Kupa utrapienia. Rzecz o braku taktu

Nie wiem dokąd zmierza ludzkość, wiem jedno - nic tak nie porusza ludzi, jak kupa. Ostatnio w niezłe szambo wpakowali się ci, którzy stanęli po dwóch stronach pampersowej barykady. Fechtując na prawo i lewo wolnością, zdają się wylewać dziecko wraz całym tym nocnikiem.

Zaczęło się słabo - od tytułu, który na zebraniach redakcyjnych zwykło nazywać się dupochronem. "To nie jest felieton przeciwko matkom”. Jasne, że nie przeciwko matkom - dalsze zdania wskazują, że to kolejny felieton przeciwko powolnej śmierci kindersztuby i wszystkim grzechom bezstresowego rodzicielstwa, że to wyrok śmierci na wózkary i wózkarzy. Obrywa się delikatnie rodzicom gimnazjalistów, tak dyskretnie, bo owi gimnazjaliści "całym ciałem demonstrują ojcu (a przy okazji i otoczeniu), że są tu, że zamówili, ze jedzą, bo robią łaskę. Wielką łaskę, jeśli chcecie wiedzieć (ojciec wolałby nie)”, a potem dwóm małżeństwom "albo partnerom, kto dziś wie” - jak diagnozuje autorka. "Dziś nie jesteśmy już szczególnie wyczuleni na małe dzieci np. w restauracjach. Już się przyzwyczailiśmy, ze rodzice ciągną je ze sobą wszędzie”.

Potem następuje traumatyczny moment, który, sadząc z relacji dziennikarki być może będzie ją kosztował kilka sesji terapeutycznych - dziecko zrobiło kupę, matka przewinęła dziecko w kilka chwil na restauracyjnej kanapie, po czym wyrzuciła pieluchę do kubła w toalecie. Procedura trwała chwilę, smród w toalecie pewnie unosił się dłużej (co sugerowała relacjonująca to wstrząsające zdarzenie specjalnie dla państwa dziennikarka), rozmowy o ciężarze czynu owych młodych rodziców trwały przy stoliku dziennikarki jeszcze długo. Krótki opis mógł mi się wydawać celowo groteskowy i przerysowany, ale oni chyba na serio rozważali, co powinna zrobić młoda matka. "Może powinna od razu wyjść i jechać do domu i tam pozbyć się pampersa z niespodzianką? A może, planując obiad w restauracji powinna przewinąć małą tuż przed wyjściem z domu? Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że zrobiła rzecz niedopuszczalną. i że - co gorsza - najpewniej nie ma o tym pojęcia!”.

Mam nadzieję, że dziennikarka wraz z towarzystwem (międzynarodowym, amerykańskim, o czym nie omieszkała wspomnieć) natychmiast wyszła z knajpy, uprowadziła młodą matkę, trzy dni ją torturowała za pomocą osranego pampersa, a następnie przeciągnęła po lesie, związała, zamknęła w bagażniku samochodu, który utopiła w kanale ściekowym zostawiając w schowku wiadomość dla śledczych: "Każda kolejna młoda matka (lub ojciec), który odważy się przewinąć publicznie swoje dziecko może liczyć na podobną karę". Myślę, że to jedyny sposób zapobiegania pladze pampersów z niespodzianką. Pisanie o tym felietonów nie zmieni niczego, poza tym, że publikujący je serwis zatrze z radością ręce obserwując ilość klików, lajków, udostępnień i burzę gówna w komentarzach. A nie, przepraszam, pisanie felietonów o tym jak beznadziejnie roszczeniowi są dzisiejsi rodzice może tylko zaostrzyć sytuację. Społeczeństwo bezdzietne, lub dzieciate, ale z tych, co to "Ja nigdy takich rzeczy nie robiłam!” będzie coraz bardziej wrogo nastawione do młodych rodziców, a młodzi coraz bardziej ostentacyjnie zaczną się wdzierać w przestrzenie publiczne. Jeszcze moment i zapomną o co walczyli na początku, skupią się już wyłącznie na przerzucaniu gówna - w przenośni i dosłownie.

Nie chciałabym pisać o braku empatii, bo każdy ma inną inteligencję emocjonalną. Jak zauważył zaprzyjaźniony "podróżujący ojciec” Sergiusz Pinkwart na swoim blogu Dziecko w Drodze: "Dbałość o komfort psychiczny Agnieszki Kublik i jej amerykańskich przyjaciół jest dla mnie ważny, ale - sorry - nie jest priorytetem. Mając do wyboru narażenie się na krytykę dziennikarki Gazety Wyborczej i zdrowie mojego dziecka, nie będę się długo zastanawiał. I niech mnie nazwie chamem". Tak to niestety działa. Kiedy jest się rodzicem, komfort własnego dziecka staje się kluczowy, a jego komfort nie polega na tym, że wyduszamy z niego kupsko zawczasu przed wyjściem z domu, ani na tym, że siedzi na dupie w domu, bo jego widok razi społeczeństwo. Jego komfort nie polega też na tym, że rodzic wywleka dziecko z placu zabaw, kiedy chce się temu dziecku siku, i wlecze to dziecko do domu, bo tam jest miejsce sikającego dziecka, ALE. No właśnie.

Też cholernie dużo podróżuję z dziećmi, co więcej, nie mam samochodu, w którym mogłabym się ukryć, rzadko kiedy mam też ze sobą przenośny bunkier, w którym ubrana w hidżab z dzieckiem przykrytym ortalionowym kocem zamykam się, by potomstwo dopełniło potrzeb fizjologicznych. Co gorsza "ciągam swoje dzieci za sobą”, bo taki już mam model życia, że jeśli chcę żyć, zarabiać pieniądze i nie porzucać dzieci w sierocińcu, bo w sumie kocham je i to nawet bardzo, pewnie dlatego, kiedy planujemy wyjścia, wyjazdy i inne tego typu sytuacje - uwzględniamy ich upodobania i potrzeby. Całe szczęście obydwoje wyrośli juz z pieluch (jedno obecnie jest w wieku bulwersującego obsikiwania roślinności wokół pracy zabaw, kiedy WTEM! dopadnie je potrzeba fizjologiczna natury lżejszej a w pobliżu brak domu i restauracji, starsze jest w fazie fochów restauracyjnych (jak to nie ma dzisiaj galuszek i lemoniady z sokiem z bzu! Jak to Pola Dwurnik dojadła sery pozostawione przez Duńczyków?!).

Co mogę powiedzieć ze swojego skromnego okopu gdzieś na uboczu tej wielkiej bitwy zasranych armii? Otóż nie dziwi mnie bulwers bezdzietnych na pampersy. Dopóki nie poczujesz mrożącego krew w żyłach oddechu bestii zwanej bachorem, wydaje ci się, że wiesz doskonale lepiej JAK POWINNI SIE ZACHOWYWAC MŁODZI RODZICE, gdzie powinni przebywać, a gdze wchodzić im nie wypada. Szafujesz swoimi poglądami na prawo i lewo z wyższością opluwając to roszczeniowe tałatajstwo z wózkami. Dziwi mnie za to absoluty brak taktu u młodych rodziców. Podobno chamstwem można zawojować świat, ale  ja się do tego nie nadaję. Kiedy zaś mówię o takcie,  to nie mam na myśli pełzania i błagania o przewijak, ani pytania wszystkich postronnych, czy nie przeszkadza im prezentowanie dupy noworodka na restauracyjnej kanapie. Chodzi o to, że można pewne rzeczy załatwić taktownie. Nie ma przewijaka w toalecie? Idziemy do obsługi. Pytamy grzecznie co w tej sytuacji możemy zrobić, bo jesteśmy tu z dzieckiem i zaszła taka sytuacja.

Powiem szczerze, może to moje cielęce spojrzenie, może przypadek, ale we wszystkich przypadkach działało. W pewnym łotewskim zamczysku dwóch szatniarzy niosło mi stolik do toalety dla niepełnosprawnych tak, bym mogła nie tylko spokojnie przewinąc dziecko, ale miec dostęp do ciepłej wody, kubła i ręczników papierowych. I wiecie co? Oni byli jeszcze uśmiechnięci i zadowoleni, że mogą mi pomóc. Zwyrodnialcy. Podobnych dziwaków spotykałam od wschodu do zachodu, od Tczewa po Haapsalu. Wystarczyło być po ludzku grzecznym i uprzejmym. A jeśli jesteście w miejscu, w którym obsługa ma w dupie potrzeby wasze i waszego dziecka? Mówię wam - nie ma sensu, byście dotowali działalność takiej knajpy i zamawiali tam kolejne dania. Możecie tez powiedzieć innym znajomym, że może jedzenie wyborne, ale obsługa obsysa, a dla mnie najważniejsza jest dobra atmosfera, ja nie chce jej psuć smrodem pieluch, a obsługa nie chce, by ktokolwiek na sali czuł się jak obywatel gorszej kategorii.

Nikomu z nas zaś nie zależy na manifestowaniu swojej wyższości. W całej tej pampersowej wojnie po prostu wszyscy zapomnieli o jednym, o byciu człowiekiem wśród ludzi. I o kulturze. I odrobinie dobrego wychowania. I o tym, że o pewne sprawy warto pytać. I o to, że jak się dziecko w lesie będzie wychowywać, to potem już na całe życie zostanie nieokrzesanym Tarzanem. I o tym, że jeszcze dwieście lat temu mało komu przeszkadzała srająca pod schodami arystokracja. I, że pani w supermarkecie którą właśnie rugamy machając jej przed nosem swoją kartą debetową też może właśnie potrzebować zmiany pampersa. I, że ostracyzm ludzi z małymi dziećmi nie jest wcale słuszną drogą rozwoju. I, że rozpychanie się łokciami wszędzie tylko dlatego, że macie małe dziecko też nie jest wcale miłe. I że może rację miała Masłowska, kiedy sepleniła i dukala, że społeczeństwo jest niemiłe.

Więcej o: