Jeśli jesteś wredna, to mąż od ciebie ucieknie

W związku lepiej być miłym i dobrym niż egoistycznym i złośliwym - wynika z badań profesora psychologii Johna Gottmana, jednego z najpopularniejszych amerykańskich terapeutów. Jego recepta na miłość jest bardzo trudna i bardzo prosta jednocześnie: szczęściem obdarzeni zostaną ci, którzy potrafią słuchać i chcą rozumieć. A co z resztą?

Szesnaście lat temu John Gottman zaprosił pięćdziesiąt losowo wybranych par do laboratorium Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Mieli spędzić noc w „Pokoju Miłości” (nie mylić z Pokojem Zabaw z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”), zachowując się „normalnie” - jedząc kolację, oglądając telewizję, rozmawiając o rzeczach błahych i ważniejszych, a nawet kłócąc się o dzieci, pieniądze i seks. Psycholog stwierdził, że po piętnastu minutach obserwacji, potrafi przewidzieć z 91% skutecznością, czy związek przetrwa. Źle jeśli kłótnie pary zaczynają od oskarżeń, źle jeśli partnerzy krytykują się nawzajem zamiast wspierać, źle jeśli wylewają negatywne emocje, źle jeśli zbyt często odnoszą się do krzywd z przeszłości. Związki oceniane przez Gottmana jako „udane” („masters”, od których możemy się uczyć), bo „inteligentne emocjonalnie”, nawet w kłótni były nastawione koncyliacyjnie i spokojnie, te „złe” (niegodne naśladowania „disasters”) spinały się, antycypując atak.

Najlepszy przykład: jeśli twój chłopak jest ornitologiem-amatorem i chce podzielić się z tobą zachwytem nad widokiem ulubionego ptaszka (jakkolwiek to brzmi), zamiast wzruszając ramionami scrollować fejsa, powiedz: „tak, śliczny, kochanie”. Bo po pierwsze: wiesz, jak bardzo mu na tym zależy, po drugie: chcesz go wspierać, a po trzecie: nawet jeśli nie dzielisz jego pasji, szanujesz je. Zdaniem Gottmana pary, które zaliczyły 87% „informacji zwrotnych” („bids”) były szczęśliwe przez kolejne sześć lat. Ale nie chodzi tu wcale o prosto pojętą zasadę „coś za coś”. „Według Gottmana w związkach szczęśliwych mąż zaprasza żonę do kina dlatego, że chce jej sprawić przyjemność, a nie dlatego, że spodziewa się czegoś w zamian. Dlatego trzeba być wobec siebie stuprocentowo szczerym. Najpierw należy „przepracować” i opisać swoje doświadczenia, wrażenia i emocje, a potem podzielić się nimi z partnerem”, mówi Natalia Mętrak, która w Instytucie Kultury Polskiej UW pisze doktorat o obrazie małżeństwa w dyskursach psychologicznych.

Gottman uznaje więc, że aby stworzyć udany związek można być co prawda neurotycznym (to dobrze wróży!) i skupionym na sobie, ale równie intensywnie (obsesyjnie?) trzeba skupiać się na partnerze. Zdolni do stworzenia dojrzałego i szczęśliwego związku są więc wiecznie gotowi do samodoskonalenia, na bieżąco w kontakcie ze swoimi uczuciami i uczuciami partnera.

Uff! Tyle badania. Związek brzmi jak ciężka, cięższa, najcięższa praca. Nie tylko powinnyśmy znać siebie, ale także najdrobniejsze emocje, fakty z życia i pasje naszego partnera, ale także akceptować je, a przynajmniej starać się akceptować.

Najważniejsze - chcieć się dogadaćNajważniejsze - chcieć się dogadać

Staruszek Gottman znowu jest na fali, bo cudowne recepty na dobry związek serwują nam kolorowe magazyny, mamy i koleżanki. Jedne mówią, że chłopaka trzeba trzymać krótko, inne, że ma czuć się jak król, jeszcze inne, że ma być przede wszystkim najlepszym przyjacielem/kochankiem/partnerem. Jedne używają (tanich) sztuczek, inne traktują związek jako pracę, innym miłość i wierność przychodzi „naturalnie”, bo są „wyrozumiałe”.

Choć Gottman z lekko hochsztaplerską brawurą wyciąga wnioski ze swoich badań, jego odkrycia bliskie są mojej intuicji. Dobroć, wyrozumiałość i życzliwość są fundamentami związku. Ale nie oznacza to, że dziewczyny muszą być zawsze „dobre”, „wyrozumiałe” i „życzliwe”. Nie muszą, a nawet nie powinny, rezygnować z ironii, kąśliwości i zdrowego dystansu. Wystarczy, że są uważne. Na poziomie podstawowym: nie zapominają o urodzinach. Na poziomie zaawansowanym: gdy chłopak zmienia pracę, nie pytamy „dlaczego tak mało na rękę”. A w każdym razie nie od razu. To działa oczywiście w dwie strony. On też powinien wiedzieć, czy noszę apaszki, żeby nie kupić kolejnego nietrafionego prezentu na Święta albo że mam kompleksy na punkcie mamy i lepiej nie wytykać, że jestem od niej grubsza.

Kupuję ten banał może dlatego, że nie zawsze byłam dobra i miła, więc kończyło się źle. A może dlatego, że dla mnie chłopcy też nie zawsze byli mili i dobrzy. Gottman mówi trochę tak: każdy powinien usłyszeć, że jest najwspanialszy, najpiękniejszy, najbardziej godny zainteresowania. Ta jedna jedyna osoba powinna tak o nas myśleć, widząc jednocześnie wszystkie siwe włosy, irytujące tiki i infantylne poglądy. Bez ściemy, tylko szczerze. Obiektywnie, ale z miłością. Wyczucie tej cienkiej granicy między pochlebstwem a komplementem, ciepłem a zagłaskaniem, motywacją a uśpieniem, to chyba podstawa.

Bo demotywacja, wbrew opinii wielu, nie jest motywująca. „Zielona zupa? Babcia zrobiła mi dzisiaj dziczyznę”, usłyszałam od jednego chłopaka. „Wiesz co? Nikt nie jest tak negatywny jak ty. Trochę optymizmu”, powiedział inny. „Jesteś za wysoka i masz za duży nos”, twierdziła moja pierwsza miłość (gwoli sprawiedliwości było to w podstawówce). Ja mówiłam rzeczy gorsze, bardziej bolesne i bardziej złośliwe. W reakcji obronnej, a może dlatego, że wydawało mi się, że podsyci to zainteresowanie drugiej strony. Teraz piętnaście razy dziennie słyszę, że ktoś kocha mnie taką, jaką jestem i sama to mówię, choć kiedyś zapadałabym się pod ziemię ze wstydu za taką „słabość”.

Za chwilę biorę ślub. Może dlatego szukam recept na (prze)trwanie. Tanich i tych trochę droższych. Obserwuję moich własnych „mistrzów”, pary, które nie tylko przekroczyły gottmanowską granicę sześciu lat, ale także te, które mimo upływu lat, odnoszą się do siebie z czułością, dobrocią i zrozumieniem. Ich drobne gesty - podanie płaszcza, przesunięcie krzesła, pogłaskanie po policzku w trakcie rozmowy. Spojrzenia, które mówią wszystko, ciała, które poruszają się do wspólnego rytmu.

Kiedy masz parę, zaczynasz częściej spotykać się z tymi znajomymi, którzy też mają parę. Gdy ta lub tamta para wychodzi, siadasz z chłopakiem/narzeczonym/mężem i rozmawiasz. Co tamta para robi dobrze. Jaki jest sekret jej związku. Czy ma szansę być razem na zawsze. I widzisz symptomy, że się uda albo nie. Że on za rzadko trzyma ją za rękę, że ona patrzy na niego karcącym spojrzeniem, gdy kolejny raz rzuci mięsem, że na siebie fukają. A potem rozmawiasz z chłopakiem o jego najdrobniejszych grymasach niezadowolenia, najmniejszych traumusiach, najlżejszych kompleksach. Stajecie się dla siebie wzajemnie czułymi sejsmografami, które notują każde wahanie nastroju. Wtedy osiągasz synchron. I nawet najwredniejsze z nas (raczej się do nich zaliczam) mogą wtedy mówić największe złośliwości. Ale w imię szczerości, a nie dowalenia, w dobrej wierze, a nie po to, żeby twoje było na górze. Optymistyczne, prawda?

Więcej o: