Aktorzy na czterech kołach. Patryk Mikiciuk opowiada o historii samochodowego kina

Jednym z najlepszych czterokołowych aktorów jest ford mustang z 1968 r. Zagrał w fenomenalnej scenie pościgu wraz z dodgem chargerem w filmie "Bullit". Na Oscara zasługuje też bmw 540 z filmu "Ronin", gdyby statuetki przyznawano czterokołowym aktorom. Niektóre filmy ogląda się tylko dla nich. A niektóre historie zabytkowych samochodów można by z powodzeniem wykorzystać na doskonały filmowy scenariusz. W kinie akcji!

Filmy z udziałem czterokołowych aktorów przypomina właśnie kino Iluzjon w ramach cyklu „Gwiazdy czterech kółek”. Zobaczymy między innymi „Taksówkarza”, „Konwój”, „Blues Brothers”. Jednocześnie w TVN Turbo ruszył cykl poświęcony filmowym samochodom, pod tym samym tytułem.

- Ten cykl to spełnienie moich marzeń - mówi Patryk Mikiciuk, specjalista od pojazdów zabytkowych, ekspert filmowy i kolekcjoner pojazdów z minionych epok oraz prezenter programu. Rozmawiam z nim o filmowych i zabytkowych samochodach.

Zwykłe samochody i dobre filmy, genialne samochody i słabe kino

Są takie samochody i takie sceny z nimi, które po prostu zapierają dech w piersiach. Niektóre filmy zresztą kojarzymy wyłącznie ze względu na sceny samochodowe. Kto dziś pamięta, o czym w ogóle był „Bullit”? Większość kojarzy tylko ponad dziewięciominutowy pościg po ulicach San Francisco.

- Ten film to majstersztyk i przełom w kinie, bo nikt wcześniej nie montował 30-kilogramowych kamer na autach. Takim majstersztykiem jest też film stricte samochodowy „Le Mans” z 1971 r. Dziś nakręcenie scen pościgu czy na torze to w porównaniu z tym pestka - dodaje Mikiciuk. Dlatego to klasyka gatunku. Na liście ważnych samochodowych filmów nie może zabraknąć również „Znikającego punktu” z 1971 roku czy „Pojedynku na szosie” Spielberga z tego samego roku. Te filmy również pamiętamy tylko ze względu na samochody. - Niewiarygodne role zagrały w nich zwykłe samochody. W „Znikającym punkcie” ciężki i cholernie trudny w prowadzeniu dodge challenger. Ten samochód praktycznie nie ma zawieszenia, hamulców, aktora musieli więc zastępować kaskaderzy. Efekt jest genialny. Podobnie w „Roninie” z 1998 r. Tu genialne było bmw 540, które naprawdę niczym się nie wyróżnia, to auto z tłumu. Z drugiej strony masz też oczywiście całą plejadę fantastycznych samochodów wykorzystanych w tak kiepskich filmach, że nawet nie sposób przytoczyć tu jakichkolwiek tytułów - dopowiada Mikiciuk.

Patryk Mikiciuk (fot. TVN Turbo)Patryk Mikiciuk (fot. TVN Turbo)

Polskie gwiazdy

Możemy pochwalić się również doskonałymi polskimi aktorami na czterech kołach, ale w polskim kinie nie ma aż tak spektakularnych scen pościgów. Mnie nasuwa się tylko słynne „07 zgłoś się”. - Moim zdaniem lepszy był pościg z filmu „Skradziona kolekcja” z 1979 r. A ze współczesnych może „Młode wilki”. W drugiej części samochód odegrał całkiem ważną rolę. I chyba „Jack Strong” - uzupełnia Mikiciuk.

Zastanawiam się, czy dobre kino samochodowe to zawsze musi być kino akcji? Zwłaszcza że w polskiej kinematografii z filmem akcji w amerykańskim rozumieniu nie jest najlepiej. Pytam więc Patryka, czy do polskiego kanonu samochodowego kina zaliczyłby np. film Filipa Bajona z 1981 r. „Limuzyna Daimler Benz”. Opowieść o dwóch braciach, w której punktem wyjścia jest właśnie ten samochód. Mikiciuk zgadza się, że to piękne auto, ale zaznacza, że z samochodem w filmie powinny się kojarzyć jakieś emocje. - Coś się musi dziać, wtedy zapamiętamy takiego czterokołowego aktora. No, ale skoro się upierasz, to może „Kochajmy syrenki” - proponuje Patryk. Tak, kojarzę Łazukę! - No to „Nie lubię poniedziałków” - nie poddaje się Mikiciuk, a ja z tego filmu też kojarzę tylko Łazukę. - Tam grał, choć nie jeździł, triumph spitfire! No to może pamiętasz P70, który spada z dźwigu w „Alternatywach 4”? - przypomina mi redaktor. No tak, była taka scena. - A „Zmiennicy”? Pytam z kolei ja, bo dziwię się, że Mikiciuk nie wymienił tego kultowego przecież serialu z taksówką w roli głównej. - Błagam cię! Ani emocji, ani akcji... Mają jechać szybko i jest taki tekst: „Zapnij pasy, teraz to będzie prawdziwy rajd” - miażdży mój przykład Mikiciuk, ale wymienia za to „Vabank”. Racja, są emocje, jest kino akcji, z humorem, świetny film i fantastyczne samochody: fiat 508 i hudson essex. Obydwa remontowane przez mistrza Juliusza Siudzińskiego, guru w dziedzinie restauracji zabytkowych aut.

Ciężarówka i Plymouth Valiant z ''Pojedynku na szosie'' (fot.PanzerschreckLeopard / http://bit.ly/1u9i61p / CC BY http://bit.ly/1jmalQx )Ciężarówka i Plymouth Valiant z ''Pojedynku na szosie'' (fot.PanzerschreckLeopard / http://bit.ly/1u9i61p / CC BY http://bit.ly/1jmalQx)

- Tym fiatem teraz jeżdżę! W filmie to było auto Kwinty. W drugiej części Kwinto jeździł hudsonem. Historia tego auta jest niesamowita. W filmie grało z nieoryginalnym silnikiem. Siudziński nie mógł znaleźć właściwego. Nikt nie wiedział, gdzie może być. Parę lat temu przejeżdżałem przez wieś w okolicach Bydgoszczy. Przy bramie jakiegoś gospodarstwa stało kilka motocykli. Zatrzymałem się, żeby je zobaczyć. W zasadzie nie miały żadnej historycznej wartości, ale zapytałem właściciela z ciekawości, czy coś by jeszcze miał. I on na to, a tak, sąsiad ma taki stary silnik. Wziął go do traktora, bo nie przeszkadzało mu, że z sześciu cylindrów tylko pięć było na chodzie... I to był, cholera, silnik tego hudsona! Okazało się, że samochód do lat 60. jeździł jako taksówka w Zakroczymiu. Siudziński kupił auto z innym silnikiem, a oryginalny dostał się sąsiadowi, który zbudował sobie dzięki temu traktor - opowiada Mikiciuk.

Historia na czterech kołach

Restauracja samochodów, szukanie części to sprawa szczęścia w takim razie. Chyba że można bez trudu znaleźć auto-dawcę? - To się w przypadku samochodów zabytkowych, które są w Polsce, nieczęsto zdarza. Raczej z kilku składa się jeden. Przy rzadkich modelach to w ogóle nierealne. Kolekcja w Muzeum Motoryzacji powstaje już od 45 lat, uratowanych zostało wiele fantastycznych samochodów, ale tylko w kilku wypadkach przy użyciu samochodu-dawcy. Bo kupno takiego auta jest niebotycznie drogie. Udało się to teraz przy restauracji cadillaca Piłsudskiego. To samochód o ogromnej wartości historycznej, nawet jeśli Piłsudski nim prawdopodobnie nigdy nie jeździł. Auto ma pełną dokumentację rządową, co jest wyjątkowe. Bez wsparcia sponsora jednak byłoby to niemożliwe. Naprawdę Fundacja PZU zrobiła tu doskonałą robotę - odpowiada Patryk.

Odrestaurowany Cadillac Marszałka Piłsudskiego (fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska / Kancelaria Prezydenta RP)Odrestaurowany Cadillac Marszałka Piłsudskiego (fot. Eliza Radzikowska-Białobrzewska / Kancelaria Prezydenta RP)

Specjalnie przygotowany pancerny cadillac fleetwood special seven passenger sedan/limousine z serii 355D został sprowadzony do Polski w 1935 r. Miał podwyższone nadwozie, by marszałek nie musiał się schylać. Piłsudski przywitał go jednak słowami: „Trumnę mi tu przywieźliście”. Samochód nie przypadł mu do gustu, mimo udogodnień. Miał starszy model cadillaca oraz rollsa, którego po prostu bardzo lubił. Cadillakiem jeździł potem Mościcki. Po wojnie samochód trafił do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, gdzie dokładnie sprawdzono, jak bardzo jest pancerny. Auto było niemal całkowicie zniszczone. Pytam, czy Patryk widzi dla niego jakąś filmową rolę. - Może tak, ono jest piękne. Jazda takim samochodem to niesamowite przeżycie, trzeba to poczuć - mówi, ale zaraz dodaje, że ten marszałkowski cadillac nie jest aż tak pasjonujący jak inny rządowy pojazd, też cadillac, który należał do Gierka.

- To samochód, którego nie ma. Przygotowany specjalnie dla Gierka, trzymany w pogotowiu, w razie jakichkolwiek zamieszek miał służyć do ewakuacji pierwszego sekretarza. Cadillac był fikcyjnie zarejestrowany na Ambasadę Amerykańską. Przechowywano go na Dworcu Gdańskim, pilnował go facet w mundurze marines. Nikt by o tym nie wiedział, gdyby w 1979 r. nie wyjechał nim, by zawieźć swoich znajomych do ślubu. Pech chciał, że zobaczył go ktoś, kto się znał na autach. Zaczął się przyglądać, kombinować i coś mu się nie zgadzało. Ten samochód brał udział w kilku spektakularnych akcjach. Na przykład wykorzystano go w ujęciu sprawcy porwania samolotu w grudniu 1981 r. Samolot długo krążył nad Polską, aż zrobiło się ciemno, na Okęciu wygaszono światła, a rozświetlono napis Tempelhof. Samolot wylądował, podjechał pancerny cadillac na amerykańskich numerach. Brał też udział w akcji na terenie Ambasady Amerykańskiej! Wyobrażasz sobie? Samochód na fałszywych amerykańskich numerach wjechał na teren ambasady, by zdjąć zamachowców. Używano go też do obstawy pielgrzymek Jana Pawła II, ale zawsze jeździł wtedy bocznymi ulicami, żeby w razie czego podjechać od przodu - opowiada.

Z aut z barwną historią, które stoją w muzeum w Otrębusach, warto wymienić też adlera z 1932 r. To samochód, który należał do burmistrza Zakopanego. Ten, chcąc go ukryć przed zbliżającym się frontem w 1944 r., polecił go zamurować. Nikt o tym nie wiedział. Góral, który pilnował auta, nie puścił pary z gęby. Samochód znaleźli rodzice Patryka Mikiciuka w 1984 roku.

Adler Primus (fot. Otto Brucklacher / http://bit.ly/1ujNUlF / CC BY http://bit.ly/1jmalQx )Adler Primus (fot. http://commons.wikimedia.org)

Samochody do filmów

- Niestety, nie robi się filmów pod samochody, tylko samochody do filmów. Nie sądzę, by kogoś przekonały nawet auta o takiej wartości historycznej jak te z Otrębusów. W przypadku cadillaca Gierka nie wszystko jest odtajnione, to fascynująca historia, ale sporo w niej niejasności. Ale program w stylu „Sensacji XX wieku” dałoby się zrobić - wyjaśnia Mikiciuk.

Na potrzeby filmów zrobione zostały na przykład papamobile do filmu „Karol - papież, który pozostał człowiekiem” czy ciężarówki do przewożenia więźniów w filmie „Katyń”. Te rekonstrukcje były dobre. Mikiciuka drażnią amerykańskie filmy, w których grają europejskie samochody, najczęściej z okresu II wojny. - Błędy są straszne, tego się nie da oglądać! W niektórych ciężarówkach zmieniają tylko znaczki - krzywi się redaktor. Ale to widzą tylko zapaleńcy. Przeciętny widz nie dostrzega takich niuansów. - Coraz więcej jest takich zapaleńców, którzy nie tylko zobaczą zły model auta użytego w filmie, ale też będą jeździli zabytkowymi samochodami! Stworzyliśmy rynek, ludzie zaczynają kochać takie samochody. Mnóstwo ich w prywatnych rękach. Nikt wprawdzie tego nie liczy, nie ma żadnych organizacji, ale z roku na rok na pewno ich przybywa. Świadczą o tym choćby ceny maluchów czy fiatów na Allegro. Jeszcze parę lat temu kupiłabyś malucha za 1000 zł. Dziś za 10-15 tys. - tłumaczy Mikiciuk.

Route 66 Auto Supply Inc (fot. AP/grimcamera.com)Route 66 Auto Supply Inc (fot. AP/grimcamera.com)

Czyżby to przyszłość polskiej motoryzacji? Restauracja zabytkowych samochodów? - Nie, to pasja raczej. Fantastyczna pasja, a kto jej nie zaznał, nie zrozumie. A co do przyszłości polskiej motoryzacji, to ja bym ją widział w wypełnianiu luki, jaka jeszcze przez chwilę będzie na rynku. Powinniśmy się zająć projektem i produkcją niedrogich aut elektrycznych. Mamy szansę, bo powoli odbudowujemy łańcuch inżynierów i technologii. Polska produkowała naprawdę dobre samochody. Problemem było to, że nigdy ich właściwie nie modernizowano i kończyło się na jednym modelu na dziesiątki lat - podsumowuje Mikiciuk.

 

„Gwiazdy czterech kółek” to specjalne pokazy filmów, w których największymi gwiazdami są samochody i pościgi. Będą kultowe sceny, znane i mniej popularne obrazy, trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale zawsze ciekawie. Przed seansem Patryk Mikiciuk i Rafał Jemielita opowiedzą o danym filmie z perspektywy fana i znawcy czterech kółek.

Najbliższe pokazy w kinie Iluzjon:

17.11 godz. 20.00 sala Stolica - „Konwój”

19.11 godz. 20.00 sala Stolica - „Blues Brothers”

Program "Gwiazdy czterech kółek" na antenie TVN Turbo w każdą niedzielę o 11.00

Patryk Mikiciuk. Miłośnik motoryzacji, dziennikarz motoryzacyjny, absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, felietonista, prezenter telewizyjny, autor programów stacji TVN Turbo. Prowadzi między innymi „Legendy PRL-u”, „Gwiazdy czterech kółek” oraz jest jednym ze współprowadzących program „Automaniak”. "Legendy PRL" można obejrzeć online.

Więcej o: