Klisze, odbitki, polaroidy. Dlaczego lubię fotografię tradycyjną

Jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów - głosi chińskie przysłowie. Ja bym dodała - i więcej niż tysiąc słów jest w stanie zachować uczuć i wspomnień. Dlatego pielęgnuję w sobie staroświecką dziwaczkę: robię tradycyjne zdjęcia i zbieram aparaty analogowe.

"To fantastyczne! Odpowiada na dwie kluczowe potrzeby współczesnego człowieka: natychmiastowej gratyfikacji i pragnienia posiadania czegoś fizycznego w scyfryzowanym świecie” - zakrzyknęła moja przyjaciółka Ania (pani doktor nauk humanistycznych, co nietrudno po powyższym zdaniu było zgadnąć) na widok pojawiającej się odbitki z aparatu polaroidopodobnego, który przyniosłam na imprezę. Było to niemal dokładnie dwa lata temu, w Sylwestra. Zdjęcia z tamtej nocy do dziś wiszą na mojej lodówce, tak, jak wiele innych, robionych Instaxem (FujiFilm) i Polaroidem. Nie są to fotografie artystyczne, nie ma na nich miejsca na przemyślaną kompozycję i zabawę światłem, jest za to dużo radości, płaskie od flesza plamy kolorów i uchwycone na zawsze chwile.

Chwile uchwycone (Fot. Archiwum prywatne)Chwile uchwycone (Fot. Archiwum prywatne)

Pewnie sobie myślicie - "o raaanyyy, jaka straszna warszawska hipsterka wyszła”. Otóż nie. Moją miłość do polaroidów datuję na ca. 1987 rok, kiedy na jedną z rodzinnych imprez przyjechał daleki kuzyn z Francji. Poza tym, że miał szałowego, najbardziej francuskiego z francuskich cytrynowego Citroena (!) to przywiózł właśnie ten cudowny wynalazek - aparat, który po naciśnięciu spustu migawki od razu "drukował” zdjęcie w niewielkiej ramce. Jedno, jedyne, niepowtarzalne. Czekało się z niecierpliwością na to, aż zdjęcie zacznie się pojawiać, niektórzy dla przyspieszenia procesu trzepali odbitką (czego, nawiasem mówiąc, nie należy robić, bo można co najwyżej popsuć emulsję; dla przyspieszenia procesu można na przykład ogrzać odbitkę w dłoniach, choć powiedzmy sobie szczerze - te kilka minut da się wytrzymać).

Mam zdjęcie z tamtego dnia do dziś - stoimy w czwórkę z moim bratem i dwojgiem kuzynostwa, ja mam kręcone blond włosy i ściskam małego burego kota. Podobnie, jak na jednym z niewielu zdjęć z wczesnego dzieciństwa, na którym z kolei ściskam dużego burego kota. Był to mój pierwszy, ukochany kot, zwierzę tak spokojne, że pozwalało mi robić sobie wszystko, łącznie z noszeniem ze sobą wszędzie, co w przypadku dwulatki, niewiele od tego spasionego zwierza większej, kończyło się tym, że kot był niesiony za głowę lub szyję a reszta kota wleczona po ziemi - niczym Puchatek ciągnięty przez Krzysia. Jest to jedna z nielicznych pamiątek i fotograficznych zapisów mojego dzieciństwa. Mój starszy brat ma mnóstwo zdjęć, bo jeden z wujków akurat odkrywał w sobie talent i pasję w okresie jego wczesnego dzieciństwa. Do czasu mojego pojawienia się na świecie już mu przeszło.

Przyszła redaktor Sosin z kotem (Fot. Archiwum prywatne)Przyszła redaktor Sosin z kotem (Fot. Archiwum prywatne)

Uwielbiam te zdjęcia, tak samo jak zdjęcia mojej pięknej, młodej babci z jakiejś wyprawy nad jezioro (a może to zalew, albo po prostu łączka pod miastem? Nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać, a teraz jest już za późno). Jak zdjęcia stadka pekińczyków prababci mojej mamy, siedzących w wiklinowych fotelikach na tarasie (miały własne foteliki i wspaniałe imiona godne tych cesarskich piesków - jak Gog i Magog, i były ponoć tak jasnobeżowe, że prawie kremowe). I jeszcze te fotografie, co do których nikt nie jest w stanie powiedzieć co na nich jest ("Chyba to z którejś wyprawy dziadka na Szczawę, ale na pewno to nie wiem”) - można więc puszczać wodze fantazji i zastanawiać się, kto to i gdzie, w jakim nieistniejącym już na pewno miejscu, został uwieczniony, może nie na zawsze, ale na tak długo, ile papier fotograficzny przetrzyma. Zdjęcia taty z czasów wojska, mamy z okresu, kiedy jako dwudziestolatka pracowała w zoo i wielu, wielu, wielu innych - ludzi mi bliskich i takich, których nigdy w życiu nie widziałam. Dzięki tym zdjęciom poznałam wiele ważnych historii rodzinnych, których może nie poznałabym i pozornie nieważnych - jak o Gogu i Magogu. W końcu, każdy z nas nie raz patrząc na zdjęcie sprzed lat myśli sobie "zupełnie o tym zapomniałem!” - i otwiera się szufladka ze wspomnieniem powiązanym z fotografią.

Pekińczyki mojej praprababci (Fot. Archiwum prywatne)Pekińczyki mojej praprababci (Fot. Archiwum prywatne)

Moja ukochana babcia - lata 50. (Fot. Archiwum prywatne)Moja ukochana babcia - lata 60. (Fot. Archiwum prywatne)

Wbrew temu, co wieszczono jeszcze niedawno, rozwój fotografii cyfrowej nie zabił tradycyjnej kliszy, a fotografia "instant” w dobie smartfonów też ma się nie najgorzej, świadczy o tym chociażby The Impossible Project ("projekt niemożliwy”) - holenderska firma, która powstała w 2008 roku tuż po tym, jak Polaroid ogłosił zaprzestanie produkcji swoich "kaset”. Dwóch pasjonatów, którzy spotkali się na imprezie-stypie zamykanej fabryki, sprawnie zebrało pieniądze na odkupienie ostatniej działającej fabryki Polaroida i zatrudnienie dziesięciu najlepszych pracowników firmy. Nie udało im się pozyskać jedynie technologii (bo właściciel nie zamierzał jej sprzedać), więc udoskonalają stary proces chemiczny Agfy metodą prób i błędów. Dlatego ich odbitki wywołują się długo i są niedoskonałe, ale ma to też swój urok.

Prawie trzy dekady później - miłość do zwierząt nie przeminęła (Fot. Wojtek Krosnowski)Miłość do zwierząt nie przeminęła (Fot. Wojtek Krosnowski)

W Warszawie też są maniacy fotografii natychmiastowej. A może nie maniacy, tylko po prostu ludzie, którym na czymś zależy i są w stanie poświęcić trochę czasu i energii na rzeczy niedochodowe.

Oczywiście, nie czarujmy się, robienie zdjęć instant czy wywoływanie klisz i robienie odbitek, pozostaną już zajęciami niszowymi. Mało kto ma na to czas i mało kto czuje się na siłach - a niesłusznie, nie wymaga to wcale wielkiego zachodu. Takie "prawdziwe” zdjęcia mają też wiele innych zalet. Po pierwsze: robi się ich mniej. Przy zapisie na kliszy raczej nie ma szans na zrobienie dwóch tysięcy zdjęć z wakacji, które zrzucisz na komputer po powrocie do domu i nigdy więcej nie obejrzysz. Są odtwarzalne. Kto choć raz stracił dysk z zapisanymi danymi lub odkrył, że płyta CD na którym zapisane były te fajne zdjęcia sprzed 10 lat utleniła się, wie o czym mówię. Czytałam jakiś czas temu, że amerykańscy archiwiści są zaskoczeni tym, jak mało zapisów ataków na WTC przetrwało, choć było ich mnóstwo. Otóż prawie każdy był nakręcony komórką, skąd trafił na jakiś dysk, a do dziś spora ich część przepadła. Efekty zdjęć tradycyjnych zawsze są pewną niespodzianką, a w połączeniu ze starymi aparatami, które źle przewijają kliszę albo są nieszczelne, bywają niespodzianka sporą...

Portret (niezamierzenie) podwójny (Fot. Wojtek Krosnowski)Portret (niezamierzenie) podwójny (Fot. Wojtek Krosnowski)

Mam aparat cyfrowy, robię mnóstwo zdjęć komórką, ale najwięcej miejsca (i kurzu na półkach) w moim domu zbierają aparaty analogowe, także, a może przede wszystkim za sprawą tego, że mój osobisty narzeczony jest doskonałym fotografem. Może gdyby nie on, powstrzymałabym swoje zapędy, a tak - mam kompana w nałogu. Robimy sporo zdjęć analogowych, a zamierzam ich robić jeszcze więcej, bo może i nie są ostre jak żyleta, ale mają w sobie coś, czego żadna cyfra nie podrobi. Są piękne dzięki swojej niedoskonałości i mam nadzieję, że kiedyś, za kilkadziesiąt albo sto kilkadziesiąt lat, kiedy mnie już dawno nie będzie, ktoś wyciągnie je z zapomnianej szuflady i będzie się zastanawiał - kto to jest, ta dziewczyna, ten chłopak i ten piesek na zdjęciu?

Więcej o:
Komentarze (1)
Klisze, odbitki, polaroidy. Dlaczego lubię fotografię tradycyjną
Zaloguj się
  • magicb12

    0

    Są sposoby, aby zwykłe zdjęcie przerobić na zdjęcia Polaroid, do tego potrzebne są specjalne programy, które są proste w obsłudze. Tutaj są podane te programy fotoprint.pl/blog/artykul/efekt-polaroida-na-zdjeciu-cyfrowym--jak-osiagnac-i-do-czego-wykorzystac razem z ich charakterystyką

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX