Ze zdradą im do twarzy: o przerażająco prawdziwym serialu "The Affair"

"The Affair" pokazuje zdradę tak jak filmy przyrodnicze atak drapieżnika na bezbronną ofiarę: na zimno i z perwersyjną przyjemnością. Dacie się skusić?

Nie oglądajcie serialu „The Affair” z chłopakiem/narzeczonym/mężem, bo wasz związek może tej próby nie przetrwać. A najlepiej nie oglądajcie go wcale. Chyba, że macie mocne nerwy, zero skrupułów i dobre samopoczucie.

„The Affair” oglądam zawsze po „Homeland”, bo pech (a może szczęście?) chciał, że amerykańska telewizja Showtime emituje dwa swoje najlepsze seriale tego samego dnia. Po „Homeland” mam już gęsią skórę, wali mi serce i nie mogę usiedzieć w miejscu. Ale stresy, które przeżywam, gdy wrogie służby podtruwają Carrie Mathison i porywają Saula Berensona, to pryszcz w porównaniu z napięciem towarzyszącym oglądaniu choćby czołówki „The Affair”. Zgodzą się ze mną zapewne członkowie stowarzyszenia Hollywood Foreign Press, bo w ten „romans” weszli tak głęboko, że przyznali serialowi oraz jego najważniejszym aktorom - Ruth Wilson i Dominikowi Westowi - nominacje do prestiżowych nagród. Taki sukces debiutanckiego serialu zdarza się rzadko. Ale jest co nagradzać: emocje, które mistrzowsko balansują na granicy czułości i obsesji, dialogi tak autentyczne, że zastanawiam się, czy scenarzyści aby mnie kiedyś nie podsłuchiwali, melancholię, której bohaterowie nie potrafią przewalczyć, bo jest konsekwencją zawiedzionych nadziei. Napisał to wszystko Hagai Levi, scenarzysta „Terapii”, znany z boleśnie prawdziwych historii „z życia wziętych”, pozbawionych tabloidowego i telenowelowego brokatu, ekscesu i kiczu. „The Affair” gra na półtonach, ale brzmi jak dobrze nastrojona orkiestra symfoniczna.

Przedstawiciele prasy zagranicznej i każdy, kto włączył „The Affair”, zastanawiają się, czy oni też byliby zdolni do zdrady. Trochę głupiej, trochę przypadkowej, trochę pięknej. Niszczącej i ratującej życie. Zrozumiałej i zupełnie irracjonalnej. Noah Solloway to facet w średnim wieku, który ma trochę za mało sukcesów na koncie, bo jego debiutancka (wydana po czterdziestce!) powieść nie odnosi sukcesów na równi z łagodnie przeczyszczającymi bestsellerami teścia, trochę zbyt idealną żonę i trochę za dużo zbyt wymagających dzieci. Alison Lockhart to małomiasteczkowa piękność z nadmorskiego Montauk. Trzydziestoletnia kelnerka, która straciła dziecko, a wraz z nim większą część siebie. Z mężem maczo, który najbardziej lubi jeździć konno po swoim ranczu, wygrażać własnym braciom i surfować na falach o świcie. Spotykają się przypadkiem, rozumieją swoje niespełnienie, szukają rozwiązania w romansie. Ucieczki od czwórki nieznośnych dzieciaków i wspomnienia o tym jednym, którego już nie ma. Od wygórowanych oczekiwań żony i męża, który chce po prostu „żyć dalej”. Od przytłaczającego Nowego Jorku i klaustrofobicznego Montauk.

Dlaczego chcemy oglądać serial o zdradzie, którego każdy odcinek kosztuje nas prawie tak dużo jak mogłoby nasze spotkanie z kochankiem? Bo nie zdradzaliśmy nigdy. Bo tylko kilka razy. Bo za dużo. Bo wciąż wierzymy, że zdrada nie jest zdradą, jeśli dzięki niej zaczyna się nowy związek. Albo jeśli to tylko na jedną noc, na chwilę, na wakacje. Bo nigdy nie zdradza się dla kaprysu, tylko zawsze z ciężkim sercem. Bo zawsze część winy ponoszą ta druga i ta trzecia strona. Bo zdrada jest zawsze skutkiem, a nigdy przyczyną. Bo patrząc na żonę Noah i męża Alison wiemy doskonale, dlaczego należy od nich uciekać jak najdalej. Nie o to chodzi, że są brzydsi, głupsi, gorsi. Ale przestali widzieć Alison i Noah naprawdę. Dla nich małżonkowie tkwią w wyznaczonych rolach: matki, która straciła dziecko i pisarza nieudacznika. Więc Alison i Noah oszukują się, że to tylko na chwilę. Że zaraz przestaną. Że to nic. A potem: że to wszystko. Że nie przestaną nigdy. Że to na zawsze. I wydaje im się, że rozumieją się najlepiej na świecie, choć cyniczni scenarzyści, dzieląc każdy odcinek na dwie wersje tej samej historii - jej i jego, dają nam prztyczka w nos, udowadniając, że przecież to zupełnie sobie obcy ludzie. Ona widzi w nim nowojorskiego intelektualistę, on w niej tajemniczą uwodzicielkę. On pamięta, że nosiła mini, ona zawsze zakładała dżinsy. On opowiada, że to ona kokietowała jego, ona, że on podrywał ją. Z czasem historie coraz bardziej się do siebie zbliżają. Zza sztampowego filmowego romansu wyłania się prawdziwe życie.

I wtedy „The Affair” przypomina o wszystkim, co w zdradzie „najfajniejsze”. O poczuciu, że można być wolnym od odpowiedzialności. Że na świecie jest się tylko we dwoje. Że można wreszcie być sobą. Albo w każdym razie tak się wydaje dopóki romans nie stanie się piekłem samooskarżeń, poczucia winy i rozczarowania. Bo zdradzając, zdradzamy przecież samych siebie.

Oglądając serial z moim chłopakiem w głowie kręcę własny film. O tym, czy można komuś ostatecznie zaufać. O tym, że prawie każdy z nas choć przez chwilę prowadził podwójne życie. O tym, że związki nigdy nie są tak gorące jak romanse. I szczerze cieszę się z tego, że Noah i Alison kochają, oszukują i zdradzają tak sugestywnie, że już nigdy nie będę musiała na własnej skórze przekonać się, jak to jest. I sądząc po przerażonej minie mojego chłopaka (a właściwie już męża!), on też woli nie ryzykować.

Więcej o: