Pytanie z czarnej dziury: jak przetrwać zimę, nie podcinając sobie żył?

Wiem, nie powinnam narzekać. Listopad całkiem nas rozpieszcza. Jest ciepło, obywa się bez rajstop pod spodniami, kaloszy, czapek, rękawiczek, puchowych kurtek. Ale co zrobić, skoro i tak przyszło czarne ToTo?

Zachód słońca - mój telefon pokazuje 15.45. A będzie gorzej, bo do najkrótszego dnia w roku jeszcze przecież ponad miesiąc. Łapie więc człowiek odrobinę dziennego światła rano, odprowadzając dziecko do przedszkola (5 minut), wracając z przedszkola do domu (kolejne 5 minut), idąc z domu do metra (3 minuty), czekając na autobus na przystanku (5-7 minut), jadąc autobusem (jak są umyte szyby, 15 minut), idąc od autobusu do pracy (5 minut). 40 minut dziennego światła! Gloria, chwała oraz wow! Dobra, dorzucę jeszcze pięć minut za to, kiedy wstaję od biurka i idę "się przejść” do pobliskiego sklepu. I już. Na tym koniec. Bo nawet jak dobrze pójdzie i wyjdę z pracy o 17, to już ciemno. Noc.

A ja działam na baterie słoneczne. Nie ma słońca - nie ma mocy. Położyłabym się najchętniej pod kołderką i zniknęła aż do następnego poranka. Ewentualnie można coś poczytać (pół strony) albo pooglądać (pół odcinka, bo przychodzi sen). Dla relaksu. Córka też jak słońce zachodzi stwierdza, że noc i za nic nie wyciągnie się jej z domu, bo według niej po nocy się przecież nie chodzi.

Taki park jesienny w świetle dnia (krótkiego)Taki park jesienny w świetle dnia (krótkiego)

Koleżanki mówią, żebym przestała narzekać (ha ha ha - mój ulubiony tekst), bo zima przecie, widocznie organizm tego potrzebuje, taki system radzenia sobie z rzeczywistością znalazł. Poleżałby, odpoczął, zwierzęta przecież też w sens zimowy zapadają. Powinnam słuchać organizmu i iść za nim. Mogłabym nawet, dlaczego nie. Mogłabym, gdyby nie fakt, że taka bezczynność (leżenie, ograniczenie przestrzeni życiowej do mieszkania tylko, kołderka, kocyk książeczka, serialik) rzuca mi się na głowę. Ale może to brak światła raczej się tak rzuca?

Jestem osobą bardzo energiczną. Uprawiam sporty, mam czasochłonne i energochłonne hobby - występuję w teatrze. Nie przywykłam do leżenia. Szkoda mi dnia, szkoda mi życia, kolejne czynności, nawet pójście z dzieckiem na plac zabaw, nakręcają mnie do życia. Jak przestaję się ruszać / działać, natychmiast przychodzi do mnie dół. Czarna magma.

Wsącza się we mnie, rozsiada, opatula. Bura dziwka. Nie wiem, jak ją zwalczyć. Nie wiem, jak się z nią zakolegować, żeby jak najmniej na tym stracić. Nie wiem, jak poradzić sobie z tą jesienio-zimą. Z roku na rok jest zresztą coraz gorzej. Tak jakby starość kompletnie ustępowała jej pola. I wiem, że śnieg też nie pomoże, bo ubiegłą zimę spędziliśmy, starając się ubrać najmłodsze w coś takiego, co pozwoliłoby jej przetrwać przynajmniej godzinę na mrozie. Czapka była, rękawiczki, szalik, ciepłe spodnie. Wszystko było niewygodnie, ciasne, za duże, za małe, nie takie. Niestety, nie dało się pójść na sanki w legginsach i krótkim rękawku. Na nartach było super, ale wiadomo, słońce, ruch, góry. Ale to tylko tydzień. Serio, nie wiem, jak przetrwać zimę nie podcinając sobie żył. Nie wiem. A jakie są wasze sposoby?

PS. Tak, ten tekst jest krótki i smutny, jak jesienny dzień.

Więcej o: