Chwile ulotne, czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Czasami jedna chwila decyduje o tym, co będzie się z nami działo przez kilka najbliższych tygodni, a może nawet i lat. Nie chcemy dopuszczać do siebie myślenia o tym, że możemy paść ofiarą wypadku, a jak już padamy - to nadal nie możemy w to uwierzyć.

Spadłam ze schodów i mocno się potłukłam. Kończyna dolna wymaga naprawy. Podobnie jak i odcinek kręgosłupa szyjnego... Ale żyć będę. Więcej szczęścia w nieszczęściu nie mogłam sobie wymarzyć. Przez najbliższe dwa i pół tygodnia będę leżeć w domu, łykać tabletki przeciwbólowe i dochodzić do siebie.

Fot JarekBakBrakFot JarekBakBrak

Po pierwszym szoku uświadomiłam sobie, że gdybym była sama w domu to mogłoby być naprawdę nieciekawie. Schody z których zleciałam są w mieszkaniu, które znajduje się na ostatnim piętrze, a obok nie ma sąsiadów. Telefon został na górze, a ja mogłabym co najwyżej krzyczeć, może by mnie ktoś usłyszał. Mogłam też spaść głową w dół i wtedy byłoby naprawdę źle.

Spadłam w środku nocy, zaspana, nie wiedząca za bardzo, co się dookoła mnie dzieje. Byłam w szoku i zaczęłam histeryzować. Spadł mi momentalnie cukier, zaczęłam się trząść i szczękać zębami i nie mogłam się ruszyć. Podświadomie wiedziałam, że kręgosłup i głowa są całe, ale bałam się poruszyć, żeby nic mnie bardziej nie bolało. Gdybym była sama w domu to bym chyba zawału serca dodatkowo dostała z tego stresu.

Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo w takich sytuacjach pomocna jest druga osoba, która do nas po prostu spokojnie mówi. Nie panikuje, nie biega po całym mieszkaniu w poszukiwaniu dokumentów, tylko zadaje krótkie pytania. W ten sposób musiałam się skupić na odpowiedziach, nie zapadałam się jeszcze bardziej w szok. I te wszystkie słowa, które były do mnie kierowane - teraz sprawdzam ci głowę, teraz sprawdzam palce u nóg, czujesz to? A to? Dostałam też zadanie, zadanie wiary, że nic mi nie będzie, bo jestem pod dobrą opieką, jestem bezpieczna i zaraz pojadę do szpitala. Moje zadanie polegało na tym, że mam w to uwierzyć i wiecie co? To nie było trudne.

W szpitalu było już całkiem dobrze, mogłam normalnie oddychać, nie trzęsłam się i po prostu wszedł ból kości, który musiał być w tym wypadku dominującą siłą. Pan doktor kazał mi się napić coca coli, żeby podniósł mi się cukier. W sumie wydało mi się to bardzo zabawne, cola taka zła, taka amerykańska i taka uzależniająca, ale jak przychodzi co do czego, to napij się łyka i wszystko będzie dobrze. A przynajmniej lepiej.

Teraz leżę w domu, mam stabilizator, kule i kołnierz - i w tym uniformie będę paradować przez pewien czas. Mam się nie przemęczać, mam odpoczywać, mało chodzić, raczej leżeć niż siedzieć i dać o siebie zadbać.

I wiecie co? To jest ciężkie i to bardzo. Po pierwsze od ciągłego leżenia bolą mnie już plecy, brakuje mi wyjścia na spacer z psami, przejście kilku metrów po mieszkaniu to męczarnia, a do tego wszystkiego cały czas coś mnie boli (gdy to piszę nie minęła nawet doba od zdarzenia). Sama nie wejdę do wanny, sama nie zrobię sobie posiłku i go nie zaniosę do stołu, nawet głupiej kawy sama sobie nie przyniosę. Jedyny plus jaki widzę to ograniczenie palenia. Nie cierpię dymu papierosowego w pomieszczeniu, a na balkon nie mam jakoś ochoty kuśtykać. Musiałabym na stopy założyć kapcie, ale są na górze, nie wspominając o kurtce, która jest wysoko w szafie i mogę mieć teraz problem z jej wyciągnięciem.

Myślę sobie, że miałam dużo szczęścia i to na wielu poziomach. Upadek nie był tragiczny, a mógł być. Mam świetnego opiekuna, który robi wszystko, o co go poproszę i po prostu ogarnia rzeczywistość. W sumie nie muszę o nic prosić, bo mój partner sam wszystko tak organizuje, że niczego mi nie brakuje.

W tym wszystkim chodzi o to, że sekundy decydują o tym, co będziemy za moment robić. Ja miałam iść do toalety, a wylądowałam na ostrym dyżurze ortopedycznym. Tak, wypadki chodzą po ludziach, ale jak się przeżywa je na własnym ciele, to zdecydowanie zmienia się perspektywa.

Uważajcie na siebie, na każdym kroku. Tak po prostu.

Więcej o: