Jak tu brzydko, czyli po co dzieciom lekcje plastyki

Podobno o gustach się nie dyskutuje. A szkoda, bo może wówczas mieszkalibyśmy w piękniejszym kraju. Może przywiązywalibyśmy większą wagę do estetyki, może słowo kultura nie wzbudzałoby chęci ucieczki.

Narzekamy, że Polska jest brzydka. I mamy rację. Piękne są te miejsca, których nie skaziła ludzka ręka, miejsca, w których nie eksperymentowali architekci z piekła rodem. Ład przestrzenny w naszym kraju nie istnieje. Posłużę się cytatem ze świetnej książki Filipa Springera „Wanna z kolumnadą” „Ład przestrzenny to jest coś, o czym każdy w Polsce słyszał, ale nikt od dawna tego nie widział”. Nie wiecie o czym mówię? Choćby o regularnym dewastowaniu zabytków.

Pałac w Łomnicy wpisany do rejestru zabytków nr rej.: 489/J z 24.02.1977 (powiat zgorzelecki) /fot. Magda AcerPałac w Łomnicy wpisany do rejestru zabytków nr rej.: 489/J z 24.02.1977 (powiat zgorzelecki) /fot. Magda Acer

Wystarczy przejść się po jakimkolwiek blokowisku i przyjrzeć się pastelowym wzorom na budynkach (i spróbować nie dostać oczopląsu). Wystarczy pojechać do Otwocka, gdzie na placu w centrum miasta zamiast tonącego w zieleni skweru z fontanną zderzymy się z płotem z metalowej blachy zajmującym całą przestrzeń publiczną. Wystarczy pojechać do jakiegokolwiek miasteczka lub wsi, gdzie każdy dom jest „z innej parafii”, a niektóre dla większego wrażenia krzyczą odblaskowymi kolorami. Z wypiekami na twarzy śledzę co roku plebiscyt Makabryła roku i zawsze (niezdrowo) fascynuje mnie to, że przecież takie coś musiał zaprojektować architekt. Taki z uprawnieniami, który ukończył jakby nie patrzeć prestiżowe wciąż studia. Studia, na które niełatwo się dostać, studia, na których wykładają świetni profesorowie. Tylko, że coś się potem dzieje w głowie niejednego absolwenta, zachodzą tam dziwne procesy zaburzające poczucie estetyki.

Giżycko, centrum miasta /fot. Magda AcerGiżycko, centrum miasta /fot. Magda Acer

Przestrzenią publiczną rządzi pieniądz. Banał, powiecie, ale ten banał sprawia, że jest mi wstyd, że mieszkam w takim brzydkim kraju. Z jednej strony staram się zrozumieć zaradność właścicieli posesji i ogrodzeń przy uczęszczanych drogach, którzy chcą sobie dorobić udostępniając odpłatnie powierzchnię reklamową. Z drugiej strony jestem wizualnie zażenowana. I choć brzydota też się może opatrzyć, spowszednieć, to jednak coś się zmienia. Na lepsze. W plebiscycie „Co trzeba zmienić w Warszawie” najwięcej osób odpowiedziało, że najpilniejsza jest walka z nielegalnymi i szpecącymi reklamami. Pozostaje mieć nadzieję, że władze Warszawy wykorzystają tę opinię. Jest jednak rzecz, która mnie niepokoi. Brak edukacji. Skoro w szkole dziecko uczy się czytać, pisać i liczyć, to byłoby dobrze, żeby równolegle uczyło się rysować i śpiewać. Żeby uwrażliwić je również na ten wymiar życia.

Kłodzko, centrum miasta /fot. Magda AcerKłodzko, centrum miasta /fot. Magda Acer

W tym roku mój syn poszedł do pierwszej klasy. Przyznam, że przeżyłam duże zaskoczenie, gdy otrzymałam plan lekcji, w którym nie było ani jednej godziny zajęć plastycznych ani muzycznych. Były za to dwie godziny religii. Dowiedziałam się, że plastyka i muzyka pojawia się w czwartej klasie szkoły podstawowej. Dzięki temu dziecko przez trzy lata będzie tkwić w artystycznej próżni. Ma jednak możliwość rozwijać się duchowo dzięki religii. Wcześniej syn przez dwa lata chodził do państwowego żłobka i przedszkola. W żłobku dwa razy w tygodniu miał rytmikę, a jedna z Pań codziennie grała dzieciom na pianinie przeboje muzyki klasycznej. Kilka razy w tygodniu dzieci z mniejszym lub większym efektem wykonywały przeróżne prace plastyczne. W przedszkolu sprawa wyglądała podobnie. Rytmika dwa razy w tygodniu, dodatkowo różne koncerty i praktycznie codziennie prace plastyczne. W szkole ta sfera jest zepchnięta na margines.

Na szczęście wychowawczyni prowadzi dodatkowe zajęcia plastyczne. Ale są to zajęcia dodatkowe. Zajęć z muzyki nie ma w ogóle. Raz w miesiącu, z inicjatywy rodziców organizowane są koncerty, oczywiście płatne. Nie jest to jakaś wielka kwota, więc mogę ją zapłacić. Ale nie wszystkich rodziców stać na taki wydatek, dlatego ustaliliśmy w klasie, że zapłacimy za te kilkoro dzieci, żeby nie czuły się wykluczone. Wkurza mnie jednak to, że to są jakieś półśrodki, atrapy. Staram się chodzić z dziećmi na różne zajęcia dodatkowe. Korzystamy z oferty domów kultury, słuchamy Szopena pod chmurką. Na wiele imprez kulturalnych wstęp jest wolny, np. na koncerty chopinowskie w Łazienkach. Muzea i galerie również umożliwiają bezpłatną wizytę w wybrane dni tygodnia. Jeśli ktoś ma czas i pieniądze - to może wozić dzieci na lekcje fortepianu, na warsztaty plastyczne. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, czy innym dużym mieście takich zajęć jest mnóstwo, nic tylko wybierać i spełniać się w nowej roli szofera. Tylko, że w mniejszych miastach i na wsiach nie ma tylu możliwości, dlatego powinna oferować je szkoła w postaci tej symbolicznej godziny plastyki i muzyki w pierwszych klasach szkoły podstawowej.

W tej sytuacji zastanawiam się, jaki gust będą mieć nasze dzieci i czy będziemy mieć prawo krytykować przyszłe architektoniczne koszmarki lub czuć niesmak, jeśli nasze dziecko będzie uwielbiać disco-polo?

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: