. Nie rzuca się w wir wydarzeń, nie rozkręci każdej imprezy. Ci, którzy go lepiej nie poznali, mogą pomyśleć, że jest wycofany, że jest odludkiem, a może nawet dziwakiem. Podczas pracy poszukuje spokoju, by móc się skoncentrować. Skupia się bardziej na samej pracy niż na tym, co się dzieje wokół niego. Czasami bywam introwertyczna i lubię ten stan. Lubię zamknąć się w sobie, lubię pobyć sama z własnymi myślami. Zaszyć się pod kołdrą albo w lesie. Ale moja potrzeba samotności nie sprawia, że gorzej pracuję w grupie, że duszę się w zatłoczonej przestrzeni biurowej. Nauczyłam się wyciszać i wyłączać, gdy potrzebuję prywatności.

www.pinterest.comTeż tak mam czasami /fot. www.pinterest.com

Czy introwertykom jest trudniej w pracy? Jakiś czas temu przeczytałam świetny artykuł profesora Adama Granta, w którym autor rozprawia się z mitami na temat introwertyków i ekstrawertyków. Panuje przekonanie, że ci ostatni ponoć lepiej radzą sobie w życiu zawodowym. Że łatwiej im zaaklimatyzować się w rzeczywistości, która wymaga większej otwartości i rozpychania się łokciami. Jednocześnie profesor Grant dowodzi, że mylne jest założenie, iż ekstrawertycy osiągają większe sukcesy w pracy, że takie wartościowanie jest błędne. Choć w przypadku zawodów wymagających intensywnych kontaktów z ludźmi introwertycy mogą czuć się niekomfortowo. Proste dzielenie ludzi na introwertyków i ekstrawertyków jest daleko idącym uogólnieniem. To tak, jakby postrzegać świat komiksowo czarno-biały, a jest przecież mnóstwo odcieni szarości. Można mówić o przewadze pewnych cech charakterystycznych dla danego typu osobowości.

Jednym z mitów dotyczących introwertyków jest to, że odczuwają lęk przed wystąpieniami publicznymi. Profesor Grant przekonuje, że ten dyskomfort odczuwany podczas prezentacji dotyczy w podobnej mierze introwertyków jak i ekstrawertyków. Lęk przed publicznymi wystąpieniami wiąże się tremą i nieśmiałością, a nie z typem osobowości. Gdy pracowałam w poprzedniej firmie, miałam do czynienia głównie z kameralnymi spotkaniami, w których uczestniczyło maksymalnie sześć osób. Kiedy zaczęłam pracę w urzędzie okazało się, że jednym z moich obowiązków będzie prowadzenie szkoleń. Na początku byłam przerażona. Bolał mnie żołądek i trzęsły mi się ręce. Pierwsze prezentacje były dla mnie potwornie stresujące. Musiały być też straszne dla słuchaczy. Widok grupy kilkudziesięciu osób po prostu mnie paraliżował. W mojej głowie ci ludzie stawali się krwiożerczymi Godzillami. W dodatku trzeba opanować jednocześnie tyle kwestii: mówić do publiczności, i jeszcze mówić z sensem, bez tego kompromitującego przerywnika „yyyyy”. Nie spoglądać co chwilę na prezentację i jeszcze nie powtarzać tekstów ze slajdów. Nie wspominam już o opanowaniu mikrofonu, co za pierwszym razem nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. W dodatku głos wzmocniony przez mikrofon brzmi dziwnie.

Zapewne aktor w teatrze czuje taką samą tremę, jaką czułam przed szkoleniami. Powoli zaczynałam oswajać swój lęk. Nie miałam wyboru, ponieważ szkolenia i prezentacje przy okazji różnych audytów miałam średnio dwa razy w miesiącu. I z każdym kolejnym wystąpieniem było łatwiej. Starszy kolega dał mi świetną radę, która w moim przypadku doskonale się sprawdziła. Chodzi o to, żeby znaleźć na sali jedną - trzy osoby, które są pozytywnie nastawione do prowadzącego i co jakiś czas na nie spoglądać. To pomaga utrzymać pewność siebie i zapanować nad stresem. Teraz bardzo lubię prezentacje, choć i tak odczuwam pewną tremę, ale to jest ten rodzaj stresu, który mnie mobilizuje, a nie paraliżuje. Lubię, gdy ludzie zadają pytania, gdy zaczyna się dyskusja, ponieważ to zawsze prowadzi do interesujących wniosków. Wolę wypracować wspólnie jakieś rozwiązanie, niż je narzucać.

Mam koleżankę, która jest osobą głęboko introwertyczną. Prowadzi małą firmę i pracuje w domu. Jej największym koszmarem byłaby konieczność pracy w zatłoczonym telefonicznym centrum obsługi klienta lub w biurowcu, w otwartej przestrzeni, na której zgromadzono dziesiątki biurek. Większość współczesnych firm oferuje swoim pracownikom przestrzeń, w której lepiej odnajdują się ekstrawertycy - czyli mocno zaludnione pokoje lub biura typu open space. To przestrzeń i warunki, w których introwertycy muszą się jakoś odnaleźć ze swoją potrzebą prywatności i skupienia w ciszy. Chyba, że wypracują sobie własne gabinety.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: