Poślizg, dachowanie, hamowanie - lekcja pokory dla kierowcy

Dlaczego Polacy myślą, że są świetnymi kierowcami? Dlaczego kursy na prawo jazdy nie uczą nas jeździć bezpiecznie? Czy można nauczyć się "wychodzić z poślizgu"? O kulturze na polskich drogach, grzechach kierowców i marzeniach o wychowaniu komunikacyjnym w szkołach rozmawiam z Jackiem Scicińskim i Tomaszem Dąbrowskim, licencjonowanymi kierowcami rajdowymi i wyścigowymi, instruktorami Akademii Jazdy "Opel".

Wjeżdżam samochodem osobowym na śliską nawierzchnię. Muszę przejechać dość szerokim slalomem. Moje punkty graniczne to plastikowe pachołki, więc nie ma wielkiego stresu. Jeśli w nie uderzę, nikomu nic się nie stanie, samochód także nie zostanie uszkodzony. Pierwsza jazda z prędkością ledwie 20 km/godz. Toż to przecież niemal nie jedzie! Szybciej bym szła... A samochód jakiś taki niepewny. Niby przejechałam, ale momentami auto się bardziej samowolnie toczyło, zarzucając lekko tyłem.

No to przyśpieszamy. 30 km/godz. - ledwo panuję nad autem. Nie obraca mnie o 360 stopni tylko dlatego, że instruktor krzyczy, co mam robić, a ja jakoś wyjątkowo szybko przekładam jego polecenia na działanie. Udaje mi się ominąć pachołki, ale przyznaję - nieźle się zdenerwowałam, bo mam cały czas z tyłu głowy myśl, że to jest tylko taka zabawa, mamy ogrodzony plac manewrowy, dużo przestrzeni poza śliską nawierzchnią, plastikowe pachołki (nie przechodniów!), więc nie ma zagrożenia. A przecież „w prawdziwym życiu” nie ma takich bezpiecznych warunków - dookoła są żywi ludzie, inne samochody, murki, słupki i latarnie. No i mało kto jedzie 30 km/godz...

Jak zrobiłam aaltonen...

No to teraz przyspieszamy - mówi instruktor Tomasz Dąbrowski. - Dawaj 40 km/godz. - a ja wiem, co się stanie. Samochód obraca się dookoła własnej osi, pachołki poprzewracane (potrąciłabym tych ludzi, gdyby to byli piesi!), zatrzymałam się przynajmniej dwa metry dalej, niż powinnam. Gdy zatem instruktor proponuje, bym wjechała na śliski plac z prędkością 50 km/godz., mam ochotę podziękować. Ciekawość bierze jednak górę. Czy muszę opisywać, co się działo? Otóż zrobiłam pięknie aaltonen (brzmi jak figura w łyżwiarstwie figurowym!) - czyli wyjście z poślizgu (niezwykle efektowne!) przez obrót o 360 stopni. Oczywiście wszystko jest dobrze pod warunkiem, że to manewr kontrolowany...

Czy można się nauczyć panować nad pojazdem, który wpada w poślizg? - pytam naiwnie, bo czuję, że to by była przydatna nauka. Tomasz Dąbrowski, nim sama zasiadłam za kierownicą, przejeżdżał przez plac z różną prędkością i nie zarzucało autem tak strasznie jak pod moim kierownictwem. Można się nauczyć prawidłowych odruchów - wyjaśnia. - Ja sam mam odruchy, ale nie mogę powiedzieć, że umiem wyjść z każdego poślizgu, że zawsze zapanuję nad samochodem. Choć wiadomo: po tysiącach takich sytuacji ma się już pewniejszą rękę.

Każdy z nas jest świetnym kierowcą

Polacy mają o sobie najlepsze mniemanie, jeśli chodzi o prowadzenie samochodu. Ponad trzy czwarte pytanych odpowiada, że jeździ dobrze, a nawet bardzo dobrze. Tymczasem według statystyk wypadkowych - jesteśmy w ogonie Europy. Z czego to się bierze? To problem naszego przygotowania do jazdy, nauki. Na kursie przygotowującym do egzaminu na prawo jazdy nie zwraca się uwagi na elementy, które mają wpływ na bezpieczeństwo. Za to uczymy się, gdzie wlewać płyn hamulcowy - mówi Tomasz Dąbrowski. - Kurs na prawo jazdy przygotowuje do egzaminu, a egzamin, jak wygląda - wiemy. Czyli ważne jest, żeby umieć jechać po łuku do tyłu, zatrzymać się przed strzałką i włączyć we właściwym momencie kierunkowskaz. To jest istotne, nie przeczę. Ale nie najważniejsze - dodaje.

Co jest zatem naprawdę istotne? Kierowca powinien umieć wykonywać płynne manewry, zwłaszcza przy dużych prędkościach. Czyli powinien się na kursie nauczyć, jak włączyć się do ruchu czy zmienić pas na autostradzie. - Czy to jest takie ważne, gdy ktoś nie potrafi płynnie ruszyć pod górkę? - pyta Tomasz Dąbrowski. - W najgorszym wypadku samochód mu zjedzie i będzie musiał napisać oświadczenie i wymienić lampę. Na autostradzie czy drodze szybkiego ruchu prędkości są znacznie większe. I konsekwencje również.

- Decyzyjność, szybkość podejmowania decyzji i konkretnych akcji. Tego na kursie także się nie uczymy - mówi Jacek Sciciński. - Choć ja, jako instruktor jazdy, staram się to właśnie przekazać kursantom. Niestety - błąd tkwi już w ustawie dotyczącej egzaminów na prawo jazdy - to ona nie precyzuje, jak to powinno wyglądać. Jest, niestety, martwym przedmiotem. A poza tym - co instruktor, to inna szkoła jazdy.

Tomasz Dąbrowski, Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)Tomasz Dąbrowski, Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)

Może rozwiązaniem byłoby zdanie egzaminu, a po jakimś czasie przejście drugiego - takiego już z praktycznej jazdy? - W Finlandii jest tak, że osoba, która zdała egzamin teoretyczny i praktyczny - w mieście i poza miastem, w nocy i w dzień - dostaje próbne prawo jazdy. Po trzech latach musi przejść specjalny kurs, także w warunkach trudnych i niebezpiecznych. Poza tym przez te trzy próbne lata nie może nikogo wieźć samochodem. Nie może też dostać mandatu. Jeśli dostanie - choćby taki za parkowanie - cała procedura rusza od początku. I taki człowiek zastanowi się dwa razy, nim podwiezie kogoś w nocy, z dyskoteki - mówi Tomasz Dąbrowski. W naszym kraju ciągle słyszymy o pijanych kierowcach. Co kieruje osobą, która siada za kółkiem pod wpływem? Nie wiem. Domyślam się, że poczucie nieśmiertelności, wiara we własne możliwości, których przecież jakiś tam promil nie przytłumi, a także zamysł, że „przecież to raptem trzy kilometry prostą drogą, co się może stać?”.

Skąd to się bierze? Może z zachłyśnięcia się tym, że oto mamy samochód, możemy nim szybko pomykać? - Jako naród dość krótko jesteśmy zmotoryzowani. Teraz pierwsze pokolenie powszechnie jeździ samochodami. Ale nasi rodzice, dziadkowie - z nimi było różnie. Jeszcze 20, 30 lat temu samochód to był prawdziwy dorobek życia. Cała rodzina dbała, by się nie zniszczył, nie zarysował - wyjaśnia Tomasz Dąbrowski.

Grzechy główne i jeden „główniejszy”

Prędkość, jazda pod wpływem, łamanie przepisów, agresja i brak życzliwości, rozkojarzenie związane głównie z używaniem telefonu, wiara we własne możliwości i brak dyscypliny - to siedem grzechów głównych naszych rodzimych kierowców (i pewnie nie tylko ich). Choć podobno mogłoby być gorzej...

- Jeśli chodzi o jazdę po alkoholu, to ponoć nie jest z nami tak źle. Z tego co mi mówił policjant, mamy 2,5 proc. skontrolowanych po spożyciu. Najczęściej to są tacy, co poprzedniego wieczoru trochę za późno przy grillu skończyli albo rowerzyści ze wsi, co jadą zygzakiem do GS-u - mówi Tomasz Dąbrowski. - Oczywiście nie można tego lekceważyć, ale pamiętajmy, że największym problemem jest prędkość.

Słyszymy nieraz apele o bezpieczniejszą jazdę, o zdjęcie nogi z gazu. Pojawiają się one zwłaszcza na okoliczność takich weekendów jak dwa minione - świąteczny czy dłuższy (wciąż ciepły!). I potem te straszne statystyki - ile osób zginęło, ile zostało rannych... Przez chwilę to na nas działa. Ale szybko zapominamy.

- Gdy zwiększymy prędkość z 50 do 70 km/godz., to droga hamowania wydłuży się dwukrotnie - Tomasz Dąbrowski przypomina te liczby, które w teorii zdają się nie robić na nas wrażenia. - Do tego należy jeszcze uwzględnić czas reakcji. Policja podaje, że wynosi on od 0,8 sekundy do sekundy. Czas przeniesienia nogi z gazu na hamulec i zadziałania hamulca to 0,4 sekundy. Od momentu podjęcia decyzji: chcę hamować, mija prawie półtorej sekundy. Im jedziemy szybciej, tym ta droga jest dłuższa.

Jeśli chodzi o życzliwość na drodze, to z tym bywa różnie, choć ponoć jest lepiej niż kiedyś. - To jest kwestia kultury i wychowania przez rodziców - mówi Jacek Sciciński. - Nic na to nie poradzimy, bo to jest kwestia kultury wychowania komunikacyjnego. Już od szkoły podstawowej i karty rowerowej. - W Skandynawii już od najmłodszych lat jest przedmiot „Wychowanie komunikacyjne” - wchodzi mu w słowo Tomasz Dąbrowski. - Może i u nas warto poświęcić parę godzin na nauczenie dzieci, jak się powinny poruszać, jak przechodzić przez jezdnię, co do czego służy, dlaczego samochód hamuje długo itd.

Rozmarzyłam się w tym momencie rozmowy, przyszło mi do głowy, że moglibyśmy wprowadzić taki przedmiot jak „Kulturalne wychowanie”. Pośmialiśmy się z moimi rozmówcami przez chwilę nad tą utopijną wizją, stwierdzając ze smutkiem, że są rzeczy, których nauczyć się nie da podczas lekcji w szkole. Skoro zatem nie damy rady ludziom wpoić pewnych zasad, może należy ich srogo karać. Jak nie marchewką (będzie pięknie, będzie kulturalnie), to może kijem?

Nieuchronność kary jest najlepszym batem na kierowców

Czy brawura i - nazwijmy to po imieniu - głupota niektórych kierowców biorą się z tego, że nie boją się oni, że zostaną przyłapani na wykroczeniu? - W większości krajów - chociażby w Wielkiej Brytanii, Francji, w Niemczech - jeśli ktoś przejedzie szybciej przez miasto, to na drugim końcu nie będzie miał prawa jazdy. Tyle mu się uzbiera mandatów i punktów - mówi Tomasz Dąbrowski. Polacy się mandatów nie boją? Boją! Zwalniają grzecznie przed znienawidzonymi przez wszystkich radarami, a potem znów dociskają. - Problemem jest tolerancja środowiska - podkreśla Jacek Sciciński. Rzeczywiście - przymykamy oko, bo przecież nie będziemy donosić. Jak często dzwonicie na 112, by zgłosić, że jakiś użytkownik drogi jest prawdopodobnie pod wpływem, co można wywnioskować po chybotliwej jeździe?

Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)

Chociaż niepewnie jechać może także ktoś, kto rozmawia przez telefon, co zdaje się nagminnym procederem. Co ciekawe - zestawy głośnomówiące wcale nie są takim idealnym rozwiązaniem. - W Kanadzie w ogóle nie można rozmawiać przez telefon podczas jazdy, nieważne, czy masz zestaw czy słuchawkę - mówi Tomasz Dąbrowski. - Stwierdzono, że niebezpieczna jest po prostu rozmowa przez telefon - nie ma znaczenia, czy mamy zajętą rękę czy ucho. Rozmowa z pasażerem siedzącym obok nie ma negatywnego wpływu na naszą koncentrację? Okazuje się, że owszem, może mieć, ale znacznie mniejszy. Gdy rozmawiamy z pasażerem, pamiętamy wszystko: znaki, kto nas wyprzedzał, kogo myśmy wyprzedzali. Gdy się rozmawia przez telefon komórkowy - nieistotne, czy z zestawem czy bez - nie rejestruje się tego - tłumaczy Tomasz Dąbrowski. Pewnie w to nie wierzycie, ale polecam przeprowadzić eksperyment (tylko ostrożnie!). Prawdopodobnie bierze się to stąd, że człowiek zaczyna sobie gdzieś z tyłu głowy wizualizować, gdzie jest jego rozmówca - i tam odpływa znaczna część koncentracji.

Co ciekawe, nie mamy takiego problemu z koncentracją na znakach ograniczenia prędkości, gdy tylko opuścimy terytorium naszego pięknego kraju. - Jedzie Polak po Warszawie 100 km/godz. Wjeżdża do Zurychu i zwalnia. Bo wie, że tam, jeśli pojedzie szybciej - zostanie natychmiast ukarany. To chodzi tylko i wyłącznie o nieuchronność kary, bo przecież nie zrobił się nagle bardziej kulturalny... - ocenia Tomasz Dąbrowski. - Chodzi o organy, które tego nie egzekwują. Ale przecież mamy punktację, gdy zbierzemy 24 punkty, tracimy prawo jazdy. Nie boimy się? Najwyraźniej nie. - Mamy złe przykłady, które idą z góry. Gdy słyszymy, że poseł jechał 190, ale ma „ymmmunitet”, więc nie został ukarany, to burzymy się. Przecież jestem takim samym obywatelem! Dlaczego ja mam jechać zgodnie z przepisami, skoro inni nie muszą!? - pyta retorycznie Tomasz Dąbrowski.

„Jak masz wylądować w rowie, to lepiej do niego wjechać wolniej niż szybciej”

Kultury nie nauczymy na siłę, respektowania przepisów - jedynie karami. Może zatem warto szkolić wyobraźnię? Bo co z tego, że teoretycznie wiemy, że droga hamowania się wydłuża, że przy większej prędkości mamy ograniczone możliwości reakcji? Dopóki tego nie przeżyjemy (a niestety, bywa - że tego się nie przeżyje...), nie wiemy, jak to jest. Już w warstwie językowej jest pewne przekłamanie: mówimy „auto wpadło w poślizg”. Tomasz Dąbrowski wyjaśnia, że nie jest to właściwe ujęcie: - To nie samochód wpada w poślizg sam z siebie. To kierowca doprowadza do tej sytuacji swoim zachowaniem, na ogół, że powtórzę to raz jeszcze, do znudzenia: z powodu nadmiernej prędkości.

xJacek Sciciński, Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)

Czy jest taka liczba poślizgów, po której mogę być pewna swojej reakcji i odruchów? Pytam o to instruktorów i kierowców wyścigowych i rajdowych, więc mam poczucie, że oni mają pewność, że potrafią wyjść z takiej sytuacji. Niestety. Tomasz Dąbrowski rozwiewa moje nadzieje: - Nigdy nie ma się pewności. Ja mam może większe szanse niż pani, bo byłem o wiele więcej razy w tej sytuacji, mam wyćwiczone odruchy. Ale pewności nie mam. Jest zbyt wiele czynników. Może mnie coś zaskoczyć, opóźnić moją reakcję. Przecież i Kubicy się to zdarza!

Kto jest najbardziej niebezpieczny? Pan Stefan, który jeździ raz w tygodniu, do kościoła i z powrotem, powoli i niepewnie? Pani Irena, która boi się jeździć, ale czasem musi, nie skręca w lewo, bo to za duży stres? Andżelika, której chłopak kupił wypasioną brykę, ciężko jej się jednak zmienia biegi (za długie tipsy), zwłaszcza że jedna ręka zawsze zajęta telefonem? Czy może Seba, który ma stuningowaną brykę (trochę starą, ale nieźle daje radę) i daje czadu na dzielni?

- Starsi ludzie powodują bardzo mało zdarzeń, wynika z raportów policji. Oni się boją, jeżdżą wolno. Pani Irena też jedzie raczej ostrożnie, choć może irytować innych kierowców. Najgorszy jest Seba - mówi Jacek Sciciński. - On przejechał już trochę kilometrów, wszystko robi odruchami - dodaje Tomasz Dąbrowski. - A jak mu w pracy dorzucą obowiązków, każą więcej klientów odwiedzić jednego dnia, to on, żeby się wyrobić, musi szybciej do nich dojechać. I oni jeżdżą coraz szybciej. Takich kierowców jest sporo na kursach w Akademii Jazdy, bo wysyłają ich na nie firmy. Niestety - ich wyobraźnia, nawet jeśli pobudzona poślizgami i zróżnicowaniem w bezpieczeństwie jazdy uzależnionym od prędkości - przegra z poczuciem obowiązku, by wykonać świetnie swoje zawodowe obowiązki. Problem się robi wówczas, gdy tracą prawo jazdy z punktów. - Na prawo jazdy stosunkowo łatwo zdać za pierwszym razem - mówi Jacek Siciński. - Po paru latach jest bardzo ciężko, bo kierowca ma mnóstwo odruchów. Zielona strzałka? Po co się zatrzymywać, zwolnię i płynnie sobie skręcę. Żółte światło? Przycisnę i przejadę. Oduczenie się nawyków, odruchów zajmuje nawet do 70 dni. Nawet gdy taki kierowca weźmie dodatkowe jazdy, to nagle czuje się, jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody.

Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)Akademia Jazdy Opel (fot. AP/grimcamera.com)

Moi rozmówcy sugerują, że dobrym rozwiązaniem byłoby to, które stosowane jest za naszą zachodnią granicą. - Zabieranie prawa jazdy w Polsce jest manewrem napędzającym klientów WORD-om i szkołom nauki jazdy. W niektórych krajach jest tak, że kierowca zachowuje prawo jazdy, ale ma zakaz poruszania się autem w charakterze kierowcy - mówi Tomasz Dąbrowski. - Miesiąc, dwa, rok, dwa, a nawet dożywotnio. Ale tam zapewne to wystarczy. U nas zawsze znajdą się cwaniaki, co nie dadzą się złapać „bez prawka”.

Zastanawia mnie jedno: skoro Polacy mają takie wspaniałe mniemanie o swoich umiejętnościach, to skąd się biorą klienci Akademii Jazdy? - Ludzie uczą się jeździć na kursach, zdają na prawo jazdy, a potem jeżdżą i dopóki im się coś nie przytrafi, nie wiedzą, że czegoś nie potrafią. Tak to się ładnie nazywa: nieświadoma niekompetencja - mówi Tomasz Dąbrowski. Zatem ci, którzy sobie zdadzą sprawę ze swoich braków, chętnie się podszkolą. Oby „zdanie sobie sprawy” było bezbolesne dla kierowcy, pasażerów i auta.

Wnioski?

Gdy panowie powtarzali mi kilkukrotnie, że warto zrobić taki kurs, myślałam sobie - wiadomo, co mają powiedzieć, chcą mi sprzedać swoje usługi, chcą, bym zachęciła do pójścia na taki kurs czytelników. A potem wsiadłam z jednym z nich do auta i przeszłam skróconą lekcję poglądową. I powiem tak: nie tyle warto zrobić taki kurs, ale nawet trzeba. I nie dlatego, że się człowiek dzięki temu nauczy wychodzić z poślizgu. Tego się tak na blachę nie nauczy. Ale nauczy się pewnych odruchów, które mogą mu uratować życie. A przede wszystkim nauczy się pokory. Bączki na śliskiej nawierzchni, które kręciłam przy prędkości 40 km/godz., przekonały mnie, że „ta głupia różnica w prędkości - 10 km na godzinę” nie jest wcale taka głupia.

 

Jacek Sciciński i Tomasz Dąbrowski. Licencjonowani kierowcy rajdowi i wyścigowi, instruktorzy Akademii Jazdy „Opel”. Akademia powstała w 1994 roku, powołana do życia przez firmę General Motors Poland Sp.z o.o. i Mariusza Stuszewskiego. Działa na terenie Autodromu Automobilklubu Polski na warszawskim Bemowie oraz autodromie CSP w Legionowie, prowadząc profesjonalne szkolenia podnoszące bezpieczeństwo jazdy.

Więcej o: