Dajcie mi wszyscy spokój! Ucieczka z machiny weselnej jest (nie)możliwa

Miał być luźny, skromny ślub. W urzędzie, z najbliższą rodziną i przyjaciółmi, bez białej sukni i morza kwiatów. Na naszych zasadach i bez oglądania się na konwenanse. Ale ślubny przemysł wciąga w swoje sidła. Czy można uwolnić się od amorków, gołąbków i serduszek?

Rekonesans w warszawskim USC. Pani woźna z fryzurą "na czeskiego piłkarza" opowiada nam o wszystkich uciekających pannach młodych, które widziała podczas swoich dwudziestu lat na służbie. A bizneswoman po sześćdziesiątce (rodowita prażanka) oprowadza nas po sali toastów, w której serwuje rdzennie polskiego (?!) szampana. Ściany ozdobiła malowidłami lilii wodnych własnego skromnego autorstwa. W formatach od A3 do A1. W sali ceremonialnej, która wygląda jakby pamiętała czasy ostatniego króla Polski, do uroczystości przygrywa pianistka. Na liście standardowych wykonów: ślubne marsze, „You Look Wonderful Tonight”, „Lady in Red”. Oferuje, że za stówę dołoży jeszcze skrzypaczkę. Na grzeczną (tak nam się wydawało) odmowę, sprytnie postanawia opuścić cenę, choć wcale nie chodziło nam o wynegocjowanie większego rabatu, tylko o to, że fortepian plus skrzypce to już trochę za dużo szczęścia.

Gdy u fryzjera mówię, że biorę ślub, skądinąd miłe i profesjonalne panie, dostają małpiego rozumu. Gdy nieopatrznie bąkam „retro”, robią mi na głowie gniazdo os. Na hasło „ślub” stawki podwyższają manikiurzystki, chętne do ozdobienia paznokci serduszkami, restauratorzy, którzy koniecznie chcą, by krzesła owinięte były białymi płachtami, taksówkarze, oferujący limuzyny, które jeździły już po gorszych drogach w lepszych czasach... „Trzeba temu po prostu ulec”, mówi moja przyjaciółka, która ślub bierze za pół roku. Była na kiczowatych targach ślubnych, chce się hajtnąć w dworku, ze wszystkimi tymi aniołkami, bąbelkami i falbankami na podorędziu. Taki ma luz, sznyt i bekę. Szczęściara. Mogłam wcześniej wpaść na to, że „skromny ślub” to oksymoron, wewnętrzna sprzeczność. Chyba, że bierzesz go potajemnie w kapliczce w Vegas, albo na plaży u wybrzeży Goa. Choć tu „skromność” nie oznacza bynajmniej małych wydatków, a jedynie niezależność od złotych rad przedstawicieli ślubnego przemysłu.

Ale po co ja głupia narzekam. Przecież wszystko ma zakończyć się zdarzeniem miłym, radosnym i wymarzonym. Podobnie jak w przypadku moich przyjaciółek, które znosiły już niedopieczonego świniaka o północy, DJ-a, który na parkiecie wystawił swój stand promocyjny i bankructwo całej knajpy na miesiąc przed Wielkim Dniem.

W Stanach przemysł ślubny (dokładnie takim słowem: "wedding industry" się go określa) zarabia rocznie 40 miliardów dolarów. Na etykietkach z czerpanego papieru, bukietach egzotycznych kwiatów i big bandach. W Polsce nawet średnio zamożne panny młode chcą z portfela (najczęściej nie własnego, a rodziców) wyciągnąć od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pewnie nie tylko ja mam głębokie przeświadczenie, że te pieniądze można by spożytkować na cele nie tylko bardziej szlachetne, ale i zwyczajnie - sensowniejsze.

Jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi i wcześniejszym postanowieniom, większość z nas ulega przedślubnej gorączce i do przeobrażenia się w krwiożerczą bridezillę, brakuje nam tylko jednego potknięcia. Więc może nie ma co się buntować, kontestować i nadymać. Może trzeba zjeść "penisowy tort" na panieńskim, wybrać sukienkę z największą ilością cekinów, kryształów i koronek, jaka jest dostępna w salonie Mirage, albo innej Afrodycie, a potem zamówić dwanaście dań ciepłych i dwadzieścia zimnych, podlanych litrem wódki na głowę. Może dobrze posłuchać porad makijażystki, że „oku najpiękniej będzie w błękicie”. Może mniejszy stres będziemy odczuwać godząc się na wszystkie fanaberie mamy, babci, cioci, kosmetyczki, florystki i kelnerki. Może my i nasi już-prawie-mężowie jesteśmy w ślubnym przemyśle tylko pionkami. A fanaberie w stylu koktajl zamiast kolacji, mailowe zaproszenie zamiast gołębi pocztowych, albo książki zamiast prezentów wywołują na twarzach władców weselnego imperium jedynie uśmiech politowania. Bo nie my jedni próbowaliśmy. Na każdą parę renegatów przypada dziesięciu wiernych poddanych. Dlatego przesadnie się nie napinajmy. Jeśli zachwyci nas jedna karta ze skrzydlatym cherubinem, DJ nieopatrznie puści „Ona tańczy dla mnie”, a wujek z Pcimia pokaże owłosione ręce w koszuli z krótkim rękawem, wszystko jest w porządku. Ślub to stan wyjątkowy, moment kulminacyjny, najbardziej stresogenne wydarzenie w życiu. Odrobina kiczu pomoże nam je osłodzić. Byle nie oblepiła cukrem naszej sukienki.

Więcej o: