Paddington jest dobry na wszystko

Ja jestem półkrwi Sosnowiczanką, on pochodzi z mrocznych zakątków Peru. Trafiliśmy na siebie zupełnie przez przypadek i choć nic nie zapowiadało, że razem będziemy się dobrze bawić, to jednak się udało. Poznałam Misia Paddingtona i wcale tego nie żałuję.

Nie będę kłamać, że dorastałam na książkach Michaela Bonda. Ze wszystkich misiów, jakimi obsypało nas dzieciństwo w PRL (to obsypywanie to ironia) najcieplej wspominałam animowane przygody Coralgola. Nietrudno też uwierzyć, że na seans filmu "Miś Paddington” nie szłam w podskokach. Dostaliśmy podwójne zaproszenie, ofiarodawczyni obraziłaby się na nas arcyśmiertelnie, gdybyśmy zostały tego dnia w domu. Cóż było robić? Mimo głośnych protestów córki, której brat w niewybrednych słowach naświetlił sytuację - "Idziesz oglądać jakiś głupi film o misiu Padalcu”, mimo chłodu na zewnątrz i niezłego rejwachu na sali, poszłam i zasiadłam. Nie będę przecież wybrzydzać. Poza tym jestem dzielnym wojownikiem i przeżyję półtorej godziny w klatce pełnej drapieżnych małych dziewczynek, torturowana przez film o łajzowatym niedźwiadku.

Po pierwszych dziesięciu minutach zmieniłam zdanie. Hej, to nie wygląda źle, wręcz przeciwnie. Jest w tym filmie sporo ciepła oraz poczucie humoru, które mi odpowiada. I nie mówię tutaj o typowym slapstickowym demolowaniu wszystkiego, mam na myśli choćby owe "mroczne zakątki Peru” (przepraszam, cholernie mnie to bawi) i inne tego typu uroczo przewrotne sformułowania. Spodobali mi się bohaterowie - może ich sylwetki nie są kreślone jak u Wesa Andersona, ale to całkiem oryginalna gromadka z całą masą dziwnych nawyków. Całość została też zgrabnie uwspółcześniona - może problemy z dzieciakami wciąż są tu odległe od typowej polskiej patologii, ale przyznam, że nieraz sapnęłam ze zrozumieniem. Wreszcie sam Paddington, poczciwina, choć jest raczej kukłą ożywioną siłą mięśni i mocą najtęższych procesorów komputerowych, to nie zgrzytam zębami z zażenowania, gdy pojawia się w świecie realnym.

Miś Paddington w filmie... jak żywyMiś Paddington w filmie... jak żywy

Najważniejsze jednak, że przygody tego dość niezgrabnego w ruchach (by nie rzec siejącego zniszczenie), ale jakże dobrodusznego stworzenia, na chwilę oderwały tę cholernie dociekliwą czterolatkę ode mnie. Siedziała obok z pełnym zainteresowaniem śledząc fabułę, sporo się chichrała, pytań zadawała mniej niż zwykle. Może dlatego, że zazwyczaj ogląda filmy selekcjonowane przez starszego brata, a - umówmy się - każdy czterolatek może mieć czasem kłopoty z nadążeniem za sytuacją w "Nowej Nadziei” (Gdzie oni lecą? A po co? A ten pan jest zły? A ten pan jest dobry? A dlaczego? A co się stanie?), "Tronie” (Dlaczego on tam jest? Co on wyciągnął?), czy choćby "Powrocie do przyszłości” (On jest młody? A jego tata też jest młody? A ten stary jest cały czas stary? Dlaczego, mamo, nooo?).

Całość może nie aspiruje do miana wielkiego kina, ale w kategoriach "film familijny" sprawdza się całkiem nieźle. Powiem więcej, tego samego dnia rano byłam na pokazie trzeciego "Hobbita" i choć jestem fanką, wyszłam znudzona, a tu? Po powrocie do domu miałam poczucie, że to był całkiem mile spędzony czas. Możecie mnie teraz zabić.

Myliłam się też co do samego misia - wcale nie jest zidiociałym niezgułą czyhającym tylko na okazję, by się poślizgnąć na skórce od banana ku uciesze gawiedzi. Miś jest OK. Pewnie dlatego, kiedy rozglądałam się za prezentami świątecznymi dałam się ponieść entuzjazmowi i kupiłam nowe wydanie zbiorcze przygód Paddingtona. Ledwo opuściłam księgarnię, poczułam się jak wyrodna matka. Mogłam kupić kolorowe klocki, albo coś, czym to biedne dziecko będzie się mogło pobawić. Czemu jestem taka nudziarą i wybrałam książkę. No trudno - albo rzuci w kąt, albo będzie cierpieć i przepracowywać ten problem podczas wielogodzinnych sesji terapeutycznych. Szczęśliwie prezent okazał się trafiony w dziesiątkę. Zdjęcie mówi samo za siebie - radości nie było końca.

Radość z prezentuRadość z prezentu

Ciepłe wspomnienie z seansu kinowego zrobiło swoje - Olga była zachwycona, po raz kolejny w sposób typowy dla czteroletniego bóstwa chaosu starała się opowiedzieć o wszystkich wątkach z filmu naraz, zaordynowała też natychmiastowe czytanie. Tak oto przeszliśmy klasyczną drogę współczesnych wyrzutków kultury wysokiej - od filmu do książki. Nowe wydanie jest raczej nieporęczne, trudno się zasypia wtulając się w twardą okładkę, siniaki po spotkaniu z rogami utrzymują się przez kilka dni, a ręce szybko się męczą podczas trzymania tomiszcza na wysokości oczu, ale frajda z lektury pozostaje niezmienna. Stare ilustracje mają sporo wdzięku, same książkowe przygody niedźwiadka i rodziny, która się nim zaopiekowała - miłe. Może zdziadziałam do reszty, a może po prostu przedawkowałam w tym roku literaturę postapokaliptyczną i to jest dobra odtrutka.

Co też tam się kryje? Oryginalne ilustracje z misiem Paddingtonem autorstwa Peggy Fortnum Co też tam się kryje? Oryginalne ilustracje z misiem Paddingtonem autorstwa Peggy Fortnum

UWAGA! BRITISH COUNCIL zaprasza wszystkie przedszkolaki i uczniów szkół podstawowych do wzięcia udziału w paddingtonowym konkursie filmowym! Aby wygrać, trzeba działać drużynowo i wykazać się kreatywnością w tworzeniu wyjątkowej mapy Londynu. Wszystkie informacje znajdziecie POD TYM ADRESEM, a my mamy nadzieję, że pochwalicie się swoimi projektami także i nami!

foch

Więcej o: