Być światłym ateistą

Za nami Święta Bożego Narodzenia. Wierzącym po raz kolejny narodził się Bóg, wszędzie widać było Mikołajów, żłóbki, szopki, aniołów. A ateistom? U sporej części z nich rodził się z kolei sprzeciw i przemożna chęć protestu. Dlaczego?

Przecież to kim jesteśmy (tj. ateistami) wynika z logiki i to nią właśnie powinniśmy kierować się w postrzeganiu tak Świąt, jak i wierzących. I ona powinna studzić w nas bezsensowne, nierozsądne emocje.

Czy powyższa opinia jest przesadzona? Tak się składa, iż jeszcze przed Świętami przeczytałem, że we Francji, która jest bardzo zasadnicza, jeśli chodzi o regułę oddzielania kościoła od państwa, toczy się ostatnio spór o szopki bożonarodzeniowe ustawiane w instytucjach publicznych. Skłoniło mnie to do refleksji, że właściwie owszem, jest racja w tym, że instytucja publiczna nie powinna faworyzować żadnej religii, ale osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, aby w jej murach pojawiały się na równi z szopką także przedmioty czy symbole innych religii. Szczególnie, że taka ekspozycja trwałaby jedynie krótki czas. Owszem, rozumiem, że takie coś nie powinno mieć w ogóle miejsca, ale zdaję sobie też sprawę, że świat nie jest idealny i może się zdarzyć, iż ktoś podejmie nieodpowiednią decyzję. Należy wówczas zwrócić na to uwagę, sprawić by sytuacja się nie powtórzyła lub wypracować jakieś rozwiązanie, które pozwoli zadowolić wszystkie zainteresowane strony. Z pewnością jestem jednak przeciwnikiem organizowania krucjat w celu natychmiastowego i bezwzględnego wyrugowania elementu sporu. W końcu wiem, jakie skutki dały rzeczywiste krucjaty, a jako człowiek kierujący się logiką umiem się uczyć na błędach, szczególnie tych, które niesie historia.

Uważam też, że wojowanie z Kościołem Katolickim (przechodząc już na nasz - polski grunt) nie ma specjalnego sensu. Należy bowiem zauważyć, że KK w Polsce ma bogate doświadczenie w strategii "oblężonej twierdzy", osiągnął w niej wręcz mistrzostwo przez lata komunizmu. O wiele lepszym podejściem jest tolerancja i to wg schematu: w porządku, chcecie mieć swoje procesje, rekolekcje, krzyże w szkołach czy w sejmie - wyrażam na to zgodę. Bo wbrew opiniom, jakie panują w KK nie jest moim celem laicyzacja. Każdy człowiek ma swój rozum i używa go tak, jak potrafi - skoro chce wierzyć w Boga - jego sprawa. Ateista nie ma w sobie nic z kaznodziei czy mesjasza, to domena tej drugiej strony, nie będę więc nawracał na "niewierzenie" czy zbawiał wierzących od braku logiki. Jest w stanie tolerować, to że ludzie chcą się oszukiwać. I może im na to pozwolić - w imię tolerancji.

Dlatego właśnie - jak napisałem na wstępie - dziwię się ateistom, że podejmują jakieś działania zaczepne czy prowokacyjne względem wierzących. Ot, choćby profesor Hartman, który wziął swojego czasu udział w inscenizacji egzekucji Kazimierza Łyszczyńskiego, autora dzieła "O nieistnieniu boga", odgrywając rolę skazanego. Podobne działania podjęli też kiedyś pomysłodawcy bilboardu z hasłem "Ateiści są boscy", które to hasło jest w rzeczywistości oksymoronem i strzałem w kolano, bo określa ateistów, poprzez pojęcie, które ateizm uznaje za nieprawdziwe. No bo jak to rozumieć? Że ateiści nie są prawdziwi? Poza tym - jaki jest cel tego typu manifestu? Wg mnie jedynym logicznym celem jest prowokacja i to prowokacja bezcelowa. Bo cóż chciano przez nią uzyskać? Pokazanie, że w Polsce są ateiści? No są, ale czy to jest aż tak ważne, aby wychodzić z tym na ulicę? Daje się w tym wyczuć jakiś kompleks, próbę pokazania tej drugiej stronie "tak jestem ateistą i jestem lepszy od ciebie, bo jestem boski". Notabene był jeszcze inny bilboard, który zawierał hasło "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę". Tym razem odbierałem to jako taką dziecięcą manifestację: "patrzcie, jestem wporzo, chociaż nie wierzę". A dziecięcą dlatego, że autorom nie wystarczała świadomość, że rzeczywiście tak jest, że rzeczywiście są porządnymi, uczciwymi ludźmi, ale chcieli jednocześnie, aby ci inni - wierzący też ich tak postrzegali. Czyli niczym dziecko oczekiwali czyjejś akceptacji, aby móc zaakceptować samych siebie.

Takie zachowanie nie charakteryzuje światłego ateisty. Ten bowiem nie potrzebuje potwierdzenia, że jego system wartości jest etyczny. Ale to mniej istotne. On przede wszystkim - kierując się logiką - zdaje sobie sprawę, że tego typu próby zjednania sobie (albo przekonania do siebie czy co też tam miała owa akcja bilboardowa na celu) drugiej strony, nie mają najmniejszego sensu. Osoba wierząca, zgodnie z prawidłami, wg których funkcjonuje, nie może potraktować ateisty, tak w sferze moralnej, jak i w każdej innej, jako równej sobie. Przede wszystkim dlatego, że ateista nie jest godny raju, nie jest godny zbawienia - największej nagrody, największego wywyższenia - celu życia wierzącego. Tego wszystkiego nie da się bowiem osiągnąć nie wierząc. Już więc choćby ta konkluzja przekreśla wszelkie próby stawiania znaku równości pomiędzy ateistą i wierzącym, z punktu widzenia tego drugiego. Co więcej - wierzący będzie się modlił za ateistę, bo jest to jego bliźni, którego ma kochać, jak siebie samego, a który zszedł ze ścieżki zbawienia. Owa modlitwa ma go na nią na powrót skierować. Choćby więc, nie wiem jak bardzo, ateista starał się przekonać wierzącego, że ta modlitwa nie jest potrzebna, bo przecież on jest dobrym człowiekiem (gdyż nie zabija i nie kradnie), to w myśl reguł rządzących wierzącym - nigdy nim nie będzie. Nie należy się zatem ani starać go przekonać, ani zżymać, że traktuje ateistę jak grzesznika. To jest zgodne z ciągiem przyczynowo-skutkowym religijnych zasad. Uświadomienie sobie tego faktu jest pierwszym krokiem do bycia światłym ateistą. Drugim krokiem powinno być uświadomienie sobie, jak bezcelowej czynności oddaje się ów kochający ateistę wierzący. Jego prośby nigdy nie zostaną wysłuchane, bo... nie ma ich kto wysłuchać.

Kiedy już zdamy sobie sprawę, w jaki sposób rozumuje wierzący, jasne stanie się także dlaczego nie jest w stanie postrzegać ateistów inaczej, niż jako tych, którzy definiują się poprzez brak Boga ("...problem ateizmu jest problemem wtórnym wobec teizmu, bo najpierw jest Bóg, a dopiero potem człowiek, który stwierdza, że Boga nie ma..." ) i zamykać ich w pudle.

Znając sposób myślenia wierzących, wręcz bawić zaczyna jasełkowość postrzegania ateisty, bo jest się świadomym, że wierzący nie są w stanie abstrahować od Boga, nie są w stanie wyobrazić sobie, że go nie ma. Nigdy zatem nie będą w stanie spojrzeć na świat z punktu widzenia ateisty. Ateista zaś potrafi widzieć zarówno świat taki jakim jest, jak i z dodatkowym elementem, jakim byłby Bóg. I dlatego potrafi w tym drugim przypadku dostrzec wszelkie niekonsekwencje, jakie ów element wprowadza i jak brak tego elementu przywraca światu na powrót spójność.

Czy namawiam tutaj do konformizmu? Ależ w żadnym wypadku. Zwracam jedynie uwagę, by nie wydatkować swoich wysiłków na sprawy mało istotne (jakieś miałkie pyskówki, nieistotne przepychanki, trywialne wojenki). Warto je natomiast skierować na takie kwestie, jak finansowanie KK z budżetu państwa, respektowanie prawa przez KK (choćby w kwestiach apostazji, gdzie zdanie KK nadal stoi ponad ustawą o ochronie danych osobowych) czy - skoro państwo dopuszcza klauzulę sumienia - takie zorganizowanie przez owe państwo swojego funkcjonowania, aby rzeczona klauzula, chroniąc czyjeś prawo, nie ograniczała prawa innych. Warto walczyć o wycofanie z prawa zapisów, które faworyzują religie (tzw. obraza uczuć religijnych), a także o funkcjonowanie systemu edukacji tak, aby nie dezorganizował go KK, tj. niezakłócany dostęp do zajęć z etyki, brak ograniczania zajęć z obowiązujących przedmiotów kosztem prowadzonych w ich czasie rekolekcji. Szkoła powinna kształcić, a nie wyrabiać wybrany (by nie rzec uprzywilejowany) światopogląd. Słowem domaganie się rozdziału kościoła od państwa, ale przede wszystkim w tych najważniejszych kwestiach. Gdy się to już uda, możemy - jeśli, aż tak nam będzie to przeszkadzać - pójść w ślady Francuzów.

Więcej o: