Jak bardzo nienawidzisz swojej pracy?

Duńczycy mają specjalne słowo wyrażające szczęście płynące z faktu spełniania się w pracy: arbejdsglade. Nawet nie próbujcie tego wymawiać, ale warto się zastanowić czy praca daje nam radość, czy zwyczajnie jej nie znosimy?

Ostatnio przeczytałam artykuł o tym, że Amerykanie nienawidzą swojej pracy i co gorsze, uważają to za coś normalnego. Po prostu chodzą do roboty i się w niej męczą - w przeciwieństwie do przywołanych już Duńczyków. Jak się okazuje jednak nie tylko Duńczycy czerpią radość z codziennej orki. Gdy Holendrzy są szczęśliwi w pracy mówią arbeidsvreugde. Nasi zachodni sąsiedzi nie są gorsi i swój entuzjazm określają długim (jak to w niemieckim) rzeczownikiem Arbeitszufriedenheit. Jeśli chcecie przerazić swoje dzieci, to możecie im znienacka zasunąć takim słówkiem do małego uszka.

Ale dość już tych zabaw językowych, wróćmy do tematu. Alexander Kjerulf, autor książek o motywacji w pracy w swoim artykule podaje pięć głównych powodów, dla których Duńczycy (liderzy szczęścia w światowych rankingach) są bardziej szczęśliwi w pracy niż Amerykanie (miejsce 17 w tymże rankingu). Pierwszy z nich to rozsądne godziny pracy. Amerykanie pracują po prostu za długo. Według danych OECD za 2013 rok - 1788 godzin rocznie, podczas gdy Duńczycy tylko 1411. Przyznam, że przeraziły mnie te statystyki, ponieważ wynika z nich, że my pracujemy jeszcze więcej niż Amerykanie - 1918 godzin rocznie. Smutne jest tak naprawdę to, że te roboczogodziny nie przekładają ani na wyższe zarobki ani na nasze poczucie zadowolenia z życia. W rankingu najszczęśliwszych krajów świata w 2013 roku, opublikowanym przez ONZ, znajdujemy się na 51 miejscu. Na tle Unii Europejskiej Polacy są jednym z dłużej pracujących narodów. Według danych eurostatu w IV kwartale 2013 r. pracowaliśmy średnio 38,5 godziny tygodniowo. Średnia unijna wynosiła 37,1. Z kolei Holendrzy i Duńczycy pracują najkrócej - odpowiednio 29 i 33 godziny tygodniowo. Czy żyje im się źle? Wątpię. Wręcz przeciwnie, mają czas żeby cieszyć się życiem i zarobionymi pieniędzmi. Co z tego, że naharujesz się jak wół po 12 godzin dziennie, skoro nawet nie będziesz miał sił i czasu, żeby spożytkować te wszystkie złote dukaty? Zarabianie dla samego zarabiania? Gromadzenie tych pieniędzy w bankach, skarpetach czy czymkolwiek chcecie? Siedzenie na nich jak kwoka na jajach? Dla mnie to nie ma sensu. Pracuję po to, żeby żyć, a nie odwrotnie.

www.rottenecards.comwww.rottenecards.com

Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na poczucie szczęścia w pracy jest według Aleksandra Kjerulfa „Low power distance”. W kontekście przywołanego artykułu przetłumaczyłabym to jako „współczynnik niezależności”, ale może znajdziecie lepszą propozycję. Chodzi o to, że w firmach, gdzie szefowie wprowadzają dyktaturę, pracuje się zdecydowanie gorzej. Model zarządzania polegający na bezdyskusyjnym posłuszeństwie sprawdzał się niewątpliwie w systemach opartych na niewolnictwie, ale teraz pracownik nie chce być niewolnikiem. Chce swobody, możliwości realizacji własnych pomysłów, potrzebuje inspiracji, a nie ścisłych wytycznych. Pracownicy, którzy są samodzielni i mają większą przestrzeń do podejmowania własnych decyzji, są szczęśliwsi, a ludzie szczęśliwi bardziej przykładają się do pracy. To wydaje się proste, ale nie jest. Czasem trzeba ślepo wykonywać rozkazy, a jak się nie podoba, to „do widzenia” - brzmi znajomo, prawda? Każdy, kto choć trochę pracował, usłyszał pewnie nie raz taką głęboko motywującą sentencję. Jednak każdy kij ma dwa końce i nie raz zbytnia swoboda i ułańska fantazja sprowadziły pracowników na manowce. Ma to choćby odzwierciedlenie w naszej zagmatwanej przestrzeni publicznej, którą rządzi bóg chaosu, developer i panie sekretarki (z całym szacunkiem dla wszystkich sekretarek) dobierające kolory na elewacjach ocieplanych bloków „no, bo kto się ma znać na kolorach jak nie kobieta” - o czym pisał Filip Springer w „Wannie z kolumnadą”.

Innymi czynnikami wpływającymi na arbejdsglade (a co tam, uczmy się nowych wyrazów) są przywileje pracownicze, takie jak na przykład płatny urlop macierzyński, o którym Amerykanki mogą jedynie pomarzyć, szkolenia oraz koncentrowanie się na zadowoleniu z pracy. Alexander Kjerulf, choć nie chce demonizować amerykańskiego modelu, uważa, że Duńczycy nie traktują swojej pracy jedynie jako źródła zaspokojenia potrzeb finansowych, oni po prostu ją lubią, kreując jednocześnie odpowiednie środowisko do własnego rozwoju. Bliższy jest mi oczywiście model europejski, być może dlatego, że nie mam rozwiniętej potrzeby rywalizacji i walki o stanowisko. Wolę mniej zarabiać, ale mieć więcej czasu i mniej siwych włosów.

www.someecards.comwww.someecards.com

Możemy nienawidzić swojej pracy z wielu powodów. Bywa, że trafił się nam beznadziejny szef, który się pastwi nad nami przyprawiając o migotanie przedsionków i nawrót choroby wrzodowej. Czasem pracujemy z bałwanami i leserami lub z bandą podsrywaczy dybiących tylko na nasze wygrzane krzesło. Czasem nienawidzimy tego co robimy, brzydzi nas wciskanie ludziom kitu, albo nasza praca jest śmiertelnie nudna, a na dodatek pensja w zasadzie to starcza na waciki. Możemy cierpieć z powodu dojazdów, korki w okolicach Domaniewskiej sprawiają, że można osiwieć lub zjeść kierownicę na surowo. Dopóki to jest jeden powód do nienawiści i bilans korzyści jest dodatni, można zacisnąć zęby i jakoś przetrwać. Lecz jeśli jest już kompletnie do chrzanu to...  jakby co pamiętajcie, że 31 marca 2015 to dzień rzucania beznadziejnej pracy!

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: