Kto się boi Brittany Maynard - czy można sprawić sobie "godną śmierć"?

Chorzy na raka nazywają ją aniołem, Watykan potępia, bo "samobójstwo jest złe", media powracają do dyskusji na temat "śmierci na życzenie". 1 listopada 29-letnia Brittany Maynard, umierająca na raka mózgu, wstrzyknęła sobie śmiertelną dawkę barbituranów. Ale wcześniej zawalczyła o wolność wyboru także dla innych.

Apetyczna brunetka, nauczycielka, lat prawie 30. Mówi do kamery schludnie ubrana, w pełnym makijażu, ze zrobionymi włosami. Nie przypomina łysych, wychudzonych, słabych pacjentów z hospicjum. Właściwie wygląda... zdrowo. Ale Brittany Maynard, która jeszcze rok temu z hollywoodzkim uśmiechem i opalenizną prosto z plaży mogłaby walczyć o tytuł Miss Kalifornii, mówi, że nie chce już patrzeć w lustro, bo nie czuje się sobą. Jej ciało jest inne - bezwładne, cięższe, większe. „Nie chcę umrzeć, ale umieram i nic na to nie poradzę”, płacze przed kamerami Brittany, a mnie zaczyna boleć brzuch. Cięcie. Teraz płaczą jej mąż, Dan Diaz („Na początku nie mogłem w to uwierzyć, teraz popieram jej wybór, zawsze będą ją kochać”) i matka, Deborah Ziegler („Nie jest moją rolą mówić jej, jak ma żyć. Tak samo, jak nie jest moją rolą mówić jej, jak umrzeć”). Wszystko razem przypomina telenowelę. Tyle że historia życia Brittany jest prawdziwa. I nie ma happy endu.

Brittany MaynardBrittany Maynard

Brittany urodziła się w Kalifornii, studiowała psychologię, uwielbiała podróżować. Dwa lata temu wyszła za mąż za miłość swojego życia. Starali się o dziecko, w Sylwestra rok temu ona gorzej się poczuła. W Nowy Rok zamiast diagnozy: ciąża, usłyszała: glejak wielopostaciowy w drugim stadium. Poddała się ryzykownej operacji, ale trzy miesiące później rak powrócił większy i silniejszy. Pożerał jedną czwartą jej mózgu. Lekarze dali jej sześć miesięcy życia. Miesięcy pełnych cierpienia, wypełnionych przyjmowaniem końskich dawek leków, mikrowylewami, niekończącymi się migrenami. Brittany wiedziała, że w te ostatnie dni nie będzie sobą. A chciała być sobą do końca. I żyć na własnych zasadach. Przeprowadziła się więc z Kalifornii do małego żółtego domu w Portland w stanie Oregon, bo tu (i w czterech innych stanach) podpisano ustawę Death with Dignity Law (prawo do godnej śmierci). Spisała też listę ostatnich życzeń - miejsc, które chciała odwiedzić w ostatnich miesiącach i rzeczy, które chciała zrobić. Pływała więc na kajakach w Patagonii, wspięła się na Kilimandżaro, zobaczyła Wielki Kanion. Wysoko na jej liście była też walka o godną śmierć. Dla siebie i dla innych. Została twarzą fundacji Compassion & Choices, założyła własną: Brittany Maynard Fund, udzielała wywiadów na temat wyboru, którego dokonała. W końcu wyznaczyła datę własnej śmierci: 1 listopada. Postanowiła popełnić wspomagane lekami samobójstwo, uprzedzając śmierć, która miała nadejść w najbliższych tygodniach. Chciała do końca zachować kontrolę nad własnym życiem i znać dzień i godzinę śmierci. Zaplanowała też ten czas „po”. Przygotowała prezenty świąteczne, poprosiła męża, żeby nie był sam, podziękowała matce za opiekę.

Na trzy dni przed zawahała się. Bolała ją krytyka, głosy tych, którzy mówili, że powinna poczekać, że odbieranie sobie życia to nie „godność” tylko zwykłe „tchórzostwo”. Ale najbardziej nie mogła znieść zarzutu, że wykazuje się „egoizmem”, bo przecież rodzina bardzo ją kocha. Ona wiedziała, że życie bliskich będzie podporządkowane jej śmierci. Chciała oddać im i sobie wolność. 1 listopada, w polski dzień Wszystkich Świętych, gdy my paliliśmy znicze nad grobami dziadków, zastanawiając się, ile jeszcze musimy stać na zimnie, ona dodała ostatni post na Facebooku: „Rak odebrał mi tak dużo, a odebrałby jeszcze więcej. Nie chcę tego. Żegnaj, świecie!”.

W sieci natychmiast pojawiły się komentarze: „Dziękujemy Ci za twoje życie”, „dałaś nam nadzieję”, „udowodniłaś, że nie musimy umierać bezwolnie”. Okrzykniętą ją bojowniczką o słuszną sprawę, męczennicą, świętą. Uczyniono z niej ikonę, bo odeszła wciąż młoda i piękna. „To ja, która umierając, pokonałam własną śmierć” - zdaje się mówić. Odeszła bez rzygania w szpitalach, łysienia, obnażania się na oczach ludzi, samotności wśród lekarzy w białych fartuchach.

Pozytywne reakcje na historię Brittany dziwią, zważywszy na to, że 67 proc. respondentów w badaniach „The New England Journal of Medicine” opowiedziało się ostatnio przeciwko „śmierci na życzenie”. Chociaż takie prawo przyznano już w pięciu stanach, połowa pacjentów, którym zostaje przyznana śmiertelna dawka leku, traktuje ją jako ubezpieczenie i w końcu jej nie bierze, wybierając „naturalną” śmierć.

Niektórych Brittany uwiera. Bo za młoda. Bo nie miała prawa. Bo nie pokonała choroby. Bo z rakiem da się przecież żyć. Bo trzeba się nacierpieć, żeby potem umrzeć. Bo nie można iść na skróty. Bo śmierć powinna być zła i brzydka. Bo nie powinniśmy przejmować kontroli nad tym, co poza naszym zasięgiem. Bo to „niegodne”.

Brittany MaynardBrittany Maynard

Godność to dziwne słowo. Pisała o niej pięknie Barbara Skarga: „W sytuacji granicznej nie mamy możności rozważania na temat dobra i prawdy, ideałów platońskich i racji z nich płynących. Wszystko się zaciera, gdy przychodzi ból, głód i lęk. A jednak wciąż odzywa się w nas ten głos, który z tych wartości płynie, głos, którego nic zagłuszyć nie może”. Brittany godność zinterpretowała właśnie w tym duchu. Paradoksalnie, ale może prawdziwie: chciała umrzeć, póki jeszcze naprawdę żyła.

Ten temat przerasta. Mnie, tych, którzy rozmawiali z Brittany, a nawet samą Brittany. Świadomie unikam więc słów „eutanazja”, „samobójstwo”, „śmierć na życzenie”. Nie robiłam nawet sondy wśród znajomych na temat Maynard, bo pamiętam ze studiów (II rok prawa, zajęcia z prawa karnego) dyskusję o eutanazji, gdy te same osoby, które podnosiły rękę za karą śmierci sprzeciwiały się wolności wyboru własnej śmierci. Pewnie od wielu usłyszałabym dziś to, co czytam w sieci: „moja mama dostała taką samą diagnozę i chce żyć jak najdłużej”, „to nie była twoja decyzja, tylko Boga, Brittany”, „samobójstwo to tchórzostwo”.

Czy ja popieram wybór, żeby płakać przed kamerami, a potem umierać według własnego harmonogramu, żeby zdążyć przed Bogiem? Nie wiem. Na pewno podziwiam ją za siłę. Bo jej życie i śmierć już zawsze będą głosem w sprawie prawa do jakości życia. Nie musiała brać na siebie ryzykownej roli ambasadorki kontrowersyjnej sprawy. Wzięła, traktując to jako swoją ostatnią misję.

I nie o to chodzi, że potrafię się wczuć w sytuację Brittany. Nie potrafię. Sama odwlekam rutynowe badania, bo mam lekką fobię medyczną, a najbliżej szpitala byłam oglądając „Doktora House'a”. Moje lęki próbowałam oswajać, pisząc pracę magisterską o medykalizacji, czyli o tym, że zaczynamy mówić o naszym życiu, chorobie i śmierci wszechjęzykiem medycyny. Dla kurażu czytałam „Cesarza wszech chorób”, ale wciąż gdy widzę Emmę Thompson, która wymiotuje do szpitalnej miski w „Dowcipie” albo gdy słucham o nowotworach w mojej rodzinie, dostaję gęsiej skórki. I może dlatego w jakimś stopniu potrafię się z Brittany utożsamić. Bo jest w moim wieku. Trochę podobnie wygląda. Niedawno brała ślub. Mogłabym być na jej miejscu. I dlatego tym bardziej pytanie: "jak zachowałabym się na jej miejscu?", ma rację bytu. Brittany nie chciała umrzeć po miesiącach albo latach nie-życia. A czy powiedzenie: „dziękuję, nie podoba mi się, wychodzę”, to tchórzostwo? Nie mi to oceniać, bo ona tych, którzy walczą do ostatniej chwili, oceniać nie zamierzała. Walczyła więc nie o to, żeby każdy mógł sobie wstrzyknąć śmiertelną dawkę leków, ani nie po to, żeby uczynić taką śmierć „typową” (jeśli śmierć w ogóle może być typowa), tylko o osobistą wolność.

Brittany MaynardBrittany Maynard

Może jej śmierć wcale nie była „godna”. Może bardziej pasuje określenie „schludna”. Bez rwania sobie wychodzących włosów z głowy, bez powolnej agonii, bez utraty świadomości. Może traktowanie zdrowia i sprawności (fizycznej i umysłowej) jako wartości nadrzędnych, to ucieczka? Może gdzieś w kulturze amerykańskiej (i pewnie nie tylko tam) jest zapisane to, że z „problemami” trzeba sobie radzić. I może Brittany sobie poradziła. Może nie chcąc poddać się instytucjonalnemu umieraniu, sama sprawiła sobie najbardziej „nowoczesną” ze śmierci?

Więcej o: