Odnaleźć siebie w sercu najgorszego piekła. Siergiej Loiko wśród Donieckich Cyborgów

Historia Donieckich Cyborgów to opowieść o heroizmie, ale i działaniu w potrzasku. Grupa ukraińskich żołnierzy od pięciu miesięcy broni ostatniego bastionu niepodległości w opanowanym przez separatystów mieście. W ciemnościach i chłodzie z własnej woli stają w każdej godzinie do walki. A Siergiei Loiko został jedynym dziennikarzem, który miał odwagę dołączyć do nich i pokazać, jak wygląda zwykły dzień najbardziej szanowanego z wrogów prorosyjskich rebeliantów.

Pamiętasz, jak wyglądało lotnisko w Doniecku, zanim wszystko się zaczęło?

- Pamiętam. To był jeden z najnowszych i najwygodniejszych portów lotniczych, na jakich byłem jako pasażer, dobrze przemyślane rozwiązania, czysto, nie sposób się pogubić. Teraz wszystko wygląda, jak gotowe tło do postapokaliptycznej, komputerowej strzelanki albo scenografia filmu w klimatach "Szeregowca Ryana”. Prawdę mówiąc, wielu z nas czekało tylko na to, by Steven Spielberg wyłonił się znikąd i powiedział "cięcie”, by wreszcie każdy mógł się cieszyć zasłużoną ciepłą kawą i ciasteczkami. Niestety, w tym piekle to się nigdy nie wydarzyło...

Jak długo byłeś tam teraz?

- Spędziłem cztery doby wewnątrz obu terminali - nowego, który jest czystym piekłem, i starego, który jest piekielnym piekłem. Obydwa budynki, które dziś właściwie są zbiorem dziur trzymających się tylko dzięki powyrywanym, wykręconym metalowym prętom, między którymi zwisają kawałki ścian poszatkowane przez wszystkie rodzaje pocisków i szrapneli, w sposób cudowny jeszcze się nie rozpadły. Pieczę nad większością tych ruin sprawują ukraińscy żołnierze. Piwnica i trzecie piętro nowego terminalu, który został zbudowany dwa lata temu, by z dumą witać gości Euro 2012, dziś wciąż są kontrolowane przez prorosyjskich rebeliantów, którzy co jakiś czas robią wypady i swym ostrzałem sprawiają wiele kłopotów obrońcom lotniska, odpierającym regularny ostrzał ze strony separatystów stacjonujących na zewnątrz. Lotnisko jest ostatnim ukraińskim przyczółkiem w Doniecku.

Terminal. Dawniej pośpiech odwiedzających to miejsce niósł obietnicę podróży w dalekie kraje, dziś bieg to jedyna szansa by tu przeżyć (fot. Siergiej Loiko)Terminal. Dawniej pośpiech odwiedzających to miejsce niósł obietnicę podróży w dalekie kraje, dziś bieg to jedyna szansa by tu przeżyć (fot. Siergiej Loiko)

Co było dla ciebie najtrudniejsze?

- Ciemności panujące nieustannie we wnętrzach budynków. Nocą nie ma żadnego oświetlenia, a w dzień żołnierze są zdani na mizerne światło naturalne. Większość zdjęć, które wykonałem, zrobiona była blisko okien, drzwi lub tego, co po nich pozostało, co stanowiło spore zagrożenie dla życia, zwłaszcza w obliczu ostrzału. Za dnia strzały z zewnątrz niemal nie ustają, nocą jedynie tracą na intensywności.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)

Któryś dzień był szczególnie ciężki?

- Dla mnie wszystkie cztery dni były trudne. W obydwu budynkach lotniska cały czas jest przerażająco zimno. Wiatr hula po pozostałościach sal i korytarzy. Wszyscy smarkają i kaszlą. Kilka małych generatorów prądu działało za dnia, pozwalając żołnierzom naładować telefony, radiostacje i latarki. Tych ostatnich wolno używać na lotnisku tylko w ciągu dnia. Wraz z zapadającym zmierzchem generatory były wyłączane, a latarki gaszone. Wszystko to ze względów bezpieczeństwa - po prostu na terenie obydwu terminali nie ma ani jednego niepodziurawionego pomieszczenia i każde, nawet najmniejsze źródło światła stanowi zagrożenie życia. Snajperzy na zewnątrz nieustannie obserwują lotnisko, obrońcy mawiają, że na tym lotnisku trzeci mach papierosa może być twoim ostatnim. W tym miejscu nie ma ani jednego pomieszczenia, w którym człowiek może czuć się absolutnie bezpiecznie.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)

Jak było z przedostaniem się na teren lotniska - czy to było trudne zadanie? Miałeś jakieś pojęcie o tym, co możesz zastać w środku?

- Przedostanie się do Donieckich Cyborgów było wręcz ekstremalnie trudne. Władze nie pozwalają dziennikarzom zbliżać się do tych terenów ze względu na śmiertelne niebezpieczeństwo. Jedynym sposobem na to, by dotrzeć do wnętrz terminalu, jest dołączenie do uzbrojonego konwoju i pozostawanie we wnętrzu jednego z opancerzonych transporterów, które dostarczają obrońcom lotniska wodę i racje żywnościowe z Pieski. To jest najbliższe ukraińskie miasto we wschodniej części kraju, tam jest też najbliższa baza wojsk ukraińskich. Podróż we wnętrzu takiego transportera wojskowego z Pieski na terminal zajmuje około dziesięciu minut, ale każda z tych minut ciągnie się niczym nieskończoność w piekle. Separatyści strzelają zaciekle z każdej strony, niemal czujesz, jak pociski odbijają się od grubych ścian pojazdu. Odgłos karabinu maszynowego używanego przez obrońców transportera sprawia, że jesteś ogłuszony. Pasy startowe i drogi dojazdowe do terminali pełne są wypalonych i poszatkowanych strzałami skorup czołgów i transporterów, którym nie udało się przedrzeć do obrońców, ale konwoje nie ustają. Raz, czasem nawet dwa razy dziennie dowożą wodę pitną, amunicję, zapasy oraz żołnierzy, którzy po krótkim śnie w bardziej bezpiecznej bazie wracają zastąpić kolegów - tych żywych, którzy wciąż bronią placówki, ale też tych, którzy polegli na polu walki.

Myślałeś o tym, czego nie pokazywać na zdjęciach?

- Właściwie nie, pewne rzeczy wychodzą już naturalnie. Nie było też zbyt wielu żołnierzy, którzy nie chcieli, by uwieczniać ich na fotografiach, większość pozwalała mi towarzyszyć im w codziennych trudach obrony lotniska i dokumentować swoje życie na froncie.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Siergiej Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Siergiej Loiko)

W ciągu ostatnich dwudziestu lat pracowałeś jako reporter na wielu frontach, czym od tych wszystkich konfliktów, które widziałeś na własne oczy, różni się wojna we wschodniej Ukrainie?

- Sytuacja jest o tyle inna, że w przeciwieństwie do wielu innych konfliktów zbrojnych, z których przywoziłem reportaże, tu nie było absolutnie żadnego racjonalnego powodu do rozpoczęcia wojny. Wszystkie powody, rozdmuchiwane przez rosyjską telewizję, oparte są na wierutnych kłamstwach i manipulacji.

Dla wielu ludzi z Zachodu to może być trudne do zrozumienia - po co bronić tak zdewastowanego miejsca, po co dla podziurawionej skorupy poświęcać życie własne i własnych przyjaciół?

- I mnie obrona czegoś, co ze względu na zakres zniszczeń nie nadaje się już do niczego, wydawała się bezcelowa. Jeden z oficerów wyjaśnił mi, że lotnisko to punkt strategiczny, ulokowano je na szczycie wzgórza, to była też jedyna droga lądowania dla ciężkich samolotów transportowych z Rosji, ale tylko do momentu, gdy pasy startowe nie zostały zniszczone. Niektórzy ukraińscy żołnierze mówią, że to ich własny, mały Stalingrad, że rezultat obecnie trwającej na Ukrainie wojny o niepodległość zależy od tego, czy oni będą potrafili utrzymać ten poorany bruzdami pocisków szkielet portu lotniczego, czy nie. Jeden z żołnierzy, którego ojciec, jak by to dziwnie nie brzmiało, jest pułkownikiem rosyjskiej armii, powiedział mi, że został wolontariuszem nie dlatego, by uważał, że lotnisko jest warte obrony. Stanął do walki, bo miał świadomość, że jeśli on nie pójdzie, zabraknie jednego żołnierza, jednego zmiennika dla rannego albo zabitego obrońcy. Przyszedł więc, by wesprzeć ludzi, których nie zna, a czasem nigdy nie pozna, bo zbyt szybko zginęli. Rozładunek konwoju, z którym przyjechał po raz pierwszy, odbywał się pod ostrzałem ciężkiej artylerii, strzały padały z każdej strony, gdy on niósł prowiant i wodę, pozostali ochroniarze konwoju zajęci byli wyłącznie strzelaniem i przeładowywaniem broni.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)

Co możesz powiedzieć o ludziach, z którymi spędziłeś te cztery doby w piekle?

- Większość z nich to zawodowi żołnierze, przynajmniej połowa to sierżanci i oficerowie, spotkałem tam zarówno 20-latków, jak i 45-latków, jest tam też mała grupka Prawego Sektora, nieformalnego ruchu nacjonalistycznego. Językiem operacyjnym jest rosyjski. Kiedy żołnierze nie są zajęci odpieraniem ataków i nie ukrywają się przed ostrzałem artyleryjskim i moździerzowym, zbierają się wokół maleńkiej kuchenki gazowej ustawionej w ciemnym pokoju, gotują wodę na herbatę i kawę w czajniczku czarnym jak węgiel i grzeją przemarznięte dłonie. Kawa lub herbata to ich jedyny sposób na rozgrzanie się. Obrońcom lotniska nie wolno spożywać wódki i wina. Większość żołnierzy nie zdejmuje swoich kurtek ani na chwilę, śpią w naciągniętych na kurtki kamizelkach kuloodpornych - nie tylko dla bezpieczeństwa, ale i dla utrzymania resztek ciepła. Nie muszę dodawać, że wszyscy obrońcy są wolontariuszami, nikt nie jest tu trzymany żadnymi rozkazami. W bazie Pieski nie brak też chłopców z całej Ukrainy chętnych, by w każdej chwili wesprzeć swoją parą rąk i celnym okiem obrońców lotniska.

Myślę, że w samym sercu lotniska jest ten sekretny pokój rodem z filmu "Stalker” Andrieja Tarkowskiego, tam każdy ukraiński żołnierz może wejrzeć w siebie i zrozumieć, jaki jest właściwy cel jego życia. Lotnisko stało się sitem, przez które w trakcie pięciu miesięcy heroicznej obrony zostały przecedzone setki młodych mężczyzn. Ci nowi bohaterowie uformowali zastępy odradzającej się ukraińskiej armii, prawdziwą elitę, ludzi z krwi i kości, wrażliwych, świadomych i silnych. Większość żołnierzy, z którymi rozmawiałem, przyznawała, że lotnisko ich odmieniło, zmieniło ich sposób postrzegania świata, tego, co w życiu ważne, tego, co ma prawdziwą wartość, i tego, o co warto walczyć, lotnisko pomogło im dorosnąć.

Alexei Varitsky, dwudziestolatek; przed wojną budowlaniec, obecnie wolontariusz z szeregów milicji obywatelskiej Prawego Sektora (fot. Siergiej Loiko)Alexei Varitsky, dwudziestolatek; przed wojną budowlaniec, obecnie wolontariusz z szeregów milicji obywatelskiej Prawego Sektora (fot. Siergiej Loiko)

Wspominałeś o żołnierzu, który walczy być może nawet przeciwko swemu ojcu, rosyjskiemu oficerowi. Pewnie każdy z obrońców ma swoją historię.

- Pewnego razu obrońcy lotniska siedzieli przy kuchence i rozmawiali o tym, by zrobić coś, by odesłać czołgistę do domu. Czołg został trafiony serią artyleryjską, utknął przed budynkiem nowego terminalu i został spalony. Załoga - trójka ukraińskich żołnierzy - została zastrzelona przez snajperów w trakcie próby ucieczki z płonącego wraku. Ich kompani z lotniska ocalili dwa ciała i odesłali je do domów z pierwszym konwojem, ale czołgistę trafił pocisk z moździerza. Kilka dni później jeden z żołnierzy wypatrzył część uda czołgisty leżącą nieopodal wraku. Siedział więc właśnie przy tej kuchence gazowej i rozmawiał, jak by tu odesłać choćby ten skrawek ciała do domu, by rodzina mogła urządzić pochówek. To jest szalenie ryzykowne! - powiedział dowódca i dodał: Będziecie ryzykować swoje życie, by odesłać skrawek ciała swego martwego kolegi. Być może oddacie przy okazji własne życie. Tylko po to. Macie do tego prawo. Kto się pisze na tę misję?. Dwunastu mężczyzn, którzy zebrali się w pomieszczeniu, podniosło do góry rękę. Dwunastu, licząc samego dowódcę. Ostatecznie na misję ruszyli Sławik, snajper, oraz Misza, młody żołnierz. Obydwaj odłożyli swą broń, znaleźli pustą skrzynię po amunicji, wybiegli na pas startowy, znaleźli ten ocalały skrawek ciała, ukryli go w pojemniku. Wreszcie przywiązali wszystko solidnie do dachu transportera opancerzonego. Wszystko w pośpiechu, ale też z uwagą, by nie stracić w głupi sposób cennego ładunku. Po wszystkim odbiegli, złapali za swoją broń i dołączyli do odpierania ostrzału separatystów. W trakcie pół minuty, kiedy wybiegli, spakowali i wyprawili w ostatnią podróż czołgistę, kilkukrotnie oberwali od snajperów, na szczęście pociski trafiły w hełmy i kamizelki. Gdyby stało mi się coś złego, nie chciałbym, żeby moje szczątki leżały porzucone w ten sposób, gdzieś na środku pasa startowego, żeby stały się tylko ochłapami dla dzikich psów - powiedział Sławik, podnosząc swój karabinek snajperski i szukając już w oddali celu. Jestem zadowolony, że udało nam się odesłać tego chłopaka do domu. Nawet nie wiecie, ile to znaczy dla jego bliskich.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)Chwila spokoju na oblężonym lotnisku w Doniecku (fot. Sergei Loiko)

Jak Sławik, Misza, ich dowódca i inni obrońcy donieckiego lotniska podchodzą do pseudonimu "Donieckie Cyborgi”?

- Niektórzy go lubią. Wreszcie to przeciwnicy nazwali ich w ten sposób, ta nazwa wyraża szacunek i uznanie dla ich zdolności do przetrwania w tak nieludzkich warunkach pod nieustającym, wielomiesięcznym ostrzałem. Część z nich mówi o sobie "Terminatorzy” - jak rezydenci terminalu. Dla niektórych z nich terminal stał się terminalny, ostatni postój życia.

Ci ludzie mają niesamowitą wytrzymałość, są bohaterscy, ale są takie rzeczy, których im brakuje - wspominałeś o cieple i świetle.

- Nie mają też ciepłego pożywienia, funkcjonują tylko dzięki suchemu prowiantowi i tej kawie, herbacie, wątłemu ognikowi kuchenki. W czasie kiedy byłem z nimi, brakowało im ciepłej bielizny i okryć wierzchnich. Rozweselają się, pijąc wodę, używają jej wyłącznie do picia, wiedząc, jakie zagrożenie dla życia niesie dostarczenie im każdych dziesięciu litrów płynu. Nie myjemy się tu na lotnisku - powiedział jeden z Cyborgów - My się tu odrapujemy z brudu.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Sergei Loiko)

Co jest dla nich najtrudniejszą sytuacją?

- Najtrudniejsze ze wszystkiego jest funkcjonowanie pod ciągłym ostrzałem ze wszystkich stron, bycie wystawionym na deszcz wlewający się przez każdą możliwą dziurę w budynku i wiatr wiejący wszędzie.

Opublikowałeś wiele zdjęć z wnętrza tego piekła, nie obawiałeś się, że zostaną wykorzystane przeciwko tym, którzy są w środku - przez wrogów czających się na zewnątrz?

- Wiesz co, właściwie, patrząc na zdjęcia, trudno powiedzieć, gdzie konkretnie zostały zrobione. Teraz na lotnisku wszystko się pomieszało - to, co jest zewnętrzem, z tym, co jest wnętrzem.

Autoportret w stłuczonym lustrze (fot. Sergei Loiko)Autoportret w stłuczonym lustrze (fot. Sergei Loiko)

Zauważyłeś pewnie, jaki wpływ miało opublikowanie tych zdjęć...

- Obrońcy uwielbiali te portrety, które im zrobiłem, efekt publikacji zdjęć był porażający. Na Ukrainie odbiły się wielkim echem. Dla tysięcy ludzi historia heroizmu i obowiązkowości obrońców donieckiego lotniska zyskała po raz pierwszy ludzką twarz, otworzyła im oczy na wiele spraw.

''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Siergiej Loiko)''Donieckie Cyborgi'' na oblężonym lotnisku (fot. Siergiej Loiko)

Jak myślisz, czy my, ludzie z Zachodu, możemy pomóc wschodniej Ukrainie?

- Oczywiście, że możecie, ale myślę, że nie chcecie. W innym wypadku już dawno przystąpilibyście do działania.

Siergiej Loiko. Fotoreporter „Los Angeles Times”, od 1991 roku relacjonuje wydarzenia kryzysowe i działania wojenne. Dokumentował wojnę w Afganistanie z 2001 roku i wojnę w Iraku w 2003 roku. Jego książka "Shock and Awe, War in Iraq” wydana w 2004 roku stała się jedną z chętniej kupowanych publikacji na rynku wschodnim. Zanim został reporterem „ LA Times”, był producentem programów telewizyjnych, sierżantem Wojsk Rakietowych i nauczycielem języka angielskiego w liceum.

Więcej o: