O zgwałconych dzieciach i ofiarach przemocy - książki, których nigdy nie chciałam przeczytać

Jest noc, na zewnątrz szaleje orkan, a ja się trzęsę. Nie z zimna i strachu, a ze złości i obrzydzenia. Po raz kolejny przeczytałam historię, która doprowadziła mnie do skrajnych emocji, a myślałam, że to będzie bezpieczniejsza lektura.

Ten tekst właściwie powinien nazywać się "Dlaczego od roku dla przyjemności czytam tylko opracowania o socjologii architektury, schematyczne opowieści postapokaliptyczne i niegroźne hard SF”, ale to strasznie długi i mało seksowny tytuł. Alternatywą byłoby "Płaczę głównie przy reportażach i podczas serwisów informacyjnych”. Taka jest prawda.

Nie płakałam po papieżu, za to wyłam jak opętana kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia z Biesłanu, zaś o bezsenność przyprawiły mnie fragmenty zasadniczo przecież niegroźnego zbioru reportaży "Zabójca z miasta moreli”. Dlatego od pewnego czasu nie oglądam wiadomości w telewizji (nienawidzę tego, jak pogrywają sobie z nami, zniosę jedynie "To był dzień na świecie”, resztę rzeczy po prostu czytam, najlepiej bez zdjęć), a radość dostarczają mi proste rozrywki. Wyprawa do Władywostoku razem z bohaterami trylogii Diakowa, spotkania z Wielkim Guslarem, rozmowy z kolegą o misjach kosmicznych i wyprawy w głąb tuneli metra warszawskiego. Ostatnio jednak przeżywam prawdziwą falę rozpaczy. Wszystko przez moją pracę.

Sama chciałam

Jestem ciekawa ludzi, kiedy więc ktoś z wydawców rzuca temat, że przyjedzie do Polski taka czy inna osoba, sprawdzam, czy znajdę odpowiednią ilość czasu, by przygotować się do rozmowy, zbieram materiały źródłowe, czytam sobie książki i czasem wpadam we własne sidła. Tak było z Christiną Krüsi. Moja rozmowa z nią ostatnio ukazała się w weekendowym wydaniu Gazety.pl. Kiedy się spotkałyśmy, Christina wywarła na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie. Była pierwszą tak serdeczną Szwajcarką, jaką poznałam. Miała tę wewnętrzną siłę, mnóstwo pomysłów, widziałam w niej kolejną członkinię naszego sekretnego bractwa Wszystkoików - ludzi, którzy do szczęścia potrzebują tylko jednego: realizowania się na kilku polach, najlepiej jednocześnie.

Jedni mówią na to "chemia", inni "nadawanie na wspólnej fali” - chodzi o sytuację, kiedy dwie osoby potrafią się dobrze dogadywać i po jednym spotkaniu potrafią się zaprzyjaźnić. Książka, którą napisała Christina sprawiła mi jednak ból, przeraziła do żywego i przyprawiła o mdłości, jest bowiem świadectwem osoby molestowanej seksualnie w dzieciństwie.

Raj był moim pieklem, Christina KrusiRaj był moim pieklem, Christina Krusi

W wywiadzie możecie przeczytać o tym, jak Christina poradziła sobie z tą traumą i jak to się stało, że w ogóle mogła ukończyć studia, założyć rodzinę i zostać dyrektorką szkoły, mimo, że tuż po pierwszym z wielu gwałtów praktycznie przestała mówić i pisać. Ja ledwie skończyłam czytać jej "Raj był moim piekłem”, ledwie się otrząsnęłam po spisywaniu i tłumaczeniu ponad godzinnej rozmowy. Już przetrawiłam sobie to, co moja rozmówczyni mówiła o wychowywaniu dzieci, budowaniu zaufania i o zagrożeniach, a już spadły na mnie kolejne ciosy.

Jak ćma w dym

Wszystko wynika z faktu, że dopiero uczę się odmawiać. Z Sally Armstrong mi nie wyszło, pomyślałam jednak, że autorka książki "Wojna kobiet” będzie dobrą osobą do rozmowy o tym, co poszło nie tak, że dziewczyny z Zachodu zaciągają się do ISIS, a matki dzieci urodzonych w Donbasie dołączają do Separów. Po prostu oceniłam książkę po tytule. A potem dostałam swój egzemplarz recenzencki. I oto jestem, siedzę w kuchni, płaczę, trzęsę się ze złości, jest mi niedobrze.

Wojna kobiet, Sally ArmstrongWojna kobiet, Sally Armstrong

Czytam o niesprawiedliwości, upokorzeniu, oraz o wiktymizacji ofiar gwałtu - niezależnie od regionu świata. Czytam relację jedenastoletniej Charity i jej sześcioletniej siostrzyczki, które zostały zgwałcone przez własnego ojca. Czytam o niesprawiedliwości, ostracyzmie i chorobach jakie spadają na te wszystkie niewinne dzieci.

W Kenii co pół godziny zostaje zgwałcona dziewczynka. Niektóre ofiary mają zaledwie trzy miesiące. Jeśli dziecko nie umiera z powodu ran, musi zmierzyć się z porzuceniem. Rodziny nie chcą mieć nic wspólnego z dziewczynkami, które zostały wykorzystane seksualnie. Ofiara gwałtu prawie na pewno traci szansę na zdobycie wykształcenia, niektóre zaś nie mogą chodzić do szkoły, ponieważ sprawcą był nauczyciel.

Wielu ludzi w Kenii wierzy, że zgwałcenie małej, "czystej" dziewczynki leczy z HIV, ale nie tylko ciemnogród posuwa się to takich potworności.

Mężczyźni sądzą, że uprawianie seksu z małą dziewczynką jest oznaką bycia zamożnym i modnym. Niektórzy z nich są wykształceni, po studiach, ale chcą być pierwszymi, którzy zerwą kwiat, szukają więc dzieci.

Rzygać mi się chce. Chce mi się wyć i ryczeć, schować się do piwnicy i znienawidzić do reszty ten świat, kiedy czytam takie rzeczy. To się dzieje nie tylko w Kenii, ale w Szwajcarii, w Kanadzie, na misjach religijnych w Amerycie Południowej, czy na wojnie w Czeczenii (rzygałam z rozpaczy, złości i obrzydzenia także czytając "Dzienniki Rosyjskie” Igorta). Pamiętam doskonale, jak dziesięć lat temu, świeżo po narodzinach mojego syna, siedzieliśmy wspólnie na obiedzie z dwiema lekarkami. Warszawska lekarz pediatra opowiadała spokojnie o trudnej historii, w której kobieta była zmuszona wziąć rozwód z "miłością jej życia", gdyż mąż gwałcił ich sześciomiesięcznego synka. Popłakałam się publicznie. Jestem za dużym mięczakiem. Nie nadaję się po dwakroć - bo przecież gdyby nie praca i wrodzona skłonność do słuchania opowieści innych, wreszcie też nadmierna empatia - nie pakowałabym się w to bagno. Żyłabym sobie spokojnie oglądając bez zażenowania wesołe filmy. A ja tymczasem myślę o założeniu bojówek paramilitarnych, które za dnia tuliłyby do serca i wspierały wszystkie ofiary przemocy, a nocą krwawo rozprawiałyby się ze sprawcami zadając im ból i przynosząc upokorzenie (w stylu Lisbeth Salander). Aby się uspokoić muszę potem pić dużo kawy i słuchać głośno strasznej muzyki.

Więcej o: