Dlaczego wciąż zarabiamy za mało?

Ponoć rynek się ruszył, a kryzys skończył. Płaca minimalna wzrosła w tym roku do 1750 zł, a średnio miesięcznie zarabiamy 4017,75 zł. Żyć nie umierać. To dlaczego w portfelu wciąż tak pusto?

„Wszyscy na posterunku? Myślałem, że po skoku franka ktoś się na pewno powiesi”, zakrzyknął kolega wchodząc w środowy poranek do redakcji. Humor gruby, mało śmieszny i, nomen omen, wisielczy. Na szczęście nie mam kredytu we frankach. Mam za to pracę (stałą, ale bez umowy o pracę), mieszkanie kupione prawie za gotówkę i trochę oszczędności. Jak na realia mojego pokolenia jestem nieźle ustawiona. To dlaczego moje zarobki wciąż wydają mi się niewspółmierne do pragnień i potrzeb?

„Mogłabym siedzieć w domu. Byle on zarabiał 20 tys. miesięcznie”, mówi jedna z moich koleżanek. „To ja mogę zarabiać, niech on gotuje”, rozmarza się druga. Trzecia nienawidzi korpo, ale nigdy nie odejdzie, bo przyzwyczaiła się do przywilejów - kart do lekarza, na siłownię i do firmowej kantyny. Czwarta pracuje w pięciu miejscach, bo chce kupić mieszanie bez kredytu. Jeszcze inna nie chce rezygnować z wolności pracy w domu, więc co miesiąc musi dopraszać się o przelewy. Inne nie przecięły pępowiny i dostają kieszonkowe od rodziców, lub mają swoje biznesy i gorączkowo sprawdzają tabelkę plusów i minusów albo dostały świetną pensję na starcie, tyle że za 60 godzin pracy tygodniowo zamiast ustawowych 40.

Większość dziewczyn, które znam, uważa, że płaci im się za mało, docenia za rzadko, a motywuje niewystarczająco. Choć nie zaglądamy sobie nawzajem w portfele, czujemy, że coś poszło nie tak. Do trzydziestki miałyśmy już szczęśliwie zakończyć okres terminowania i wkroczyć w dekadę dorabiania się. Ale jak tak dalej pójdzie do czterdziestki możemy nie zdążyć osiągnąć finansowej niezależności i stabilności. Do niedawna wytłumaczeniem na wszystko był kryzys. Nasz rocznik wszedł na rynek w najgorszym momencie. Dobrze jeśli praca w ogóle była. Bo przecież trzeba zdobywać doświadczenie i wpisy w CV. Kasa miała przyjść później.

Teraz rynek się ruszył, kryzys skończył, szanse otworzyły na nowo. W skali makro na pewno. Płaca minimalna wzrosła przecież do 1750 zł. Ale przeciętny Niemiec wciąż zarabia 4-5 razy więcej niż przeciętny Polak. Jeszcze gorzej mają u nas kobiety. Według różnych danych zarabiają od 70 do 80 procent męskich pensji. Może dlatego, że negocjacje wynagrodzenia wychodzą nam kiepsko. Na rozmowie kwalifikacyjnej zwodzi się nas podwyżką po okresie próbnym. Po okresie próbnym procentem, prowizją albo wierszówką. Gdy podwyżki po roku pracy jakoś na koncie nie widać, szef na pewno znajdzie wytłumaczenie: nie dość się starałyśmy, firma przechodzi restrukturyzację albo krwiożerczy kryzys wciąż grasuje. Ja też notorycznie nabieram się na to, że stawki będą „renegocjowane po trzech miesiącach”. Chłopcy chyba takiego problemu nie mają, bo przecież „jeśli kraść to miliony”, a skok na bank trzeba wykonać jak najwcześniej. Dziewczyny kraść milionów nie potrafią, bo w precyzyjny i surowy sposób wyliczają, ile warta jest ich praca. Jeśli w biurze zamiast w tabelkach siedzą na Facebooku, wychodzą na lancz, który przedłuża się do drinka albo odbywają telekonferencję z teściową, czują się zwyczajnie winne. I ze skruchą stwierdzają, że może ich praca jest jednak mniej efektywna niż się pracodawcy wydawało i może niewarta wyższej stawki godzinowej.

Modnie jest pracować długo i dużo choćby po to, by w środku nocy wrzucać zapracowane statusy na Facebooka. Mniej modnie jest rozmawiać o tym, ile się zarabia. John Cleese w swojej autobiografii „So Anyway” pisze, że gdy wychowywał się w Anglii lat 50. i 60. pieniądze się po prostu miało. Nie wypadało ich zarabiać, a szczytem wulgarności było wycenianie swojej pracy. My też, mimo tego, że brytyjskimi arystokratkami nie jesteśmy, posługujemy się eufemizmami w stylu „więcej niż w zeszłym roku”, „przyzwoicie”, „nie opłaca mi się”, „na rachunki starcza”, „gdy dowiedziałam się, ile zarabiają moi kumple z roku, zrozumiałam, że jestem frajerką”. W towarzystwie nieelegancko przerzucać się sumami. No chyba że jest to pion PWC, Ernsta, Proctera. Wtedy aż uszy więdną od estymacji i innych trafików. Ale szanujące się korpo przynajmniej motywują pracowników bonusami i podwyżkami co pół roku, bo żołnierz z wysokim żołdem to żołnierz wierny i wydajny. Co z tego jeśli za nadgodziny rzadko się płaci, a w efekcie imponujące sumy rozkładają się równomiernie na dwunastogodzinne dni pracy. Przynajmniej żyje się oszczędnie za bramami miasteczka Wilanów, bo wydawać nie ma już czasu.

Slavoj Žižek powiedział ostatnio, że niewola jest nam często przedstawiana jako nowa forma wolności. Tłumaczy się, że brak umów o pracę, a w związku z tym brak pewnych zarobków, daje wolność wyboru - nowych zleceń, miejsca pracy, zmiany zawodu. Od różnych znajomych słyszę też, że osoby „takie jak my” - z wyższym wykształceniem, pracujące w wolnych zawodach, z niezłym CV nie potrzebują przecież umowy o pracę, bo „potrafimy sami o siebie zadbać”. Że niby umowa o pracę jest dla tych, którzy potrzebują szczególnej ochrony. Inni optują za tym, żeby każdemu wypłacać podstawową kwotę wynagrodzenia, a dalej już róbta co chceta.

Wydaje mi się, że żądanie sprawiedliwego wynagrodzenia, czyli przynajmniej tak wysokiego jak stawki mężczyzn i odpowiadającego nakładowi pracy, nie jest rewolucyjnym postulatem tylko uczciwym postawieniem sprawy. W idealnym świecie byłoby tak, że każdy pracownik mógłby sam ocenić wartość swojej pracę. Ale w utopii żyć nie będziemy, więc postarajmy się przynajmniej zawalczyć o to, żeby, mówiąc brzydko, wyjmować tyle ile wkładamy. Czyli pod koniec dnia nie czuć, że nasza praca jest warta o wiele więcej niż nasza płaca. Chyba że potraktujemy pracę tak instrumentalnie jak ona potrafi traktować nas. Wykonując tylko i wyłącznie zadania przypisane nam w umowie, dobrze ale bez wznoszenia się na wyżyny. Gasząc komputer równo o 17. Ciesząc się życiem po godzinach odpowiednio do zarobków. Ale chyba jednak większość z nas chciałaby czegoś więcej. A Wy macie poczucie, że zarabiacie za mało? Jak w tej sytuacji zawalczyć o siebie?

Więcej o: