Osiem zaskakujących polskich sukcesów w 2014 roku

Lubimy o sobie myśleć źle i pomniejszać sukcesy. Uwielbiamy wytykać własne wady i maskować solidną czarną chmurą przebłyski słońca. Ale nie tym razem! Rodzime fenomeny nie uszły uwadze ludzi spoza Polski. I są to sukcesy, z których wszyscy możemy się cieszyć.

Tu nic nie ma prawa się udać, wiadomo. Te sukcesy Justyny Kowalczyk, Tomka Bagińskiego czy grupy Behemoth to przecież nuda. Bezwstydnie jadą na jednym patencie, doją tę - chudą zresztą - krowę swojego talentu tak, że im wątłe wymiona w chciwych łapskach zostaną, tak będzie. Ślepej kurze trafiło się ziarno, tyle że wielorazowego użytku. Też mi coś. A tak poza tym nikt nas nie lubi, nie chce i nie szanuje” - tak, tak. Za każdym razem, kiedy ktoś próbuje chwalić się naszymi sukcesami, wolimy zaprzeczać, zdeprecjonować, prezentując przy okazji postawę krytyczno-ironiczną. Ja czasem wolę jednak prezentować źle postrzegany optymizm, zwłaszcza, że 2014 rok przyniósł kilka bardzo przyjemnych sukcesów rodaków na arenie międzynarodowej. Można różnie je komentować, bo też różnego są kalibru. Na pewno nie były za to tylko lokalne i proste do przewidzenia. Ja przypomnę za co należy się szacunek, ale - mając w pamięci w jakim kraju żyjemy - poszukam dziury w całym.

kadr z filmu kadr z filmu "Ida", materiały prasowe

Wyliczankę zacznę dość przewidywalnie - od nieprzewidywalnej „Idy”.Bo nominowana do Złotego Globu i na liście filmów nominowanych do Oscara dla filmu zagranicznego. Bo Paweł Pawlikowski sięgnął po Europejskie Nagrody Filmowe 26 lat po Kieślowskim, pokonując Von Triera i Zwali Zwija Zwiagincewa, kurde! O tym napisano już wszystko, więc tu tak tylko gwoli formalności. Ważne jest też to, że ludzie - czy to we Francji, czy w Ameryce - chcą to oglądać. Kameralna, niedzisiejsza i niełatwa „Ida” zarabia miliony dolarów, przyciąga setki tysięcy osób. Opcja twierdząca, że dzieje się tak tylko dlatego, iż film porusza kwestię żydowską i to w nieprzyjemny dla Polaków sposób, brzmią coraz bardziej niedorzecznie. Chcesz krytykować i się nie skompromitować? Najbezpieczniej krzyczeć: "nuda!". Powszechnie wiadomo, że filmy o zakonnicach dostarczają rozrywki wtedy, gdy grają je przebrani mężczyźni noszący pod habitem wielkie, sztuczne balony.

na planie filmu na planie filmu

2. Przez wielki ekran przebojem przeszli „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. O ile Pawlikowski jest taki trochę zagraniczny, za „My Summer of Love” dostał nawet nagrodę BAFTA dla najlepszego filmu brytyjskiego, tak Palkowski jest swojski, ma na koncie coś o twardej dziewczynie z Pragi i komedię z Karolakiem. Poświęceni Zbigniewowi Relidze „Bogowie” wydają się przełomem w jego karierze. Rola Kota i scenariusz Raka poprowadziły do Złotych Lwów oraz wyrażanej jeszcze przy „Psach”, ale za każdym razem przecież miłej opinii, że to „pierwszy polski amerykański film”. Na słowach się nie skończyło, potencjał zagraniczny potwierdziła nagroda Project London. Obraz trafił do 16 miast na Wyspach znajdując się po weekendzie otwarcia w pierwszej trójce w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Guardian napisał, że „daje kopa” chwaląc realia, dialogi i drugi plan. Zagraniczni blogerzy wskazywali na to, co w polskim kinie zwykle deficytowe - subtelności, emocjonalną głębię i czarny humor. Na co zatem narzekać? Co z tego, że jakaś próba kina gatunkowego wreszcie nie ciąży ku farsie, że słychać co aktorzy mówią (i w dodatku nie jest nam z tego powodu przykro), że nie ma ulubionego patentu cycus ex-machina? To nasz sukces wewnętrzny. PODOBNO takich rzeczy kręci się w zachodnim świecie na pęczki. Niektórzy robią nawet dużo małych filmów, gdzie są prostytutki, motory i toczeń, a nie jakieś ryje smutne i dłubanie w sercach.

Paweł Tabakow, fot. Agencja GazetaPaweł Tabakow, fot. Agencja Gazeta

3. „Ida” jako środek nasenny doskonałej jakości i „Bogowie” sławiący talent Religii nie są szczęśliwie jedynym polskim wkładem w światową medycynę. Zadbało o to kilku wybitnych fachowców - przez kolejny rok, tym razem za sprawą Krajowej Sieci Teleaudiologii triumfował np. prof. Henryk Skarżyński. Dostał nawet prestiżową, światową nagrodę Prix Galien. Ale ja nie o nim, bowiem do zestawienia trafia drugi Paweł, neurochirurg z wrocławskiego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, dr. Tabakow. Co osiągnął? Za sprawą terapii prowadzonej przez niego (i jego zespół!) pacjent z przeciętym rdzeniem kręgowym mógł podnieść się z wózka, gdyż uszkodzona tkanka zaczęła się regenerować. O sprawie pisał Guardian, swój dokument nakręciło BBC, a sam zainteresowany przyznał: „To jest krok milowy we właściwym kierunku, aby można było tę metodę stosować jako standardową metodę leczenia pacjentów z ciężkimi albo całkowitym urazowym uszkodzeniem rdzenia kręgowego”. Czego się przyczepić? Najlepiej tego, co wytykają komentarze zagraniczne - wynoszony na piedestał Tabakow kontynuował rozpoczęte jeszcze w latach 80. dzieło Geoffreya Raismana. Gdyby nie był przereklamowany, wymyśliłby medycynę jeszcze raz. A po pracy śpiewał bluesowe piosenki.

BEBIURO - Dom Energooszczędny w RzeszowieBEBIURO - Dom Energooszczędny w Rzeszowie

4. Kto pisze najbardziej przerażające książki w Polsce? Z odpowiedzią warto by poczekać na autobiografię Ignacego Karpowicza, ja na razie obstawiam Springera, bo to od jego raportów z przestrzeni publicznej włosy stają dęba, krew pulsuje w skroniach, a chęć mordowania skorumpowanych urzędników, zbrodniczych deweloperów i cynicznych prawników wzrasta o trzysta procent. Dlatego do zestawiania trafia architekt Bartek Piotrowski (BEBIURO). Podczas gdy Tabakow pozwala wstać z wózka, dzięki Piotrowskiemu bez strachu możemy otworzyć oczy. Jego projekt górskiego domku jest - zdaniem blisko 18 tysięcy zarejestrowanych użytkowników strony worldarchitecture.org - bardzo dobry. Ba, w konkursie 20+10+X Architecture Awards znalazł się w finałowej dziesiątce. Dom zagłębia się w skarpie wykorzystując naturalną izolację. Ściany są jednocześnie fundamentami, okna i drzwi przesunięto na jedną z nich, zewnętrzną i w całości przeszkloną. Druga, poliwęglanowa skóra pozwala kontrolować wentylację i nasłonecznienie. Stropodach rekompensuje brak przestrzeni stanowiąc przy okazji taras widokowy. Co wytknąć? Ten domek ma służyć młodemu muzykowi. Proszę tylko pomyśleć ile ludzi, w tym radnych, doradców, rzeczników i innych fascynujących wykwitów vogońskiej cywilizacji zmieści się w górskiej stodole Hotel Gołębiewski!

Cóż za niepoważny artysta! Skandal!  Włodek Pawlik z nagrodą GrammyCóż za niepoważny artysta! Skandal! Włodek Pawlik z nagrodą Grammy

5. Gdzie mieszka muzyk Włodek Pawlik? Po tym, jak dostał nagrodę Grammy, z pewnością w wielu zakłamanych, snobistycznych serduszkach pojawiło się takie pytanie. Zaszczyt jest tak duży - wcześniej Polacy nie mieli nawet nominacji - że w niczym nie przeszkadza fakt, że trzeba się nim podzielić. Statuetkę wręczono w kategorii najlepsza płyta nagrana w dużym jazzowym składzie. Album „Night in Calisia”, chwalony na świecie za elegancję melodii, równowagę między orkiestrą i solistami i piękno, powstał za sprawą współpracy z Filharmonią Kaliską i Randym Breckerem. „Ta nagroda jest konsekwencją pewnych decyzji, konkretnych wydarzeń, przede wszystkim wydania płyty wydanej w Stanach Zjednoczonych przez wytwórnię Summit Records. Płyta zaczęła żyć swoim własnym życiem, stała się popularna w Ameryce i ta nagroda jest konsekwencją tej popularności” - przyznał Pawlik, „Władymir Horowitz jazzu”, muzyk z doktoratem, laureat wielu międzynarodowych i polskich konkursów, twórca ścieżki dźwiękowej do „Nightwatching” Petera Greenawaya i 24 solowych płyt. To dowodzi, że należy cenić go nie tylko za talent i dokonania, ale też za skromność. Co punktować? Chyba tylko dziedzinę. Jak głosi jedno z bardziej wiarygodnych źródeł (Nonsensopedia): „Ów gatunek jest kompletnie niezrozumiały dla zwykłego człowieka, przez co na koncerty przychodzą tylko kujony, szaleńcy, kosmici, wilkołaki oraz inni mieszkańcy świata mroku oraz planet Wenus i Krypton”.

ZAMILSKA, fot. Dominika WęcławekZAMILSKA, fot. Dominika Węcławek

6. W zalewie smutnych, szarych kolesi i ich introwertycznej elektroniki idealnej do słuchania między 3.37 a 4.12 rano (pod warunkiem istnienia ołowianych chmur opętańczo zwisających nad metropolią) „Untune” Zamilskiej było intensywnym debiutem. „Mimo sporego szumu dokoła poczynań Zamilskiej, ciężko było przewidzieć, że do pochwał przyłączą się również media zagraniczne. A jednak! Płyta zajęła dwunaste miejsce na liście magazynu The Quietus” - pisze Jakub Buszek z uwolnijmuzyke.pl ciesząc się, że Polce udało się wyprzedzić albumy Future Islands, Wild Beasts, Actress, Liars i St. Vincent. Utwory Zamilskiej grano też w radiowej audycji cenionego magazynu The Wire. Co gra Natalia? Patrząc po tym jak protestuje, gdy względem jej twórczości używa się słowa techno, można mieć niemal pewność, że techno. Quietus pisał o prowokującej, grubo ciosanej muzyce w rytmie 4/4 z samplami całego świata. Niech będzie. Artystkę można atakować stylem walki młodego dziennikarza pragnącego zaistnieć uderzając znienacka zarzutem o niedostateczną świeżość i powielanie zachodu. Tu jednak istnieje ryzyko towarzyskiego blamażu, gdy nie będziemy umieli wymienić tych, których rzekomo powiela. Dlatego najłatwiej rzucić maleńczukowym bon motem o techno, wrzucić mema z jakimś różowym balasem z Love Parade i z głupim, pełnym samozadowolenia wyrazem twarzy generować dźwięk „umc umc umc”. Mam ochotę przy okazji pójść w prywatę i powiedzieć wam o pewnej niesamowitej dziewczynie robiącej muzykę intrygującą, piękną i cenioną poza Polską (zaproszenia na festiwale w Berlinie, występy w Londynie, znów pochwały od dziennikarzy The Wire), ale ponieważ pracujemy razem nad różnymi projektami, najłatwiej byłoby wam narzekać, że obecność We Will Fail w tym podsumowaniu to emanacja nepotycznych zapędów byle pismaczyny.

7. Obydwie dziewczyny dopiero rozpoczynają swoją odyseję, tymczasem wspaniały prezent na 40-lecie pracy w otrzymała Danuta Młoźniak, ogrodniczka prowadząca z mężem firmę Gardenarium, odpowiedzialna za portal Ogrodowisko, znana chociażby ze sponsorowania i wykonania warszawskiego Dotleniacza Joanny Rajkowskiej. Otóż jej przydomowy „Ogród nie tylko bukszpanowy” wybrano jako jeden ze stu najpiękniejszych ogrodów świata i umieszczono w wydanej w USA i Wielkiej Brytanii książce Emmy Reus. Niewygodna - mała i trójkątna - działka została czujnie obsadzona m.in. bukszpanami, cisami, hortensjami i różanecznikami. Gatunki dobrano tak, by ogród był atrakcyjny przez cały rok, a wykorzystanie luster odpowiada za iluzję obcowania ze sporo większą przestrzenią, zresztą tu zagospodarowano nawet dach śmietnika. Przemyślaną, celowo ograniczoną paletę kolorów -zieleń w różnych odcieniach, bladą żółć, biel, czerń, niebieski i szczyptę purpury - dzięki specjalnemu oświetleniu można podziwiać również w nocy. Całość uzupełniają dekoracje. Niby wszystko pięknie, ale jak to jest, że na świecie umierają z pragnienia a my podlewamy niejadalne rośliny? Pamiętajmy, dziś wyjaławiają nam glebę, jutro zarosną nam miejsca pracy. Ale po co chodzić do pracy, jak można grać w gry.

This War of Mine, 11 bit StudiosThis War of Mine, 11 bit Studios

8. „This War of Mine” polskiego 11 Bit Studios fantastycznie wygląda w samych liczbach - zwrot zainwestowanych środków już po dwóch dniach, wzrost wartości akcji giełdowych formy o 300%, gracze z 92 krajów (w tym 33% z USA), w 96 % recenzujący grę pozytywnie. Wypalił przede wszystkim pomysł, by odwrócić rolę i wojnę pokazać z perspektywy cywila, wprzęgając w to wszystko autentyczny świat wynikający z relacji z pierwszej ręki. Zamiast kładzenia pokotem setek wrogich żołnierzy kosztem strat we własnych oddziałach - koncentracja na tym, żeby przetrwać, poradzić sobie ze szczurami czy biegunką. Zamiast dyszenia i radości z mordowania, refleksja nad tym, co wojna za sobą niesie. Świat przedstawiony nie jest hiperbolą konkretnego regionu - znajdziemy tam odbicie Bałkanów, powstańczej Warszawy i mnóstwa innych miejsc. Tak miało być, bo o uniwersalizm chodzi. No i super, ale przypomnijmy: gry komputerowe są dla dzieci i to tych rozczarowujących, co to się gapią w ekran zamiast trzeci raz przeczytać pięciostronnicowy opis wombata w „Tomku w Krainie Kangurów”, najpewniej słuchają też przy okazji płyt Behemotha i generalnie nie rokują. Pamiętajcie, prawdziwi dorośli nie uprawiają żadnych gierek. Tylko Zanussi.

Więcej o: