Wszystko o Evie (Green) i trochę o serialu "Dom grozy"

Dziś polska premiera serialu "Dom grozy" ("Penny Dreadful") - jeśli jesteście fanami horrorów, wiktoriańskiego Londynu oraz Evy Green, to musicie oglądać. Jeśli żadna z powyższych rzeczy was nie pociąga - trudno. Oglądajcie z patriotycznego obowiązku, bo autorem niesamowitej muzyki jest wybitny polski kompozytor Abel Korzeniowski.

XIX-wieczny Londyn, zawsze osnuty mgłą, ponury i niebezpieczny, to sceneria opowieści, które nie przestają nas pociągać, wzruszać, budzić dreszczyk. Sherlock Holmes, Kuba Rozpruwacz, doktor Jekyll (i pan Hyde), Dorian Gray, hrabia Dracula, Sweeney Todd - kogóż tam w tych mrocznych zaułkach nie ma! I wcale nie czujemy przesytu tymi historyjkami, które popkultura przerobiła już na wszystkie możliwe strony, ani nie mamy dość samej scenerii, w której dają się osadzać kolejne wariacje - jak chociażby bardzo udany serialowy retro-kryminał "Cień Rozpruwacza" ("Ripper Street").

Ponieważ lubię wystylizowane "gotyckie" opowieści z dreszczykiem (jestem z tych dzieci, którym do snu czytywano Edgara Allana Poe), to po pierwszych zwiastunach "Domu grozy" rzuciłam się do oglądania z zapałem godnym szalonego naukowca wlokącego zwłoki do swojego laboratorium. (Błyskawica. Grom). Niestety pierwsze zetknięcie z "Penny Dreadful" zostawiło mnie w niejakiej konsternacji, bo pomysł, by wziąć różnych literackich bohaterów (Mina Murray, Dorian Gray, doktor Frankenstein) i złożyć z nich swego rodzaju drużynę jest konceptem wykorzystanym (genialnie, znacznie lepiej, mądrzej i głębiej niż w tym serialu) przez Alana Moora. Jego komiksowa seria "Liga Niezwykłych Dżentelmenów" to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy lubią erudycyjne gierki. O filmach na postawie tych komiksów nie wspominam, bo i nie ma o czym, doprawdy.

Pierwsze odcinki oglądałam więc z mściwą satysfakcją (Szalony śmiech żony pana Rochestera), zastanawiając się jakąż to klątwą obłoży producenta Sama Mendesa i jego zespół "mag z Northampton" (tak, Alan Moore nie tylko pisze o magii. On uprawia czarostwo. I nie należy do osób lubiących, by im pluć w kaszę) za ten bezczelny akt intelektualnej kradzieży. Ale im dłużej oglądałam, tym żwawiej biło moje czarne serduszko. I w końcu dałam się uwieść (może nawet było to demoniczne nawiedzenie) tej pięknej bestii Evie Green, która w "Domu grozy" wciela się w tajemniczą, dziką i szaloną Vanessę Ives, która zaprzedała duszę diabłu. I dosyć to lubi, choć nie zawsze jest łatwo. Odcinek o egzorcyzmach jest absolutnie wspaniały i sprawia, że nieśmiertelny "Egzorcysta" zmienia się w opowiastkę dla grzecznych panienek. Vanessa zaś jest bardzo niegrzeczna (Hrabia Dracula z wizgiem obnaża kły. Wali się dom Usherów).

mat. prasowemat. prasowe

I właściwie tyle mam do powiedzenia o serialu - całkiem zacna obsada (Timothy Dalton, Billie Piper, Josh Hartnett), dla oczu cukiereczek, o ile gustuje się we wszystkich odcieniach czerni, zaś muzyka Abla Korzeniowskiego niesie emocje i dźga oraz szarpie (daje się też słuchać w oderwaniu od obrazu), gdy należy dźgać oraz szarpać, a przez swój nieskrywany romantyzm dodaje retro-sznytu. Ale tak naprawdę nie byłoby "Penny Dreadful" bez Evy Green i kolejnej w jej aktorskim dorobku mocnej, niejednoznacznej, dzikiej postaci kobiecej. Nie tylko dlatego, że Vanessa jest centralną postacią tej opowieści, wokół niej orbituje reszta bohaterów, ale też dlatego, że charyzma i uroda Evy są z gatunku trudnych do zignorowania,

Francuska aktorka o lekko chropawym głosie, w dodatku mówiąca z bezbłędnym brytyjskim akcentem - już samym tym głosem potrafi działać na wyobraźnię i nieść erotyczne konotacje. Ze swoją kruchą urodą i niejednoznaczną aurą doskonale nadaje się do ról kobiet tajemniczych, trudnych do rozgryzienia bądź skrywających rozmaite sekrety. Nic dziwnego, że dysponując takimi warunkami jako jedyna spośród dziewczyn Bonda zdołała w „Casino Royale” zdobyć (i złamać) serce 007 - co już samo w sobie wystarczyłoby do zbudowania wizerunku uwodzicielki. Aktorka nie stroni przy tym od nagości, odważnych scen erotycznych i łamiących seksualne tabu postaci, o czym można się przekonać oglądając choćby i "Dom grozy" - kompletnie odbiegający od wiktoriańskich norm moralnych.

Debiutancka rola w „Marzycielach” Bertolucciego - bliźniaczki uwikłanej w cokolwiek kazirodczą relację z bratem - wyznaczyła wyraźny trop w jej karierze. Jak mówiła sama Green: „Dziennikarzy zawsze najbardziej interesują sceny seksu z moim udziałem. Czasem czuję się w związku z tym jak gwiazda porno.” Siła erotycznego oddziaływania jest niewątpliwie atutem aktorki, dobrze wykorzystanym przez rozmaitych reżyserów - ostatnio przez Roberta Rodrigueza i Franka Millera w "Sin City 2", w którym zagrała tytułową "Damulkę wartą grzechu", czyli modelową femme-fatale Avę Lord. Jej magnetyzmowi trudno się oprzeć nawet gdy dzieli nas ekran. Te fosforyzujące zielone oczy i boskie ciało - nie wiem, jak znoszą ten widok mężczyźni, skoro mi jest trudno.

mat. prasowemat. prasowe

Wśród moich ulubionych filmów z Evą wysoko stoją rozgrywające się w latach 30. „Pęknięcia” - w mocno wystylizowanym retro jest jej bowiem szczególnie do twarzy. W tym wyprodukowanym przez braci Scottów melodramacie w przebraniu thrillera Green wciela się w postać charyzmatycznej nauczycielki renomowanej szkoły dla panien, która budzi fascynację wśród swoich pupilek. Sama też ulega namiętności do jednej z uczennic - co kończy się, jak łatwo przewidzieć, fatalnie. W filmie pobrzmiewają echa nawiązań do słynnego obrazu „Pełnia życia panny Brodie”, w którym główną rolę manipulującej uczennicami i budzącej homoerotyczne podejrzenia nauczycielki wcieliła się Maggie Smith - nagrodzona zresztą za t kreacje Oscarem. Rola Green nie jest może tej miary, ale na pewno dobrze wpisuje się w emploi aktorki. Podobnie jak i występ w filmie Tima Burtona „Mroczne cienie”, gdzie zagrała mściwą i lubieżną czarownico-wampirzycę, która na różne sposoby znęca się nad swym kochankiem (Johnny Depp).

Dla tych, którzy wolą mniej wystylizowane i przegięte obrazy, znajdą się w filmografii Green także bardziej zniuansowane pozycje. Nieoczekiwanie dwie swoje najbardziej realistyczne role zagrała w obrazach dających się zakwalifikować jako science-fiction. Biotechnologiczny melodramat „Łono” węgierskiego reżysera Benedeka Fliegaufa oraz apokaliptyczna love-story „Ostatnia miłość na Ziemi” Davida Mackenzie'ego to dowód, że Green znakomicie odnajduje się też się w kameralnych, budowanych nastrojem obrazach. Bo tak naprawdę wcale nie potrzebuje kostiumu ani dramaturgicznych sztuczek, by robić wrażenie na widzu. Oba filmy zawdzięczają jej naprawdę wiele.

Kolejny trop w jej karierze stanowią role kobiet silnych i władczych - w sensie jak najbardziej dosłownym: królowa-wiedźma w „Złotym kompasie”, mordująca własnego syna władczyni z „Królestwa Niebieskiego”, czy żądna władzy czarodziejka Morgana La Fey z brytyjskiego serialu „Camelot”. „To było dla mnie ciekawe doświadczenie - opowiadała o pracy nad serialem Green - ponieważ w tych pogańskich czasach kobiety były silne i zupełnie nie bały się swojej seksualności. Dopiero wraz z nadejściem chrześcijaństwa stało się to obszarem tabu.” - zauważyła aktorka. Wcielając się w postać knującej intrygi przyrodniej siostry króla Artura miała wiele okazji do czynienia takich obserwacji, ponieważ wyprodukowany przez twórców „Dynastii Tudorów” serial oczywiście wręcz ocieka seksem.

mat. prasowemat. prasowe

"Dom grozy" wpisuje się w całe to konsekwentnie budowane emploi - jest wystylizowana groza, niepokojąca seksualność i szczypta nadprzyrodzonej tajemnicy. Ja to kupuję, ale jak widać - nie od dziś kocham się w Evie.

Więcej o: