Marzena Sowa: Chciałam, by ludzie z Zachodu dowiedzieli się o polskiej historii

Specjalistka od opowieści o zwykłych ludziach wplątanych w tryby wielkiej historii, mówi nam o byciu "głosem Polski" we Francji i dlaczego jej najnowszy komiks "Powstanie" nie jest tylko czarny i przygnebiający.

W szkole miałaś dobre oceny z historii?

MARZENA SOWA: Miałam ekstremalne. Dużo zależało od nauczyciela. W liceum miałam taką nauczycielkę, która mnie nie lubiła, miałam więc ocenę "mierny". W sumie pierwsza klasa liceum to też był dla mnie taki bardzo dziwny czas, z jednej strony wychodzisz z podstawówki, możesz mieć świetne oceny z fizyki czy biologii, trafiasz do nowej szkoły i okazuje się, że jesteś zerem. Dodatkowo pojawił się nastoletni bunt. To był bardzo nieciekawy rok, znaczy... bardzo ciekawy dla mnie, ale niespecjalny pod względem ocen. W drugiej klasie wszystko się zmieniło, mieliśmy już nowego nauczyciela i okazało się, że jestem z tej historii jedną z najlepszych osób w szkole. Sam nauczyciel zdziwił się, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej miałam tak fatalne oceny, ale to wszystko dzięki niemu, on wciągnął nas w tę historię. Udowodnił nam, że wiele zależy od dobrego pedagoga, że ludzie, którzy uczą młodzież, mogą być tendencyjni i znudzeni swoją pracą albo mieć pasję i zarazić nią młodych ludzi.

Poczułaś różnicę w tym, jak podchodzą wykładowcy do studentów, gdy wyjechałaś na studia do Francji?

- Ze mną było o tyle inaczej, że byłam obcokrajowcem, nie byłam z programu Erasmus. Poszłam na uniwersytet, zapisałam się na studia, potem do każdego profesora podchodziłam z osobna i wyjaśniałam, kim jestem i co tu robię, tłumaczyłam, że francuskiego dopiero się uczę. Byłam trochę na boku, oni też nie bardzo wiedzieli, jak mnie traktować. Wielu rzeczy musiałam się szybko nauczyć. Na romanistyce w Polsce traktowano nas jak dzieci, a tam wprost przeciwnie, to, czy skończysz studia i coś osiągniesz, zależy wyłącznie od twoich chęci. Nauczycielom nie zależało na studentach, tam trzeba było samemu o wszystko walczyć.

"Dzieci i ludzie"

Podobało ci się to?

- Tak, wiedziałam, że mogę polegać tylko na sobie. I nie chodziło już tylko o szkołę, a o całe życie. Francuskie społeczeństwo jest inne. Każdy działa dla siebie. Nie miałam przyjaciół poza obcokrajowcami. Większość bliskich znajomych to "Erasmusi", czyli po roku wyjeżdżali, a ja zostawałam.

Żałowałaś kiedykolwiek decyzji, że zostawiłaś swoje wcześniejsze życie, spakowałaś plecak i wyniosłaś się z Polski?

- Nie. To przeraża moją mamę. Nigdy nie żałowałam, nawet w chwilach, kiedy było ciężko. Właściwie pisałam o tym kiedyś w "Marzi", tej części, która nie ukazała się nigdy w Polsce, że urodziłam się w Polsce, właściwie nie miałam wyjścia i moje życie było z góry zdeterminowane przez otoczenie, ale ja bardzo chciałam to zmienić. Tak bardzo, że wreszcie się udało. Wyjazd do Francji sprawił, że mogę żyć w kraju, który mi odpowiada, i być, kim chcę.

W którym momencie pojawiła się myśl, że chcesz wyemigrować?

- To nie był impuls, ale kiedy byłam mała, przyjeżdżała do nas czasem ciotka z Francji. Ja jej oczywiście nie znałam za dobrze, przyjeżdżała do nas, by zobaczyć się ze swoimi siostrami, ciotkami, pewnie nawet nie wiedziała, kim jestem, jakąś tam małą dziewczynką. Fascynował mnie jej luz. Moja mama robiła sobie trwałą i ubierała na przyjazd ciotki najładniejsze sukienki, ja nie mogłam się bawić z psem, musiałam być supergrzeczną lalką. I w ten świat wpadała ciotka, nieuczesana, w niewyprasowanym podkoszulku i w trampkach. Jak popatrzyłam na ciotkę, która była niesamowicie naturalna, i na moją mamę w garsonce, to od razu wiedziałam, jak chcę żyć.

Jak wypadła pierwsza konfrontacja marzeń z rzeczywistością?

- Konfrontacja na początku była całkiem przyjemna, bo pojechałam tam tylko na wakacje. Pracowałam tam razem z koleżankami ze studiów. Sam kraj bardzo mi się podobał. To był szok. Wylądowałam w Alpach, piękne pejzaże, piękny język, którego można słuchać od rana do wieczora, to było niesamowite. Ludzie byli przyjemni, ale to dlatego, że wiedzieli, iż przyjechałyśmy tylko na krótki czas. Francuzi nie są przychylni przyjezdnym, którzy mówią: "chcę się tu osiedlić". Dlatego kiedy przyjechałam już sama do Bordeaux, to zaczęło się robić ciężko. Pomagała mi myśl, że jeżeli chcę tutaj być, to muszę się dostosować. W Brukseli, gdzie mieszkam obecnie, jest zupełnie inaczej - możesz posługiwać się takim językiem, jakim chcesz, twoja kultura jest w pełni akceptowana , natomiast we Francji musisz się dostosować. Francuz, nawet jeśli zrozumie, gdy mówisz do niego po angielsku, odpowie po francusku.

Wszystkie twoje komiksy, do których pisałaś scenariusze, to komiksy historyczne. To był dla ciebie naturalny wybór, by spoglądać w przeszłość?

- Z  "Marzi" to nie był wybór, tak się po prostu stało. Poznałam rysownika Sylvaina Savoię , zostaliśmy parą, zaczęłam mu opowiadać o moim dzieciństwie, on się w to wciągnął, później poprosił mnie, bym spisała wszystko tak, by mógł poczytać, bym nie zapomniała tych historii. Gdy zaczął to czytać, uznał, że warto się tą historią podzielić z innymi ludźmi z Zachodu, by dowiedzieli się o naszej polskiej historii i o zupełnie innym dzieciństwie. A potem weszłam w polską historię. "Marzi" stało się takim komiksem, przez który mimowolnie stałam się głosem Polski. Moja opowieść trafiała do ludzi, którzy faktycznie nie wiedzieli, jak wyglądała nasza rzeczywistość w latach osiemdziesiątych. Wiem, że mój wydawca francuski nie podpisze umowy, jeśli w moim nowym scenariuszu nie będzie Polski.

"Marzi"

Poczułaś odpowiedzialność? Wreszcie wielu czytelnikom kształtujesz pierwsze konkretne wyobrażenie o naszym kraju.

- Po pierwszym tomie "Marzi" poczułam to. Kiedy pisałam scenariusze, nie myślałam o takich sprawach, ale to przyszło wraz z pierwszymi spotkaniami z czytelnikami, wystawami albo kiedy zostałam zaproszona do siedziby NATO.

Przychodzili do ciebie ludzie, by dzielić się swoimi wspomnieniami?

- Wciąż przychodzą. Nawet jak ktoś przychodzi z komiksem po autografy, pytam, czy ma korzenie polskie, zazwyczaj nie. Dużo ludzi natomiast opowiada o swoich doświadczeniach z Polską. Dzieci przynoszą mi cukierki i opowiadają swoje historie, często bardzo osobiste, na przykład że umarła im babcia

To było najdziwniejsze spotkanie, jakie miało miejsce?

- Zazwyczaj jest tak, że w centrum uwagi jest rysownik, po jednym ze spotkań wszystkie dzieci dopadły więc Sylvaina, gdy rysował im obrazki, i tylko jedna dziewczynka stanęła z boku i podeszła do mnie. Miała 12 lat. Powiedziała, że jest z Rumunii, została zaadoptowana przez francuską rodzinę i jest jej bardzo źle. Zaczęła mi opowiadać, że w domu wszystko niszczy, buntuje się, bo chciałaby wrócić do Rumunii i znaleźć swoich biologicznych rodziców. To było dla mnie takie mocne spotkanie. Później, gdy wyszliśmy z Sylvainem, nauczycielki mnie dopadły i powiedziały, że ta dziewczyna jest niezrównoważona. Nie sprawiała takiego wrażenia, bardzo mnie osłabiło to podejście nauczycielek. Najwyraźniej dziewczyna była zagubiona i nie było jej dobrze tam, gdzie była.

Pomysł na komiks "Dzieci i ludzie"...

- pojawił się tuż po "Powstaniu", bo tak naprawdę to "Powstanie" jest moim pierwszym scenariuszem po "Marzi", tylko nam długo zeszło (śmiech). A z komiksem "Dzieci i ludzie" było tak, że ktoś z wydawnictwa poprosił mnie o historię o "Solidarności". Zdziwiłam się, bo przecież "Marzi" jest o "Solidarności", wtedy zaczęłam pisać inny scenariusz. Poznałam Sandrine, rysowniczkę, która pracowała ze mną nad tym komiksem. Na początku to była opowieść o Wiktorze i Agacie, dwójce dzieci, które nie mogły się pocałować w kinie. Później Sandrine zaczęła robić szkice

Ten komiks wymagał pewnie zbierania dużej ilości materiałów, prawda?

- Tak, podobnie jak "Powstanie" nowela "Dzieci i ludzie" wymagała ode mnie zebrania sporej ilości dokumentacji. Z "Powstaniem" paradoksalnie było łatwiej, bo autor warstwy graficznej, Krzysztof Gawronkiewicz, jest z Warszawy i od lat interesuje się historią. Sandrine nie zna Polski, dla niej historia lat powojennych, nawet ta powszechna, była czarną magią. Potrafiła mylić twarze przywódców politycznych dużych mocarstw. Kiedy pracowałyśmy razem nad komiksem, zaprosiłam ją do Polski, żeby oswoiła się z krajem. Zebrałam jej pokaźne archiwum zdjęć i materiałów filmowych z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Czasem rysowałam dla niej różne rzeczy, by ułatwić pracę.

Powstanie/wyd. kultura gniewu"Powstanie"

Mówisz, że "Powstanie" to historia dość stara, od czego się zaczęło?

- Za każdym razem opowiadam inną genezę (śmiech). Jednym z bodźców był moment, w którym w jednym z antykwariatów w Brukseli znalazłam tomik polskiego poety z wierszami z okresu powstania, po polsku. Rzadko można znaleźć takie wykopaliska w Brukseli, potraktowałam to jak znak. Poza tym ktoś się do mnie zgłosił, pewien belgijski rysownik, że chciałby, abym napisała dla niego jakąś historię miłosną, bo bardzo mu się "Marzi" podobała. On się pasjonował powstaniem warszawskim. A mnie się przypominały lata szkolne i powiedziałam, że nie, nie będę w stanie napisać nic w tamtym czasie. Temat się rozmył, ale przyszedł taki moment, że ja dorosłam do tej historii i poczułam, że chcę ją napisać. Wtedy poznałam Krzysztofa Gawronkiewicza.

Czytałaś jego wcześniejsze komiksy?

- Tak, zwłaszcza w pamięć wrył mi się "Achtung Zelig", potem "Esencje", wreszcie "Mikropolis".

Krzysztof Gawronkiewicz jest dość oszczędnym twórcą, nieczęsto zdarza się, by wydawał nowe albumy, i nagle buch! Wpada taka Marzena Sowa i zaprzęga Gawrona do rysowania dwutomowej historii.

- Nawet nie wiedziałam, że to taka sytuacja (śmiech).

Długo pracowaliście nad pierwszym tomem "Powstania"?

- Sześć lat. Liczę na to, że drugi tom powstanie szybciej (śmiech).

Pamiętasz pierwsze plansze, jakie pokazał ci Krzysztof?

- Pierwsze plansze to były pierwsze plansze, które otwierają album. Krzysztof potrzebował jednak całego scenariusza i nieco czasu, by wykreować wszystko. Właściwie nie musiał potem nic specjalnie przerabiać poza postacią głównej bohaterki. Na początku Alicja w jego ujęciu była brunetką i wyglądała staro.

Pamiętasz uczucie, jakie towarzyszyło ci, gdy zobaczyłaś tamte ilustracje po raz pierwszy?

- Tak. Zawsze się tego boję. Jest niepewność, strach, czy to będzie tak, jak sobie wyobrażałam, czy to będzie ładne czy nie? Zaczęłam się jednak oswajać z tym, że od chwili oddania scenariusza rysownikowi to już przestaje być tylko moja wizja, to jest już wspólna opowieść. To uczy pokory.

Nie myślałaś kiedyś o tym, że już chciałabyś robić wszystko sama?

- Spróbuję kiedyś pracować sama nad jakimś komiksem. Jeśli chodzi o taką opowieść jak „ Powstanie”, to Gawronkiewicz jest najlepszą osobą, jaka mogła to zrobić. Nauczyliśmy się siebie i nauczyliśmy się uzupełniać. Poza tym dobrze jest się wspierać, to fajna sprawa przy pracy we dwójkę.

"Powstanie"

Jak było z tym "Powstaniem"? Łatwo się opowiada o miłości i zwykłym życiu w takich realiach?

- Na początku po prostu wylewałam z siebie opowieść, bo ona tkwiła już we mnie tak, jak tkwi we mnie polskość. Tego z siebie nie wygonisz, mimo że często kiedy przyjeżdżam do Polski, czuję, że dla wielu ludzi nie jestem już stąd. Kiedy jednak wyjeżdżam z kraju, dla ludzi "stamtąd" jestem już "tą Polką". Kiedy już miałam opowieść, musiałam wczytać się w książki, by nie doszło do jakiegoś historycznego przekłamania. Wtedy wpadłam w pułapkę dokumentów, filmów, archiwaliów. Można w tym wszystkim utonąć. Drugą część historii napisałam więc bardzo szybko.

Co było dla ciebie najważniejsze w waszym komiksie powstańczym?

- Ludzie. Chciałam oddać im hołd. Chciałam też odnaleźć w tej historii polski humor i polskiego ducha, żeby to nie była tylko taka czarna, przygnębiająca historia.

Na kartach komiksu pojawiają się humorystyczne gazetki. To wasza inwencja czy ilustracje na podstawie autentycznej prasy powstańczej?

- To autentyczne materiały. Pracując nad komiksem, dotarliśmy do powstańczych dowcipów i wybraliśmy sobie dwa - takie, które były łatwe do pokazania graficznie.

Sprawdzałaś, co już zostało powiedziane w polskich komiksach powstańczych?

- Nie znam wszystkiego na pewno, wiem, że ja inaczej do tego podchodzę, bo nie mieszkam tu na co dzień, przyjeżdżam do Warszawy raz na jakiś czas. Gawronowi jest trudniej, bo żyje w tym mieście. Tu każdy ma swoją wizję tego, jak to powinno być powiedziane.

Jak jest z odbiorem "Powstania" poza Polską?

- Nie czytam recenzji, ale kiedy ktoś do mnie napisze albo podczas spotkania podejdzie, to reakcje są pozytywne. Ludzie przyznają, że nie wiedzieli prawie nic o powstaniu warszawskim, to jest mało nagłośniony wątek na Zachodzie.

Marzena SowaMarzena Sowa

Teraz może będzie bardziej nagłośniony, obok twojego komiksu do zagranicznego czytelnika może przemówić też film "Miasto 44". Widziałaś go już?

- Tak, ale trudno mi o tym mówić, dużo rzeczy mi się w tym filmie podobało, ale i dużo nie podobało. Nie podobali mi się bohaterowie, ale wszystko inne - było jak cios w twarz. Wyszłam z kina oszołomiona. Jest dużo rzeczy, które zostały zbyt mocno wyeksponowane. Może to jest sposób na dotarcie do młodych ludzi? Może im trzeba wszystko pokazać? Mnie potrzeba znacznie mniej, na przykład puścić sobie płytę Lao Che, tę o powstaniu warszawskim, zapalić papierosa, zamknąć oczy, czuję to. I polskość czuję...

Skoro tak mówisz o tej polskości i zapotrzebowaniu na takie opowieści na Zachodzie, to następne twoje komiksy będą z ojczyzną w tle?

- Nie wszystkie, ale przygotowuję jedną taką historię. Będzie opowiadać o emigrantach i podróżnikach, którzy wsiadają do autokaru w Zamościu i jadą do Paryża. Wszystko rozgrywa się w czasie tego kursu. Starałam się wybrać mnóstwo intrygujących postaci. Po prostu lubię snuć opowieści, w których jest dużo barwnych bohaterów.

Marzena Sowa - polska scenarzystka na emigracji, autorka popularnej serii komiksowej "Marzi" (rys. Sylvain Savoia, polskie wydanie: Egmont), twórczyni komiksów dla dzieci, jej najnowszy album, przygotowane wspólnie z Krzysztofem Gawronkiewiczem "Powstanie. Za dzień, za dwa" (polskie wydanie: Kultura Gniewu) stworzone z myślą o czytelnikach z Zachodu przybliża życie zwykłych ludzi wplątanych w historię warszawskiego zrywu z 1944 roku.

Więcej o: